Wywiad z Alfonsas Kauneckas

X: Jesteś tutejszy? Czy to stąd pochodzisz?

AK: Nie, pochodzę z drugiej strony. Urodziłem się niedaleko Priekule. Mam tam też ziemię. Mieszkałem w rejonie Zalewu Kurońskiego; mój szwagier był mechanikiem na morskiej farmie. Zaprosił mnie.

X: Co zachęciło cię do zmiany miejsca zamieszkania?

AK: Jak to się mówi, chciałem być bliżej wody.

X: A do tego często łowiłeś ryby? Pewnie wiesz wszystko o Zalewie Kurońskim?

AK: Znam go jak własną kieszeń – każdy jego zakątek, każdą mieliznę. Zarówno w dzień, jak i w nocy potrafię się odnaleźć na jego obszarze.

X: Mógłbyś także sporządzić mapę?

AK: Już tak kiedyś było. Kiedy opracowywano mapę Zalewu Kurońskiego przekazałem bardzo dużo informacji na temat mielizn i tego, jak je znaleźć. Teraz każdy z tego korzysta, to bardzo dobra mapa. Dno Zalewu Kurońskiego się nie zmienia. Tylko w okolicach Kłajpedy, gdzie prowadzone są wykopy. Tutaj wszystko jest jak dawniej.

X: Pływasz tylko po Zalewie Kurońskim czy także po Morzu Bałtyckim?

AK: Pływałem po Morzu Bałtyckim, ale wróciłem na Zalew Kuroński. Teraz tylko mój syn łowi przy brzegach Morza Bałtyckiego.

X: Jakim statkiem pływałeś, gdy się tu przeprowadziłeś?

AK: Miałem wówczas drewnianą „pychówkę”, którą również wypływaliśmy na połów ryb. Obecnie tego rodzaju łodzie wędkarskie buduje się z metalu. Moja łódź była już cała zbutwiała, kiedy w Kownie zaczęto produkować metalowe łodzie motorowe. Z nimi można było już porządnie pływać. To były małe solidne łodzie zaprojektowane do pływania po Zalewie Kurońskim. Miały odpowiednią głębokość i stawiały właściwy opór falom – wszystko jak trzeba. Nie bały się niczego. Do tej pory można je spotkać, chociaż są już zardzewiałe i niezbyt bezpieczne. Teraz pływam łodzią „Ovingis”, którą zrobiłem sam. Stoi w porcie w Nidzie. Jutro wypłynę nią na połów na Zalew Kuroński.

X: Wypływasz codziennie?

AK: Wypływamy co drugi dzień i zarzucamy sieci.

X: Czy teraz jest znacznie mniej ryb?

AK: O wiele mniej, nie ma nawet najbardziej powszechnych gatunków, takich jak płotki, które uchodziły za mniej wartościowe. Kiedyś w łowisku w okolicy Juodkrante co drugi dzień łowiliśmy trzy tony tej ryby. Nie była ona przeznaczona do spożycia przez ludzi, tylko transportowana do Kaliningradu, a następnie podawana zwierzętom. Teraz już nic nie zostało. Wszystko zjadają kormorany. Śledzia bałtyckiego też jest niewiele. Dwa lata temu było go bardzo mało, w tym roku nieco więcej, ale jego liczebność nadal jest niska. Zobaczymy, ile go będzie w tym roku. Śledzia bałtyckiego łowi się na muzykę. Trzeba wyciąć otwór w lodzie na jeden metr długości i pół metra szerokości. Umieszcza się w nim deskę, a następnie uderza w ten sposób (pokazuje). W rejonie Juodkrante zakładamy też „poławiacze” na śledzie. Amatorzy wędkarstwa łowią śledzia bałtyckiego nocą. Wówczas połów jest większy. Jednak my nie wypływamy nocą. Nie umiałbym nawet znaleźć robaka i założyć go na haczyku. Nigdy tego nie próbowałem. Całe życie zarzucam tylko sieci. Wiem jak je pleść i naprawiać. Można powiedzieć, że oprócz mnie nie ma już takich starych rybaków, z dawnych czasów. Teraz wszyscy są młodzi.

X: Jesz ryby?

AK: Ależ tak, mógłbym je jeść cały czas. Nigdy nie odmówiłbym sobie zjedzenia ryby. Moja żona o tym wie. Wie również, jak je przyrządzać – każdego dnia serwuje ją w inny sposób, np. smażoną, duszoną, gotowaną, mieloną. Trzeba mieć dobrą żonę.

X: Jakie ryby lubisz najbardziej?

AK: Bardzo dobrą rybą jest np. sum, najlepiej o wadze około 20 kilogramów. W Zalewie Kurońskim są też bardzo smaczne dzikie karpie. Czasem zdarza się złapać okazy, które ważą 17-18 kilogramów. Są też małe sandacze, ważące trzy, cztery, czasem pięć kilogramów. Szczupaki. Największe okazy osiągają 20 kilo. Najsmaczniejszy jest łosoś; także węgorz, ale ja najbardziej lubię gotowanego. Często gotuję na łodzi zupę rybną. Urządzam wycieczki dla przyjaciół i znajomych i gotuję zupę rybną. Tradycyjną zupę rybaka. Jak złowisz rybę, musisz od razu ją wypatroszyć i wrzucić do garnka. Jeśli trzymasz złowioną rybę dłużej niż trzy godziny, zupa będzie miała już inny smak. Nigdy nie robię jej z jednego gatunku ryby, tylko z czterech albo pięciu. Gotując ryby nie można też oszczędzać na soli.

X: Z kim łowisz ryby?

AK: Z synem. Zaczął łowić, gdy miał osiem lat, w czasie ferii wiosennych. Lubił tę pracę. Moja córka też nie stroni od sieci, pomaga nam wyciągać z nich ryby – to dla niej przyjemność.

X: A ty, w jaki sposób wolisz łowić – z brzegu czy wody?

AK: O wiele bardziej lubię łowić na wodzie! Gdy wypływam łodzią na Zalew Kuroński, po tym jak wiosną puszczają lody, ponownie łapię oddech – powietrze jest od razu świeższe, a ja czuję, że moja klatka piersiowa ma dwukrotnie większą pojemność. Właśnie tak.

X: Czy podczas połowów mieliście jakieś przygody?

AK: W przeszłości łapaliśmy kłusowników, którzy kradli ryby z sieci. Po zarzuceniu sieci nie zamykaliśmy ich, przez co nocą nie mogliśmy spać. To było w czasach, kiedy po Zalewie Kurońskim pływało wiele łodzi silnikowych, wszyscy mieli dużo benzyny. Mniej więcej w 1980 r. Było bardzo dużo węgorzy, a więc było co kraść. Łapaliśmy ich, pouczaliśmy, i w rezultacie przysporzyliśmy sobie wielu wrogów. Rybacy z Nidy są bardzo uczciwi. Nie ruszają cudzych sieci. Jednak po drugiej stronie mieliśmy do czynienia z różnymi ludźmi, także tymi, którzy nie lubią pracować. Woleliby przyjść na gotowe i ukraść sobie pełne sieci innych rybaków.

X: Jakie zauważasz znaczące zmiany?

AK: Jest o wiele mniej sandaczy. Na małe okazy polują kormorany, a tych ptaków są miliony. Gdy widzą grupę małych ryb, otaczają ją, skupiają się w jedną gromadę i atakują. Jedzą ich tak wiele, że gdy zbliżysz się do nich łodzią motorową, nie ruszą się z miejsca. Potem wymiotują tymi rybami i mewy mają co robić, zbierają je po nich. Kormorany potrafią zwracać pokarm, żeby móc się wznieść. Teraz pojawiła się nowa ryba – parposz. To bardzo wymagający gatunek ryby: jeśli przebywa w sieci od rana, wieczorem, po ich ściągnięciu – jest już blada. Niemcy o tym wiedzieli, więc ściągali sieci dwa razy dziennie. Gdy uprawiali ziemniaki, obok rośliny, jako nawóz, kładli dwa parposze. Nie ma już teraz śledzia bałtyckiego, ten gatunek płynie obecnie w kierunku Rygi. Na ten stan rzeczy wpłynęły prace mające na celu pogłębienie portu w Kłajpedzie oraz ruch dużych statków. Wiosną, w okresie składania tarła, w ciągu jednego z dwóch tygodni złowiliśmy 56 ton. Pracowaliśmy wówczas dzień i noc. Pamiętam, że płacono nam 12 kopiejek. Utrzymujemy się wyłącznie z połowów. Czasem można trochę zarobić na urlopowiczach. Po drugiej stronie mają ogrody, można hodować krowy czy świnie przeznaczone na ubój. My nawet nie mamy ziemi, na której można by uprawiać zboże. Tam są o wiele lepsze warunki do życia niż u nas.

Alfonsas Kauneckas urodził się w1938 r. w miejscowości Stirbiai w rejonie Kłajpedy. Rozpoczął pracę w 14. roku życia jako malarz i strzecharz. W latach 1957-1960 służył w wojsku. W 1960 r. przeniósł się do Juodkrante. Pracował jako rybak na farmie rybnej w Neryndze, a następnie jako nadzorca. W tym samym czasie uczęszczał do ośmioletniej szkoły ponadpodstawowej w Juodkrante. Ukończył kurs dla pilotów i maszynistów statków. Razem z synem prowadzi własne przedsiębiorstwo rybackie.

Wywiad z Algirdasem Stankevičiusem

X: Na czym polega twoja praca?

AS: Rano przerzucam papiery z lewa na prawo, po obiedzie – z prawa na lewo… Poza tym zajmuję się prowadzeniem państwowego monitoringu i badań Morza Bałtyckiego w rejonie wód po zachodniej stronie Litwy, kontrolą środowiska, powietrza, ścieków, i tak dalej. Powiedzmy, że masz wrednego sąsiada i postanowiłeś jakoś mu „dogryźć”, bo zranił Twojego psa – kiedy wczoraj przechodził koło twojego domu, rzucił w niego śniegiem. Piszesz więc skargę, w której zgłaszasz, że sąsiad odprowadza nieoczyszczone ścieki do ogrodu. A my musimy to sprawdzić (…)

X: Jak bardzo skażone jest Morze Bałtyckie?

AS: To nie tajemnica, że nasze morze jest dość skażone z uwagi na swoją charakterystykę geologiczną. Jego wody docierają do Morza Północnego przez niewielką cieśninę, a przepływ wody do Oceanu Atlantyckiego jest bardzo słaby. Wymiana ogółu wód Morza Bałtyckiego zajmuje średnio 30 lat. Wiąże się to z różnymi problemami. Nasze morze składa się prawie w całości ze słodkiej wody, w której na litr przypada 5-7 gram rozpuszczonej soli. W porównaniu z oceanem to pięć do siedmiu razy mniej. Z tego powodu nie można swobodnie unosić się z wyciągniętymi ramionami na jego powierzchni tak jak w każdym innym morzu. Morze Bałtyckie liczy jedynie 15 tysięcy lat, co dla morza jest wiekiem niemowlęcym. Jednak wokół jego wybrzeża mieszka około 60 milionów osób, a wykorzystana przez nich woda dociera do morza. Większość państw basenu Morza Bałtyckiego rozwinęła działalność przemysłową, z której prawie zupełnie nieoczyszczone ścieki odprowadzano w przeszłości bezpośrednio do morza. Morze jest skażone różnymi substancjami chemicznymi, biogenami, tj. najróżniejszymi związkami fosforu i azotu, które powodują tzw. „zakwity wodne”. Latem, przy odpowiedniej ilości składników odżywczych, braku wiatru i fal, temperatura wody wzrasta, co sprzyja rozmnażaniu się wodorostów. Niższe warstwy obumierają, a uruchamiają się procesy osadzania na dnie morskim i rozpadu. Niewiele jest mórz na świecie, na których dnie występują tzw. „martwe strefy”. Bałtyk jest jednym z nich. Strefy te, w zależności od przypływów wody morskiej, ulegają zwiększeniu lub zmniejszeniu. Występują średnio na głębokości 70-100 metrów. W takich miejscach nie ma tlenu, tylko siarkowodór, który nie sprzyja życiu. Żaden organizm nie może tam przeżyć. Do tego stanu rzeczy przyczynił się również człowiek, który dopuścił do skażenia morza, czego skutkiem są tak liczne martwe strefy.

X: Brałeś udział w ekspedycji, która poszukiwała broni chemicznej zatopionej w Morzu Bałtyckim. Czy mógłbyś o tym opowiedzieć?

AS: Jest to tzw. „gorący temat” przed wyborami i to nie tylko w naszym kraju. Z punktu widzenia ekologicznego nie ma to żadnego znaczenia. Ludzie mają jednak swoją wyobraźnię, a dziennikarze napisali na ten temat różne rzeczy, m.in. o wzroście oparów substancji chemicznych, o możliwości formowania przez nie mgły, w których statki będą znikać jak duchy, a znajdujące się na ich pokładzie osoby – umierać… Sześć lat temu grupa młodzieży z Kłajpedy postanowiła zrobić kawał, kładąc przy brzegu metalową rurę z napisem „iperyt”. Wszystkie służby zostały zaalarmowane, nie wszyscy wiedzieli, czym jest iperyt oraz że nie umieszcza się go w rurach. Po wojnie, około 1946 r., blok państw antyhitlerowskich miał zadecydować o tym, co zrobić z zasobami broni chemicznej znajdującej się w Niemczech. Nie wymyślono nic mądrzejszego niż zatopienie jej w morzu. Obecnie dysponujemy technologiami neutralizacji, które wówczas nie istniały. Amerykanie i Brytyjczycy usiłowali przetransportować tę broń w głąb Oceanu Atlantyckiego, jednak jej część zatonęła wraz ze statkami w rejonie cieśniny Skagerrak. Podobna sytuacja miała miejsce w pobliżu Bornholmu, gdzie zatopiono około 36 ton substancji aktywnych. Mapy Morza Bałtyckiego wskazują jeszcze jeden obszar jej zatopienia, który stanowi około 15% naszej strefy ekonomicznej. W 2003 r. zorganizowaliśmy ekspedycję na ten teren, w której skład weszli tylko Litwini. Rozmawialiśmy z Łotyszami, ale nie byli zainteresowani współpracą. Rozmawialiśmy ze Szwedami – byli zainteresowani, ale nie mieli pieniędzy. Przed ekspedycją zwróciliśmy się do wojska o zbadanie dna morskiego za pomocą radarów. W ten sposób wykryto miny, pociski artyleryjskie, lecz nie stwierdzono obecności broni chemicznej. Pobraliśmy z tych miejsc próbki gleby. W tym miejscu zakopano około dwóch tysięcy ton substancji aktywnych, w tym iperyt, sarin, zaman, aldehyd octowy i wiele innych. Około 60% z nich stanowi najbardziej niebezpieczny gaz – iperyt, zwany również ,,gazem musztardowym”, który bardzo łatwo wywołuje oparzenia skóry, a w razie wdychania – śmierć. Nie byliśmy w stanie przeprowadzić analizy tego gazu ani na Litwie, ani w sąsiednich krajach. Nawiązaliśmy jednak kontakt z laboratorium morskim w Monako, w którym jeden z naszych pracowników mógł przez pół roku badać te próbki. Chcieliśmy sprawdzić ewentualny wpływ tych substancji chemicznych na środowisko w razie wycieku. Wykryliśmy stężenie arsenu, które przekracza średni poziom dla Morza Bałtyckiego. Obudowa tej broni chemicznej – bomb lotniczych, min i pocisków artyleryjskich – nie jest gruba, a po tak wielu latach z pewnością jest zardzewiała. Na szczęście jednak w tej strefie brakuje tlenu, co opóźnia proces korozji. Substancje te już jednak wyciekły. Iperyt to gaz o galaretowatej konsystencji. Jego wyciek prowadzi do skażenia wody w promieniu około 30 cm. Iperyt nie jest rozpuszczalny w wodzie, spoczywa na dnie morskim jak smoła. Natomiast po usunięciu z wody, w temperaturze 14,5 stopnia, zaczyna parować. Nie może sam przypłynąć na brzeg lub zostać zmytym. Nadal jednak istnieją niezaznaczone na mapach miejsca, z których rybacy poprzez zarzucone sieci rozprzestrzeniają tę substancję chemiczną na naprawdę znaczącym obszarze. Po zakończeniu ekspedycji przygotowaliśmy dla rybaków instrukcje postępowania w przypadku przedostania się do ich sieci broni chemicznej.

X: W jaki sposób prowadzona była ekspedycja? Jak została przygotowana?

AS: To była ciężka praca. Znalazłem jeszcze dwóch marynarzy-ochotników, ponieważ nie wiedzieliśmy, co wyłowimy. Podczas pracy mieliśmy respiratory, bo pracowaliśmy z narażeniem życia. W tym czasie inni przebywali w kabinach łodzi. Natomiast łódź ustawiono po przeciwnej stronie do kierunku wiatru – gdyby te substancje zaczęły parować, wiatr by je rozniósł. Mieliśmy jednego żołnierza, który sprawdzał, czy mieliśmy do czynienia z wyciekiem. Jako pierwszy zmierzył zawartość iperytu w próbce. Dopiero później pozostali członkowie ekspedycji mogli dokonać pobrania próbek. Ekspedycja nie była skomplikowana, lecz wiązała się z dużą odpowiedzialnością. Oprócz mnie uczestniczyło w niej dwadzieścia innych osób i nie chciałem, aby którakolwiek z nich uległa zatruciu.

X: Czy na takiej głębokości można nurkować?

AS: Z technicznego punktu widzenia tak, jednak widoczność jest bardzo słaba, a samo nurkowanie trwałoby bardzo długo ze względu na ryzyko choroby dekompresyjnej. Szybkie wynurzenie sprawia, że we krwi tworzą się pęcherzyki azotu, a w ciele zachodzą procesy przypominające otwarcie butelki szampana. Sam doświadczyłem „bulgotania” pęcherzyków powietrza we krwi. Mam za sobą ponad 5 tysięcy godzin nurkowania w innych morzach. Zanurzanie się nurka na głębokość 100 m, a następnie jego wynurzanie zajęłoby od jednego do półtora dnia.

X: Czy przeważa pogląd, że nie należy ruszać tej broni chemicznej?

AS: Istnieją już technologie umożliwiające unieszkodliwianie takiej broni, lecz jak na razie brakuje sposobów jej zgromadzenia i wyłowienia z takiej głębokości. Mówimy o terenie o powierzchni od 1000 do 1500 kilometrów kwadratowych! Poza tym nikt nie wie, ile broni znajduje się poza tym obszarem! To są naprawdę ogromne ilości. (…) Chciałbym tylko zaznaczyć, że Litwa miała niemały wpływ na rozwiązywanie tych problemów. Dokładniej mówiąc, Ministerstwo Spraw Zagranicznych przedstawiło Organizacji Narodów Zjednoczonych uchwałę w sprawie broni chemicznej. Podjęto wspólne szeroko zakrojone prace, w których brałem udział. Można stwierdzić, że odnieśliśmy sukces, naświetlając ten problem.

X: Jaki jest obecnie wpływ broni chemicznej na środowisko?

AS: Iperyt w wodzie nie jest aktywny, jednak istnieje wiele innych substancji zawierających arsen, który jest bardzo niebezpiecznym pierwiastkiem. Poprzez łańcuch pokarmowy dostaje się do małych wodorostów zjadanych przez niewielkie skorupiaki i ryby, którymi żywią się drapieżniki, takie jak śledzie bałtyckie i dorsze – spożywane z kolei na przykład przez foki lub człowieka. Woda cechuje się tym, że nie zna granic. Woda w Bałtyku przepływa wzdłuż brzegu bardzo szybko. Nie pomogą ani mury, ani tym bardziej ewentualne granice między państwami. Ponadto ryby migrują. Rtęć, która przedostaje się do środowiska z odpadów przemysłowych naszego kraju i innych państw, jest również bardzo niebezpieczna. Wykrywamy ją w wysokich stężeniach w dorszach, rybach flądrokształtnych występujących w rzekach i śledziach bałtyckich. Kiedyś urząd weterynarii zabronił sprzedaży na Litwie wątróbek z dorsza. Wiesz, jak zareagowali na to Litwini? Wywieźli je na Łotwę. My natomiast spożywamy również odrzucone ryby z Norwegii, w przekonaniu o ich najwyższej jakości. (…)

X: Dużo pływałeś?

AS: Spędziłem sporą część życia na morzu. Pracowałem na wszystkich oceanach oprócz Oceanu Arktycznego. Tworząc Muzeum Morskie, zaczynaliśmy praktycznie od zera, potrzebowaliśmy wielu eksponatów. Szukaliśmy wszelkich możliwości pływania po morzu. Oczywiście z biologa stałem się biologiem morskim, a w związku z tym, w pewnym sensie także żeglarzem. W celu uzyskania eksponatów konieczne było schodzenie do samego dna morskiego. Moja skóra wchłonęła tak dużo soli morskiej, że nie zjedzą mnie żadne robaki.

X: Jak opisałbyś Morze Bałtyckie?

AS: Zimne, zielone, ciemne, ale są w nim bursztyny. Nigdzie indziej nie znajdzie się takich bursztynów. Jak można nie kochać morza, w pobliżu którego się żyje. Trzeba je akceptować ze wszystkimi jego problemami i starać się zmniejszać ich liczbę.

X: Czy masz jakieś życzenie?

AS: Chciałbym pojechać na Antarktydę. Chciałbym zobaczyć pingwiny, żyć w ich kolonii. Ale czy ono się ziści? Prawdopodobnie już nie. Chciałbym pojechać tam dla przyjemności. Gdy pracowałem w Muzeum Morskim i miałem dość papierkowych zajęć, po prostu szedłem do pingwinarium i patrzyłem, jak żyją, co robią, jak się wzajemnie komunikują. Widziałem tam naprawdę sielankowe sceny miłości! Na przykład samca, który przynosi samicy kamyk. Ona ogląda prezent, jeśli jej się podoba, umieszcza go w swoim gnieździe. W przeciwnym razie, odrzuca podarek. Wówczas przychodzi inny samiec z ładniejszym kamykiem. (…) Obserwacje pingwinów są bardzo interesujące.

Algirdas Stankevičius urodził się w 1950 r. w Dantowie, w regionie Kedainiai. Obecnie mieszka w Kłajpedzie. W latach 1969-1974 studiował na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wileńskiego, w latach 1987-1990 ukończył studia podyplomowe w Moskwie (Rosja) w Instytucie Morfologii Ewolucyjnej i Ekologii Zwierząt im. A. Siewiercowa. W latach 1974-1975 był starszym pracownikiem naukowym w Muzeum Morskim w Kłajpedzie. W latach 1975-1981 kierował Działem Fauny w Muzeum-Akwarium Morskim w Kłajpedzie. Natomiast w latach 1981-1992 objął stanowisko zastępcy dyrektora tej instytucji. W 1992-1994 pełnił funkcję dyrektora Litewskiego Laboratorium Badań Morskich, w latach 1994-2010 – dyrektora Centrum Badań Morskich, a od 2010 r. jest dyrektorem Wydziału Badań Morskich w Agencji Ochrony Środowiska. Jest członkiem grupy roboczej HELCOM ds. Monitoringu i Oceny Morza Bałtyckiego. Wykłada na Uniwersytecie w Kłajpedzie. Jest jednym z pierwszych twórców kolekcji Muzeum-Akwarium Morskiego. Brał udział w licznych ekspedycjach na Pacyfiku, Atlantyku, Oceanach Indyjskim i Arktycznym, gdzie pracował pod wodą. Jego hobby to fotografia podwodna.

Wywiad z Andriusem Varnasem

X: Jakie masz skojarzenia z Neryngą? Jaka była wcześniej?

AV: Mieszkaliśmy w Szyłokarczmie, po drugiej stronie Zalewu Kurońskiego. Może się wydawać, że Szyłokarczma i Nerynga są podobne, jednak to dwa różne światy. Każdy znajdzie tam coś innego, chociaż Nerynga jest miejscem najbardziej wysuniętym na zachód. Po wojnie cała Litwa zwracała się ku Zachodowi. Zazwyczaj wystarczyło wejść na wydmy, aby poczuć się jak na Zachodzie. Obecnie z reguły do Neryngi udają się ludzie bogaci. Jednak wówczas przybywały do niej osoby, które chciały poczuć wolność bez ograniczeń. Jeśli chodzi o milicję, której pełno było w Połądze, Kłajpedzie czy Wilnie, w Neryndze nie było jej prawie w ogóle. W tym mieście nie było żadnych starć, podczas gdy w Połądze były one na porządku dziennym. W Neryndze odbywały się regaty żeglarskie, gromadziły się tam setki żeglarzy, a żadne walki nigdy nie miały miejsca. Nawet teraz to najbezpieczniejsze miasto na Litwie, jest tu najniższa liczba kradzieży w całym kraju.

X: Czy mógłbyś opowiedzieć o włóczęgach na Mierzei Kurońskiej?

AV: To interesujące miejsce. To znaczy kiedyś było interesujące, bo teraz jest tam Rosja. Ta część należy do Obwodu Kaliningradzkiego. Teraz nie można by pójść w te same miejsca, co wtedy, tym bardziej, że znajduje się tam obecnie rosyjska strefa graniczna. Pamiętam jak płynęliśmy łodzią przez Zalew Kuroński i zatrzymaliśmy się w dużej zatoce położonej na południe od Przylądka Grabstas. Była tam piękna trawa, rosło też wiele grzybów. Zapamiętaliśmy to miejsce. Odwiedzaliśmy je co roku. Później rozbijaliśmy namioty. Nieopodal było jezioro, a w jego pobliżu masa jagód. To były czasy hipisowskie. W tym okresie wydano na Litwie powieść J. Kerouaca „W drodze”. Pojawiał się w niej termin „hiker” [włóczęga]. Tak też nazwano to miejsce (w j. litewskim – „haikeris”), bo wszyscy docierali tam autostopem, czy to z Wilna, Szyłokarczmy, Kowna czy Rygi. Zwyczaj ten narodził się w latach 1967-1968 i trwał do 1990 r., czyli do momentu, w którym Rosjanie zamknęli granicę. Na początku były to zwykłe spotkania młodzieży z Szyłokarczmy – nie byliśmy hipisami, lecz sympatyzującymi z nimi osobami. Gdy poszliśmy na studia, nasza społeczność studencka również zaczęła się tu spotykać. Zamiast w jakimś pubie w Wilnie czy Kownie, spotykaliśmy się tam zawsze w pierwszy weekend po rozpoczęciu roku akademickiego we wrześniu. To miejsce stało się prawdziwą mekką, każdy czuł się tu swobodnie. Spotykały się tu różne osoby, np. naukowcy, tacy jak ja, psycholodzy, artyści, bezrobotni, narkomani i alkoholicy, ale absolutnie wszyscy byli przyjaźnie nastawieni. Nawet teraz, gdy się spotykamy, nadal pamiętamy o „haikeris”, chociaż nie zostało nas wielu. Niektórzy już odeszli. Kiedy urodziły nam się dzieci, też je tam zabieraliśmy. To bardzo przyjemne miejsce, panuje tam dobra atmosfera. Jesienią jest tam piękne niebo… Niektórzy mieszkali tam całe lato, bo nietrudno tam o jedzenie – ryby, grzyby czy jagody. Po chleb chodziło się do niedalekiej miejscowości Morskoje albo do Nidy. I to nam wystarczało. Niczego więcej nie potrzebowaliśmy, w Zalewie Kurońskim wody było pod dostatkiem. Woda pitna była też w jeziorze, lecz miała lekki posmak mułu, więc do picia braliśmy wodę z zalewu. Gdy chcieliśmy popływać, chodziliśmy nad Bałtyk. Straż graniczna nie przepuszczała nas w nocy. Aby nas nie złapano, przychodziliśmy w środku dnia. Nad morzem nie było plaży, a zatem i ludzi, więc mogliśmy pływać nadzy jak w Indonezji.

X: Nikt was nie złapał, kiedy tam się zbieraliście?

AV: Problemy rozpoczęły się w latach 1979-1980, od czasów Breżniewa. Każdego lata radziecka straż graniczna zatrzymywała wszystkich obozowiczów, a następnie zwijała obóz – były tam miejsca na ognisko, specjalne miejsce na odpadki, stał tam sam Włóczęga, czyli samodzielnie przez nas wykonana rzeźba w drewnie. Przenoszono wszystkich nie do Nidy, lecz do Rybacyj, obecnie Rasyte, do aresztu albo więzienia; kazano nam czyścić ziemniaki. Gdy po tygodniu zjawiały się nowe osoby, nie wiedziały, że inni obozowicze zostali zatrzymani – nie było wówczas telefonów komórkowych. Straż graniczna znowu robiła nalot, żeby zatrzymać kolejne osoby. Taka sytuacja powtarzała się co roku, przypominała walkę z wiatrakami. Tak było do czasu odzyskania przez Litwę niepodległości. Co roku straż graniczna zatrzymywała obozowiczów, jednak obóz odbudowywano ponownie. Ludzie nie wierzą mi, gdy opowiadam, że można było zostać ukaranym za picie mleka. Z drugiej strony, dlaczego nie karać kogoś, kto za pomocą mleka był w stanie obrazić system i sobie z niego zakpić. Na wieczorkach tanecznych w 1972 r., gdy byłem po pierwszym roku studiów, wszyscy pili alkohol. Mieliśmy dość pijanych. Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł… Rodzice koleżanki z klasy, którzy mieszkali niedaleko dyskoteki w Szyłokarczmie, mieli krowę. Był wieczór, a matka koleżanki, która właśnie skończyła doić krowę, zawołała nas, żebyśmy napili się mleka. Przyszło mi do głowy, że powinniśmy je zabrać na tańce. Matka koleżanki nie zrozumiała, co miałem na myśli, powiedziała tylko, żebyśmy wzięli mleko. Rozlaliśmy świeże mleko z trzylitrowego szklanego dzbanka do sześciokątnych szklanek zwanych „szestigrannik”, z których wszyscy pili wódkę. Włożyliśmy wszystko do kosza na ryby. Następnie usiedliśmy przy scenie, z której grano muzykę na żywo, i wyjęliśmy te trzy litry mleka. Wznieśliśmy toast za nasze zdrowie, stukając się szklankami. Następnego dnia wieczorem, gdy kosiłem kosą (gdyż nie było wówczas kosiarek) trawę przy domu matki, zjawiło się dwóch milicjantów. Zapytali: „Czy jest Varnas?”. Kazali mi od razu iść z nimi. Odparłem, że chcę powiedzieć rodzicom, że wychodzę. Zabrali mnie mówiąc: „Nie, idziemy”. Nie wiem, kto powiadomił moich rodziców – być może sąsiedzi – o tym, że umieszczono mnie w więzieniu. Następnego dnia przeniesiono mnie do jednoosobowej celi. Niewielkie okno i prycza z desek, bez pościeli, bez niczego – naprawdę się bałem. To było bardzo przygnębiające. Następnego dnia usłyszałem ojca, który krzyczał na podwórzu, coś wyjaśniał. Kolejnego dnia postawiono mnie przed sądem ludowym, dwóch milicjantów oficjalnie przeprowadziła mnie przez całe miasto, a następnie zostałem skazany na 15 dni za chuligaństwo. Funkcjonariusz służby bezpieczeństwa zaczął mnie śledzić w nocy. Dzwoniono do mnie w nocy, około godz. 22.00-23.00, świecono latarkami w oczy i pytano: „Dlaczego piłeś mleko?”, „Skąd wziąłeś mleko?”, „Skąd miałeś szklanki?”, „Dlaczego niosłeś je w koszu na ryby, a nie w zamkniętej torbie?”, „Kto był inicjatorem działania?” Do dziś pamiętam ten cyrk związany piciem mleka. Jednak to i tak nie jest najbardziej interesująca opowieść. (…)

X: Jakie pamiętasz historie związane z żeglowaniem?

AV: Pamiętam największy w moim życiu sztorm. Rozpętał się, gdy wracaliśmy z Lubeki, płynęły nas trzy osoby. Duńczycy przekazali nam niedokładną prognozę pogody. Wokół Bornholmu była przyjemna bryza, jednak po 50 milach ciśnienie powietrza spadło, a prędkość wiatru wzrosła do 74 metrów na sekundę. To był huraganowy wiatr. Nigdy nie uwierzyłbym, że taki wiatr może się rozpętać na Morzu Bałtyckim. Fale miały 12-14 metrów wysokości. Wróciliśmy do Kłajpedy, port był zamknięty z powodu huraganu, więc straż graniczna nie mogła uwierzyć, że właśnie wpłynęliśmy do portu. Chyba zapamiętam tę burzę do końca życia, bo nawet później, kiedy pływałem po całym świecie, nie doświadczyłem takiego sztormu. Po takim przeżyciu radzę wszystkim, aby nie ufali informacjom pochodzącym tylko z jednego źródła. Druga wskazówka, to „nigdy nie wpadać w panikę”… Na Bałtyku, bardzo blisko nas, miał miejsce pewien wypadek. Polacy zbudowali metalowy jacht o długości 12 metrów. Pływał nim kapitan ze swoją córką, który uczył żeglowania. Podczas jednego z rejsów rozpętał się silny wiatr i wszyscy spanikowali, ci młodzi, których uczył. Zaczęli wzywać pomoc za pomocą telefonów komórkowych, jakby stało się coś znacznie poważniejszego. I ta pomoc nadeszła – w postaci dużego fińskiego promu. Prom próbował zacumować po stronie jachtu, lecz z powodu wysokich fal uderzył w maszt, który następnie się złamał. Kapitan próbował ratować jednostkę i utrzymać maszt, ale spadł pomiędzy jacht a prom. Utonął na oczach córki. Ale to nie koniec historii. Prom zabrał całą załogę, chociaż jacht nie tonął – nie było powodu do paniki. Burza, podobnie jak wszystko, minęła. Jacht znaleziono na Litwie, pływał w okolicy Nidy. Polska łódź doholowała jacht do Kłajpedy. Następnie rozpoczęto prace przy jachcie… Gdy tylko zaczęto go podnosić, zdano sobie sprawę z tragedii… Po złamaniu się masztu, wszystkie liny i żagle spadają do wody… Kiedy zaczęto to wszystko podnosić, w olinowaniu znaleziono kapitana. Wyciągnięto go z wód Kłajpedy, w okolicy, gdzie obecnie znajduje się hotel „Memel”. Najsmutniejszy przy tym był fakt, że jego córka była w tym czasie na nabrzeżu. Zatem kapitan powrócił na brzeg swoim statkiem, jak każdy kapitan, który „czuje związek” ze swoim statkiem. My Litwini mówimy, że nasz dom jest naszą twierdzą. Jednak dla kapitana statek jest nie tylko twierdzą, lecz także częścią jego samego. Wniosek z tego zdarzenia jest następujący: możesz się trząść, możesz się bać, ale nie możesz panikować. Zawsze powtarzam swojej córce, że największym tchórzem na jachcie jestem ja. Boję się zmian wiatru, prądów – boję się wszystkiego. Jednak to pomaga mi bezpiecznie żeglować.

X: Jaki jest twój związek z Morzem Bałtyckim?

AV: Bałtyk to pierwsze morze, po którym żeglowaliśmy. Pierwsze wody, na których po horyzont nic innego nie widać. Już z Kłajpedy czy plaży w Połądze nic nie widać. To naprawdę rozległe wody, a jeśli chcesz dotrzeć do innych, musisz i tak najpierw przepłynąć przez Bałtyk. Często mówi się o „miłości do morza”… Ja nie żywię do niego takich uczuć, ono po prostu dla mnie istnieje. Mogę mówić o miłości do dzieci, ale nie o miłości do morza. Nie mówisz, że kochasz powietrze, oddychając nim. Oddychanie powietrzem jest normalnym stanem. Tak samo morze – jest dla mnie naturalnym stanem. Po morzu trzeba żeglować. A na Litwie mówimy już o morzu, mając na myśli Nidę czy Połągę. A to zwykłe kurorty wypoczynkowe. W ogóle nie potrzebujemy morza; patrzymy na nie z poziomu wybrzeża. W tym przypadku bardziej precyzyjnym określeniem niż „kraj morski” byłoby sformułowanie „kraj leżący obok morza”. Gdy fale rozbijają się o nabrzeże, mówimy, że morze jest wzburzone. Jednak podnosząc wzrok, widzimy, że na horyzoncie fale nie łamią się. Fale zaczynają się łamać wraz ze zmianą głębokości. Średnia głębokość Bałtyku wynosi 100 metrów, bliżej brzegu spada do 20 metrów, a następnie 10 i 5 metrów. Na linii 20 metrów fale zaczynają się łamać. Są naprawdę duże. Mniejsze fale występują na głębokości 10 i 5 metrów. W głębi morza fale nie łamią się. Nie ma się czego bać.

X: Jak wygląda twój związek z tą ziemią?

AV: Kiedy wróciłem tu po dwóch latach żeglowania dookoła świata, zacząłem mówić wszystkim, że Litwini powinni nosić okulary – nie słoneczne, lecz chroniące przed zielenią. Być może byłem zszokowany obecną u nas ilością zieleni. Odwiedziwszy wiele miejsc na całym świecie, dostrzegam wszystkie występujące tu odcienie zieleni. Jednak chcę być cały czas „w drodze”, dopóki pozwolą mi na to siły, do momentu, gdy nie dam już rady. Po dwuletniej nieobecności lepiej rozumiem ląd.

Andrius Varnas urodził się w 1953 r. w Szyłokarczmie, mieszka w Kintai. W latach 1971-1976 studiował w Kaliningradzkiej Wyższej Szkole Technicznej, w latach 1986-1989 – w Szkole Morskiej w Kłajpedzie. Uzyskał tytuł kapitana inżyniera oraz wykształcenie pozwalające na nieograniczone żeglowanie na jachtach jako kapitan. Jest członkiem Litewskiego Związku Marynarzy i Żeglugi Jachtowej, a od 1994 r. przewodniczącym Amatorskiego Klubu Jachtowego w Kintai „Mariu bures”. Jest uczestnikiem i organizatorem międzynarodowych i krajowych ekspedycji, kierownikiem, ekspertem i konsultantem w rozwoju turystyki wodnej, projektów planistycznych dotyczących portów i ochrony środowiska. Od 2007 r. organizuje rejsy jachtem, jest ekspertem w tej dziedzinie. Jest organizatorem i kapitanem rejsów jachtami po Morzu Bałtyckim i Morzu Północnym. W 1995 r. samodzielnie skonstruował jacht o nazwie „Ragaine 2”, a w latach 2008-2010 opłynął świat z córką Rasą.

Wywiad z Aurelijusem Armonavičiusem

AA: W 1974 r. rozpocząłem naukę w Szkole Morskiej w Kłajpedzie. Z wykształcenia jestem sternikiem i nawigatorem statków. Żeglowałem do czasu otwarcia granic i rozwoju turystyki. Wybrałem Szkołę Morską, aby nie iść do wojska, ponieważ byłem jednym z ośmiorga rodzeństwa, a rodzina nie mogła mi pomóc. W Szkole Morskiej był akademik, ubranie, jedzenie i stypendium w wysokości dziewięciu rubli. Tak wyglądała moja droga do morza. Podobało mi się, chociaż nie było to moje powołanie. W czasach ZSRR marynarze byli jedynymi osobami, którzy mogli udać się za granicę i zobaczyć inne życie oraz jak funkcjonują ludzie w innych częściach świata. Jednak istniały różne ograniczenia. Wszędzie musieliśmy chodzić w trójkę, nie mogliśmy nawiązywać żadnych kontaktów z miejscową ludnością, nie mogliśmy chodzić do kina ani do teatru, jedynie do sklepów. Musieliśmy zawsze wracać zanim zapadnie zmierzch. Rejs trwał sześć miesięcy. Po tym czasie mieliśmy trochę urlopu, a następnie znów wyruszaliśmy w rejs. Pewnego razu mój urlop trwał jedynie pięćdziesiąt dni. Nie było mnie w domu prawie przez rok. Było ciężko pod względem psychicznym. Po raz pierwszy ujrzałem swojego syna, gdy miał trzy miesiące, po raz drugi, – gdy miał ponad rok. Nie było mnie, gdy rósł, nawet teraz mamy niewielki kontakt. Do tego trzeba przebywać na zamkniętej przestrzeni z tymi samymi osobami – nie tylko przez pół roku, gdyż na tych samych statkach pracuje się latami z tymi samymi ludźmi. Gdy ktoś otwiera usta, wiem już, co powie. Ale muszę tam być. Można to określić mianem dobrowolnego więzienia, z którego nie ma ucieczki, ponieważ jest otoczone wodą…

X: Czy byli jacyś dezerterzy?

AA: Z naszego statku nie, ale jeden technik komunikacji radiowej z „Radzieckiej Litwy” wskoczył na pokład amerykańskiej jednostki. Kapitan oskarżył go o kradzież, więc został nam przekazany przez Amerykanów. Czy to był Simas Kudirka..? Bałbym się o tym mówić. W każdym razie… Na naszym statku był taki mężczyzna… Wszyscy oprócz niego otrzymywali listy, tylko on jeden nie. Był bardzo przygnębiony z tego powodu. Pewnej nocy całą załogę obudzono, alarmując nas, że wyskoczył za burtę. Zawróciliśmy, staliśmy, zapaliliśmy światła, nasłuchiwaliśmy – krzyczał „pomocy”. Wyciągnęliśmy go. Od tamtego momentu zaczęliśmy go obserwować. W końcu się powiesił. Nie zostawił żadnego listu, niczego. W kieszeniach znaleziono żyletkę, co mogło oznaczać, że planował podciąć sobie żyły. Niektórzy mogą postradać zmysły… Wszystko mogło się zdarzyć.

X: Gdzie żeglowaliście?

AA: Żeglowałem dalej niż na Morzu Bałtyckim. Na początku pracowaliśmy jako dostawcy wody. Zazwyczaj jakość wody pitnej uzyskiwana dzięki destylacji słonej wody jest bardzo niska. U wielu marynarzy wywołuje problemy z żołądkiem. Przywoziliśmy z wybrzeża dobrą wodę przeznaczoną do spożycia, którą można było później wykorzystać w kuchni. Tamten statek mógł pomieścić 700-800 ton wody pitnej. Przybywaliśmy często do zagranicznych portów, do których dostarczaliśmy wodę, takich jak Cape Town, Dakar, Wyspy Kanaryjskie, a także bardziej na północy – Antwerpia, Islandia, Norwegia. Oczywiście to było bardzo dziwne, gdy dostarczaliśmy wodę z Norwegii do Murmańska, bardzo blisko Związku Radzieckiego. Chodziło o to, że gdy wpływasz do zagranicznego portu, w kilka minut załatwia się wszystkie formalności. Natomiast chęć wpłynięcia do portu należącego do Związku Radzieckiego wiązała się z koniecznością odbycia bardzo długiej, pełnej procedury celnej. Ponadto w przypadku dużych statków istniał tzw. „postój” umożliwiający tańsze zakupy dyrekcji rejonu rybackiego. My natomiast udawaliśmy się z Murmańska do Antwerpii po wodę, zabierając ze sobą personel, który w ten sposób robił zakupy. Następnie pracowałem na statkach ratunkowych: „Kastytis”, „Rambynas” i „Starptyvij”, który zmienił imię na litewskie – „Uzsispyrelis”.

X: Ratowałeś inne statki?

AA: Wykonywaliśmy nasze zadania w miejscach koncentracji marynarki wojennej. W Związku Radzieckim to było od północy, – Murmańska, po RPA czy nawet wybrzeża Chile, Angoli czy Argentyny. Zgodnie z międzynarodowymi konwencjami istnieje obowiązek bezpłatnego ratowania ludzi, a statków – za wynagrodzeniem. Operacje ratownicze są bardzo kosztowne. Obawiano się, że nasze statki będą ratowane przez zagraniczne jednostki. Dlatego każda marynarka wojenna miała swój statek ratunkowy. Nigdy nie miałem okazji do udziału w poważnych akcjach ratunkowych. Taka była nasza praca… Mieliśmy trójkę nurków, później też stałem się jednym z nich. Ich praca wydawała mi się bardzo ciekawa. Uczyłem się w szkole w Woroneżu. Po czterech latach zostałem nurkiem na statku ratunkowym. Jeśli śruba napędowa zaplącze się w jakieś sieci lub liny, nasze główne zadanie polega na ich usunięciu. Do innych obowiązków należy mycie statków pływających przez długi okres na południu, gdzie dzioby zaczynają pokrywać muszle, instalacja chłodzenia jest przeciążona, a do silnika nie dociera wystarczająca ilość wody, wskutek czego nie jest on w stanie osiągnąć odpowiedniej prędkości lub zaczyna się przegrzewać… Byłem marynarzem z uprawnieniami nurka, otrzymywałem podwójną wypłatę, przy czym moja pensja, bez dodatkowo płatnych godzin spędzonych pod wodą, jako początkującego nurka, odpowiadała wynagrodzeniu asystenta kapitana statku.

X: Czy w czasach ZSRR marynarz zarabiał więcej niż przedstawiciele marynarki zatrudnieni na lądzie?

AA: Lepiej było na statkach. Ponadto część wynagrodzenia otrzymywaliśmy w obcych walutach. Był to rodzaj „premii”. Ruble przyznane jako „premia” można było wydawać w specjalnych sklepach, które sprzedawały zagraniczne towary. Tak zwana „waluta” stanowiła dla nas wielką pomoc, dodatek do zwykłych pensji. Jako że sprawowałem stanowisko dowodzenia, bałem się spekulować, jednak zwykli marynarze kupowali więcej towarów niż było to dozwolone, a następnie je wymieniali… Teraz można by określić ich mianem biznesmenów, wówczas – spekulantów, gdyż takie działanie było zabronione. Zarabiali więc niezłe pieniądze na tej walucie.

X: Czy praca nurka była bardziej skomplikowana i niebezpieczna niż praca sternika?

AA: Pracowałem z nurkami, którzy pełnili służbę bezpośrednio po wojnie. Opowiadali mi o tym, jak oczyszczali z min cały port w Kłajpedzie, gdzie pozostawiono znaczące ilości materiałów wybuchowych. Codziennie więc igrali ze śmiercią… Ja także – za każdym razem, gdy nurkowałem – obawiałem się, czy wszystko zakończy się dobrze. W tej pracy jesteś sam. Nawet gdy przyjaciel trzyma cię na linie, mogą wystąpić wszelkiego rodzaju nieprzewidziane sytuacje. Byłem przygotowany do schodzenia na głębokość do 20 metrów, tj. do dna statku. To niewiele. Gdy pracowaliśmy w pływających bazach… Jeśli mielibyśmy przestrzegać wszystkich zasad nurkowania, należałoby przestać tam pracować. Wszystkie odpadki wyrzuca się za burtę, wskutek czego nadpływają rekiny. To nie było dla mnie, zostawałem na górze. Jednak mój kolega pracował w ten sposób – w klatce, a wokół niego pływały rekiny. Nie chciałbym się znaleźć w sytuacji, w której trącałyby mnie nosem rekiny.

X: Pływałeś przez wiele lat. Czy zapamiętałeś jakieś ciekawe historie z tego okresu?

AA: Pamiętam, że podczas pewnej burzy musieliśmy odholować jeden statek. Jeśli dobrze pamiętam, to był „Pasvalys”… Statek stał bokiem do fal i wiatru. Wyobraź sobie, jak bardzo musiał się kołysać. My przy tym musieliśmy podać linę – cienką na początku, połączoną z grubszą, a na końcu z najgrubszą. Podjęliśmy kilka prób. Byłem wówczas trzecim sternikiem, tj. odpowiedzialnym za sygnały pirotechniczne i alarmowe. Gdy zwykłe zarzucenie liny nie jest możliwe, stosuje się w tym celu specjalną armatkę. Jednak u nas żadna z armatek nie działała, mimo że wszystko sprawdziliśmy przed wypłynięciem. To była bardzo skomplikowana operacja. Na ratowanym statku rybackim silnik się spalił, a wraz z nim całość okablowania oraz maszynownia. Jednostka nie była w stanie samodzielnie płynąć. Przeprowadzenie jej z wybrzeży Chile na naprawę do Polski zajęło nam prawie miesiąc.

X: Gdzie pracowałeś później?

AA: Po otwarciu granic w 1988 r. stopniowo zaczynaliśmy zmieniać orientację na turystykę, bo moja żona bardzo dobrze znała język niemiecki. Gdy zorientowałem się, że niemieccy turyści zostawiają u nas niezłe pieniądze, a praca z nimi jest bardzo interesująca, zmieniłem zajęcie. Kupiłem łódź, dzięki której przez całe lato mogłem pracować w turystyce. Obecnie jestem właścicielem firmy turystycznej, w której oprócz mnie pracują moja żona i syn, a także niekiedy inne osoby pomagające nam na naszej łodzi kurenas.

X: Czy nadal nurkujesz? A może jeździsz nad inne morza?

AA: Czasami nurkuję tutaj, chociaż nie jest to zbyt interesujące miejsce. Powiedziałbym, że tu wszystko jest ciemne. Nie mam żadnego kombinezonu, tylko rurkę. Nie byłem w żadnych egzotycznych krajach, bo okazuje się, że prowadząc własną działalność, trudno jest się gdziekolwiek wyrwać. Tu w Nidzie dużo pracujemy, nieźle zarabiamy latem, ale zimą wszystko przejadamy, bo nie mamy przychodów. Trzeba jednak zatroszczyć się o transport i inne sprawy, zaoszczędzić… W związku z tym jeszcze nigdzie nie wyjechałem dla przyjemności… Jednak tutejsze wody w pewnym sensie mnie przyciągają… Jestem teraz kapitanem na łodzi kurenas. To dla mnie wielki przywilej, że poprosił mnie o to Jonušai. Poza tym – co to za statek – ma jedynie 12 metrów długości, lecz na świecie pływa jedynie 5 takich łodzi. Wszystkie znajdują się na Litwie: „Kursis”, „Omas”, jedna w miejscowości Sturmai, jedna w muzeum kurenas, a także w Tylży. Jestem więc kapitanem jednej z łodzi kurenas, tej o nazwie „Kursis”. To bardziej hobby niż sposób na zarabianie pieniędzy. Przed wojną była to łódź rybacka, gdyż na Zalewie Kurońskim połów ryb łodziami silnikowymi był zabroniony z uwagi na środowisko. Kiedyś tych łodzi było 400, a wzmianki o nich sięgają XII w. To wyjątkowa łódź – jej rozstaw wynosi jedynie 40 cm. Może więc pływać prawie wszędzie tam, gdzie ani zwykły jacht, ani zwykła łódź się nie przedostaną. Źródła historyczne podają tylko jeden przypadek, w którym nadszedł szkwał niedaleko Drewerny, a dwóch braci nie zdążyło zwinąć żagli na czas. Łódź przewróciła się, po czym zatonęła. Kurenas jest jednocześnie wyjątkowa i archaiczna. Jest zbudowana z dębu, maszt jest również drewniany, a żagle są z lnu i bawełny. Jedna z jednostek została znaleziona w wodzie, wyciągnięta, naprawiona i przekazana do dyspozycji Muzeum Morskiego. Była jedną z najstarszych jednostek. Konserwacja takiej łodzi wymagała znaczących środków. Bez nich zaczęła butwieć. Dlatego też ta oryginalna łódź znajduje się teraz w muzeum. Natomiast „Kursis” w zeszłym roku skończyła osiemnaście lat. Jest ona pierwszą łodzią na Litwie i na świecie zbudowaną od nowa według starych projektów.

Aurelijus Armonavičius urodził się w 1956 r. w Wilnie, mieszka w Nidzie. W latach 1974-1977 studiował w Szkole Morskiej w Kłajpedzie, uzyskując wykształcenie technika pilota statku morskiego. W 1977 r. został zatrudniony w Bazie Chłodniowców w Kłajpedzie. Pracował na statkach transportowych „Alytus” i „Krekingas”, a następnie na statkach ratunkowych – „Straptyvij”, „Rambynas” i „Kastytis”, a także na portowej łodzi silnikowej „Vega”. Od 1994 r. prowadzi własną firmę turystyczną. Jeden z pierwszych członków Litewskiego Stowarzyszenia Marynarzy, fundator i członek Cechu Regionalnych Przewodników w Kłajpedzie, członek Lions Club w Nidzie. Uczestnik i organizator biegów maratońskich.

Wywiad z Egidijusem Bacevičiusem

EB: Przeprowadziłem się tu po studiach. Pamiętam dokładną datę: to był 16 stycznia 1997 r. Była bardzo ostra zima, minus 25 stopni, a ja w podróży z piecykiem w autobusie z Wilna. Jak każdy prawdziwy Litwin prowadzę siedzący tryb życia. Tu stałem się prawdziwym Kopgalis (człowiekiem z krańca wydm). Prawdopodobnie mieszkam najbliżej morza na całej Litwie. Mój dom znajduje się 150 metrów od morza. Przeżyłem tutaj wszystkie huragany.

X: Być może myślisz, że nie mieszkasz już na stałym lądzie…

EB: To ciekawy temat. Tutaj bardziej niż z lądem mamy do czynienia z piaskiem. Być może właśnie tu znajduje się najmłodszy skrawek lądu należący do Litwy. Liczy on mniej niż 5 tysięcy lat, podczas gdy inne obszary – 12 tysięcy i więcej. Tak, przez całe życie mieszkam na wydmach! W dzieciństwie mieszkałem w rejonie Dzukii, również na obszarze wydm, niedaleko Marcinkańców, Olkieników i Mereczu. Na początku trudno było mi zrozumieć ten klimat. Dookoła jest pełno wody, a występują tu jedynie rośliny kserotermiczne, psammofilne, tj. rosnące na piasku. Ciągle wieje, co prowadzi do wysychania roślin. Po deszczu wynosiłem wszystkie rośliny na zewnątrz, ale już w ciągu połowy dnia wysychały. Trzeba dokładnie wiedzieć, gdzie można zasadzić kwiaty. W przeciwnym razie uschną. Przywiozłem rośliny z czasów studenckich, a nawet szkolnych. (…) Już w szkole miałem różne zwierzęta: jaszczurki, węże, ptaki, papugi. Zwierzęta trudne w hodowli były dla mnie wyzwaniem. Na uniwersytecie studiowałem fizjologię roślin. Musiałem jednak zmienić kierunek studiów, zostałem zoologiem. Badałem żaby i gady. Praca z żabami, może oprócz pracy w zoo, nie pozwala zarobić na życie. Musiałem zmienić profil. Niezbyt utożsamiam się z Wilnem. To miasto bogatych ludzi o specyficznym sposobie myślenia. Przez rok kuszono mnie propozycją przeprowadzki do Kłajpedy, ale nigdy nie miałem do czynienia z rybami. Gdy zobaczyłem morze, powiedziałem: „do widzenia, nigdy”. Pierwszy raz odwiedziłem Mierzeję i Kopgalis jeszcze w szkole, 16 sierpnia 1988 r. w czasie rejsu po litewskich wodach zorganizowanego przez wspólnotę „Atgaja”. Chodziłem po salach Muzeum Morskiego, ale ryby nie zrobiły na mnie wrażenia. Wówczas nie było jeszcze delfinów. Nie uwierzyłbyś, ale szukałem miejsca, w którym można było usiąść i zjeść kanapkę. Pamiętam, że siadłem na schodach, jadłem kanapkę i rozglądałem się. Czułem się niekomfortowo w tym szarym budynku, nie wiedziałem, do jakiej instytucji należał. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że los zaprowadzi mnie do tego budynku. Nie przypuszczałem, że to miejsce, które nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, stanie się częścią mojego życia! W rzeczywistości przyjechałem tu, aby badać pasożyty ryb. Nie sądziłem, że z czasem zostanę badaczem ryb. W ogóle nie znałem się na rybach. Posiadałem o nich książkową wiedzę. Już samo łowienie ryb nie przypadało mi do gustu. Ponadto przebywanie na morzu, huśtanie, konieczność łowienia ryb w ekstremalnych okolicznościach, a następnie ich opisu, np. czy jest to dorsz, jaki gatunek itd. Był to dla mnie okres dużego stresu i zmiany. Wszystko było nowe – praca, ludzie. Wypływałem w morze nawet po ponad pół roku. Zamykałem się w swojej niewielkiej kajucie, cały spięty czytałem książki. Ratowała mnie również muzyka klasyczna. To była kwestia przetrwania. W tamtym czasie naprawdę nie przepadałem za morzem. Nawet nie umiem pływać. Oczywiście teraz pozbyłem się tych lęków. Teraz wypływam w morze również nocą. Na zmianę mojej relacji z morzem wpłynął fakt, że dzięki nauce i związanym z nim zainteresowaniom byłem w stanie je oswoić. Napisałem liczne artykuły naukowe i informacyjne, chcąc prostym językiem dzielić się z innymi radością, wiedzą i odkryciami związanymi z morzem i rybami. Mógłbym opowiadać o każdej rybie… Niemniej jednak istnieje pewna różnica między mną a prawdziwymi ichtiologami. Znam się nie tylko na rybach, lecz także roślinach i ptakach. Czasem o nich piszę, niekiedy tworzę nawet nowe pojęcia, jak „żaba-gaduła z Kopgalis”. Tak w jednym ze swoich opowiadań określiłem jaskółkę. Latem jest tutaj zielony staw pełen żab, a młode jaskółki uczą się na podstawie otaczających je dźwięków. W jego pobliżu, w pojemniku na sztuczne gniazda, osiedliła się jaskółka. Nauczyła się ona mowy żab i naśladowała wydawane przez nie dźwięki. Pewnego razu, pijąc z kolegami herbatę, usłyszałem odgłosy żab. Wydawało mi się to dziwne, gdyż po tej stronie domu zazwyczaj nie było ich słychać. Spojrzałem na gniazdo i ujrzałem jaskółkę wydającą żabie odgłosy! Takimi niecodziennymi doświadczeniami i emocjami chcę się dzielić z innymi ludźmi wrażliwymi na środowisko. (…) Mierzeję Kurońską charakteryzują niezwykłe walory przyrodnicze! Naturaliści niemieccy przykładali do tego zakątka znaczącą wagę. Dla mnie był on również odkryciem. (…) Tutaj, w Rasyte czy Rybacyj, wzniesiono pierwszą stację obserwacji ptaków! Johannes Thienemann postawił ją w 1901 r. Nie wszyscy litewscy ornitolodzy o tym wiedzą. Natomiast na Uniwersytecie w Królewcu prowadzono pierwsze badania hydrobiologiczne Zalewu Kurońskiego i Morza Bałtyckiego. Pracowali tam pierwsi badacze ryb, tam również napisano pierwsze artykuły naukowe, w tym o walorach poznawczych na temat ryb i roślin regionu oraz o powstaniu Mierzei Kurońskiej.

X: Jakie znasz tradycje typowe dla tego obszaru?

EB: W 2003 r. opublikowałem książkę o zjawisku zwanym w języku niemieckim „Trommel-Fischerei” lub „Klapper-Fischerei”, a określanych po litewsku „bumbinimas”. Okazuje się, że nie wiadomo, jak początkowo nazywano ten sposób łowienia ryb. Problem polega na tym, że jedynie jeden lub dwóch historyków zna język niemiecki i tym samym liczne źródła w tym języku są dla nich niedostępne. Ze względu na to, że dobrze czytam po niemiecku, nauczyłem się czytać niemieckie manuskrypty pisane gotykiem. Szukałem również informacji podawanych przez współczesnych autorów. Najbardziej dokładne pojęcie w języku litewskim można przetłumaczyć jako „łowienie pod lodem poprzez uderzanie” (poledinė baidomoji žvejyba). Etnolodzy twierdzą, że poprzez uderzenia rybacy przyciągali ryby. Jednak jako biolog stwierdzam, co napisałem w swoich artykułach, że uderzenia te odciągały ryby od sieci. Gdy ryba wpływała, rybacy zarzucali sieci w odpowiednich miejscach, wycinali otwory w lodzie, tj. „pliumpina”, umieszczali w nich deski, a dzięki wibracjom kierowali je w stronę sieci. Takie działanie wymagało wiedzy. Jako biolog spojrzałem na to zjawisko z innej perspektywy niż etnograf. Dzięki niemu zapoznałem się z zagadnieniem łowienia ryb. (…) Przygotowuję również bibliografię na temat wiatrowskazów. Były to tzw. „Schmucks” – ornament lub dekoracje statków. Rybacy rywalizowali ze sobą o to, który z wiatrowskazów jest ładniejszy, podobnie jak my dziś o samochody. Wiatrowskaz określał również, z której miejscowości pochodziła łódź. Oczywiście wskazywały na to różne kody, np. rok, ale to były tylko opowieści – nie było na ten temat żadnych dowodów. Najważniejszą książkę na temat wiatrowskazów napisał Hans Woede. Nie mogłem jednak znaleźć żadnej informacji o tym autorze ani w źródłach litewskich, ani niemieckich. Postanowiłem dotrzeć do tych informacji, dowiedzieć się, kim był autor, jakie były jego motywy działania, jakie miał związki z tym rejonem, dlaczego nic o nim nie wiemy. Miałem szczęście, gdyż odkryłem, że jeden z jego synów nadal żyje. Od razu wysłałem do niego list, na który otrzymałem odpowiedź. Hans Woede był ogrodnikiem z Tylży. W 1951 r. Niemcy, emigranci z tego regionu, zorganizowali tam wystawę, na której prezentowano elementy typowe dla tego obszaru, w tym nieznane wiatrowskazy. Wzbudziły one jego zainteresowanie. Napisał zatem o nich książkę, która stanowi ukoronowanie 15-letnich poszukiwań w tej dziedzinie. W ten sposób wypełniłem lukę w historii tego obszaru.

X: Wróćmy do kwestii ryb. Czy twoim zdaniem pogłębienie portu może mieć wpływ na zmniejszenie liczebności ryb w Zalewie Kurońskim?

EB: Do zmniejszenia liczebności dochodziło również wcześniej. Oczywiście zachodzą również zmiany wskutek pogłębienia portu, które wpływa na zmiany w środowisku. Myślę jednak, że poważniejsze następstwa niesie ze sobą nierozsądny połów ryb. W ten sposób uruchamia się mechanizm biznesowy. Przy wzroście cen zachodzi potrzeba zutylizowania niesprzedanych ryb. Naturalnie takie fakty są ukrywane. Rybołówstwo się zdegenerowało. Głównie badam dorsze, określam ich wiek, to bardzo trudne. Trzeba wypreparować otolit ryby i wypolerować jego powierzchnię. Występujące na nim pierścienie roczne oznaczają liczbę lat, podobnie jak w przypadku słojów w drzewie. Pierścienie w otolicie bardzo trudno jest zauważyć. Naukowcy dysponują praktycznymi metodami umożliwiającymi określenie wieku, następnie wagi i długości dorszy. Dokonują oceny w zakresie całego Morza Bałtyckiego, określając liczbę osobników według wieku i wagi, a następnie wielkość możliwych połowów w celu utrzymania odpowiedniej liczebności tych ryb. W okresie sześciu lat mojej działalności liczebność dorszy wzrosła, osiągając poziom z 1969 r. Gdy rozpoczynałem pracę populacja dorsza była bardzo zredukowana. To dobry znak, że mimo trudności, na Morzu Bałtyckim obserwujemy zmiany w dobrym kierunku. Wyznaczamy kwoty połowowe i tarliska – po prostu chronimy ryby.

X: Czy zdarzyło ci się znaleźć coś ciekawego podczas łowienia ryb?

EB: Znalazłem duży bursztyn. Z bursztynami wiążą się pewne tajemnice. Było to podczas mojej pierwszej wyprawy. Nie jestem marynarzem i źle znosiłem rejs. Na trawlerze jak zwykle było bardzo dużo odpadków. Jako że byłem nową osobą, wyznaczono mnie do sortowania śmieci. Nagle wszyscy spostrzegli, że wśród nich znajdował się bursztyn wielkości dużej pięści. Mieszkańcy Połągi mówią, że osoby, która znajdzie tak duży bursztyn, nigdy nie opuści szczęście. Takie rzeczy zdarzają się bardzo rzadko. Niedawno jeden ze studentów znalazł podczas swojej pierwszej wyprawy inny, niewiele mniejszy bursztyn. Natomiast inny student – w dniu swoich urodzin. Nie wiem, czy to mistyka, ale tak bywa z bursztynami. Niektórzy rybacy pracują na morzu przez dwadzieścia lat lub więcej, nigdy nie znajdując tak dużych bursztynów.

Egidijus Bacevičius urodził się w 1971 r. w Kownie. Mieszka w Kopgalis należącym do miasta Kłajpeda. W 1990 r. rozpoczął studia na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wileńskiego, na kierunku biologii (specjalizacja: fizjologia roślin, zoologia). W 1995 r. pracował jako główny inżynier w Instytucie Ekologii, w Laboratorium Ekologii Morskiej. Od 1997 r. jest samodzielnym specjalistą w Laboratorium Rozrodu Ryb w Litewskim Ośrodku Badań nad Rybołówstwem i Ekologią Morską. W 1998 r. pracował w Laboratorium Biologii Morskiej na Uniwersytecie w Kopenhadze (w Helsingør) z prof. M. Køie. Jest członkiem Litewskiego Stowarzyszenia Hydrobiologów, Stowarzyszenia Biologów Morskich Morza Bałtyckiego oraz Bałtyckiego Towarzystwa Specjalistów ds. Rozrodu Ryb.

Wywiad z Galiną Garnagą

GG: Jestem kierownikiem Wydziału Hydrochemii, w którym zajmujemy się badaniem próbek wody pobranych z Morza Bałtyckiego. Analizy obejmują wodę, osady z dna morskiego i biota, tj. próbki biologiczne – mięczaków i ryb. W litewskiej strefie ekonomicznej na Morzu Bałtyckim, w tzw. Trójkącie, przy pobieraniu próbek posługujemy się współrzędnymi. Punkty te określamy mianem stacji badawczych. Co miesiąc na Zalewie Kurońskim organizuje się ekspedycje, na Bałtyku – raz kwartał, łącznie cztery wyprawy w roku. Odwiedzenie wszystkich stacji zajmuje trzy dni. Niektóre z nich są rozmieszczone w zależności od rodzaju osadów na dnie morskim. Inne zachowano ze względów historycznych, po to, by utrzymać ciągłość monitoringu. Ważne jest, aby w miarę możliwości nie zmieniać miejsc, z których jest on prowadzony. Niektóre stacje rozmieszczono tak, aby można było objąć całość terytorium. Niektóre mają znaczenie gospodarcze, takie jak terminal w Butyndze. W okolicach portu w Kłajpedzie analizujemy wpływ wód Zalewu Kurońskiego na Morze Bałtyckie. Ziemia wykopana podczas prac nad pogłębieniem portu ma zostać wsypana do morza. Mamy w tamtym rejonie dwie stacje, w których kontrolujemy stan środowiska. Natomiast wokół rosyjskiej platformy D6 badamy jej ewentualny wpływ na środowisko. Kolejna stacja znajduje się na obszarze, na którym zatopiono broń chemiczną.

X: Jak organizujecie ekspedycje? Macie własny statek?

GG: Tak, znowu mamy własny statek. Przed powołaniem Ośrodka Badań Morskich, tj. zanim Litwa odzyskała niepodległość, mieliśmy podobną instytucję zajmującą się monitoringiem Bałtyku, chociaż wówczas dane przekazywano do Moskwy. Mniej więcej od 1959 r. mieliśmy statek o nazwie „Jurate”, później był „Oceanographer”, a następnie – „Lev Titov”, przechszczony na „Vejas” (Wiatr). Od 1982 r. tym ostatnim pływano na wyprawy. W 2010 r. został on zutylizowany, prawdopodobnie pocięty na części i zdemontowany. Przez dwa lata nie mieliśmy własnego statku. Musieliśmy je wynajmować, szukać innych jednostek, co niosło ze sobą liczne niedogodności. Niedawno otrzymaliśmy nową łódź do prowadzenia badań naukowych, wybudowaną na wyspie Sarema. W tym miesiącu, tj. w lutym, ma się odbyć pierwsza ekspedycja z jej udziałem. Nazwaliśmy ją „Vejunas”, aby kojarzyła się z „Vejas”. Nazwę łodzi wybraliśmy w drodze głosowania, które u wszystkich wywołało duże zainteresowanie. Ta łódź jest mniejsza od „Vejas”, ale szybsza. Powinna być odpowiednia do ekspedycji po Zalewie Kurońskim i Bałtyku. Wcześniej musieliśmy wypływać na trzy dni i pracować nocą. Teraz będziemy mogli wypływać na jeden dzień i wracać wieczorem.

X: Jakie zmiany zauważasz, prowadząc długookresowe badania?

GG: Trudno jest komentować poszczególne parametry wskazujące na zanieczyszczenie. Niemniej jednak stężenie rtęci uległo zmniejszeniu w wodzie, osadach dna morskiego i biocie. Oczywiście to pozytywna tendencja. Nadal jednak wykrywamy wysokie poziomy rtęci w rybach, chociaż nie przekraczają dopuszczalnych norm określonych dla żywności. Jeśli jednak spojrzeć na ryby jak na element środowiska, odnotowuje się przekroczone poziomy stężenia tego pierwiastka w środowisku. Wykrywamy znaczące ilości rtęci, w szczególności we flądrach. Ostatnio również wykryto przekroczone maksymalne dopuszczalne stężenia w populacji śledzia bałtyckiego i dorsza. Rtęć to problem całego Bałtyku.

X: Który region Morza Bałtyckiego jest najbardziej zanieczyszczony?

GG: W strefie należącej do Litwy jest to port w Kłajpedzie. Port jest źródłem skażenia, a wraz z wykopywaną ziemią zrzucaną do morza, do niego również przedostają się substancje zanieczyszczające. Działalność prowadzona w porcie również prowadzi do skażenia. Na przykład, nawozy podczas ładowania mogą przedostać się do środowiska. W porcie istnieje wiele sytuacji, w których może dojść do skażenia, najczęściej ropą. Mamy terminal naftowy w Butyndze, który nawet jeśli nie powoduje stałego zanieczyszczenia, bywa jednak miejscem wypadków. Największy miał miejsce w 2008 r., gdy ponad dwie tony ropy przedostały się do środowiska. Takie zdarzenia wywierają również wpływ na żywe organizmy. Pobraliśmy próbki mięczaków w celu zbadania genotoksyczności. Okazało się, że skutki takiego skażenia utrzymują się przez długi czas. W przypadku mięczaków trwały one przez pół roku, mimo że w środowisku nie odnotowano skażenia chemicznego. Ostatnio realizowany był projekt polegający na wyznaczeniu najczystszej strefy Morza Bałtyckiego. Nie została wytyczona. W miejscu, które uważano za najczystsze, znaleziono te same substancje chemiczne co w innych miejscach. Można powiedzieć, że w Bałtyku nie ma czystego miejsca – wszystkie są skażone. Stężenia niebezpiecznych substancji można znaleźć nawet na Antarktydzie, gdzie nie prowadzi się żadnej działalności. Substancje szkodliwe są przenoszone zarówno w wodzie, jak i w powietrzu. Oprócz skażenia chemicznego istnieje również skażenie biologiczne. Wiąże się ono z występowaniem inwazyjnych gatunków i braku „interwencji” ze strony lokalnie występujących organizmów. W przypadku warunków sprzyjających rozwojowi, dochodzi do rozmnażania gatunków inwazyjnych. Prowadzi to do zaburzenia relacji między organizmami – silniejsze zaczynają dominować, wywołując zmiany w strukturze środowiska.

X: W jaki sposób skażenie wpływa na żywe organizmy?

GG: U ryb coraz częściej występują choroby, co jest parametrem i dowodem wskazującym na wzrost skażenia. Jednocześnie ryby coraz słabiej się rozmnażają. Być może to nas nie dotyczy, ale na północy Morza Bałtyckiego dokonuje się pomiaru warstwy tłuszczu u fok. Zauważa się, że z czasem staje się ona coraz cieńsza. Jeśli warstwa tłuszczu u samicy nie jest wystarczająco gruba, może urodzić młode, lecz nie doczekać czasu, gdy dorosną. Matka w pierwszej kolejności troszczy się o pożywienie dla młodych, nie dla siebie. Niedostateczna warstwa tłuszczu sprawia, że samica opuszcza młode i umiera. Nie wiadomo, dlaczego odnotowuje się zwiększenie warstwy tłuszczu u fok, jednak jedną z przyczyn może być wzrost stężenia fenolu – substancji zanieczyszczającej, która wpływa na smukłość sylwetki.

X: Czy np. stosowanie leków wpływa na środowisko?

GG: Przykładem mogą być środki antykoncepcyjne. Badania naukowe w innych krajach już dowiodły, że środki antykoncepcyjne mogą wpływać na organizmy żywe i środowisko. Mogą również powodować zmniejszoną rozrodczość. Dlatego też listy substancji szkodliwych stają się coraz dłuższe. Są one stale uzupełniane o coraz to nowe substancje. Zasadniczo takie związki wykazują stabilność, gromadzą się w organizmach żywych i tym samym pozostają na długi czas w środowisku. Z tego względu są niebezpieczne. Nie jestem w stanie omówić każdej substancji, jednak mechanizmy funkcjonowania przyrody działają. Stąd też z czasem sama powinna dać sobie radę. Trudno powiedzieć, ile będzie potrzebować na to czasu, gdyż to zależy od poszczególnych substancji. (…) Wiele substancji szkodliwych używamy w domu. Na przykład ftalanów, które są wszędzie. Znajdują się w bardzo wielu złej jakości zabawkach dla dzieci, co może być bardzo niebezpieczne. Ftalany są w kosmetykach, zabawkach, meblach, materiałach budowlanych, wszystkich tworzywach sztucznych. Ftalany są miększe od plastiku, są stosowane do zwiększenia jego elastyczności. Mogą być również wykorzystywane jako smary. Musimy zatem określić, który z aspektów ma większą wagę – czy większe będą korzyści, czy szkody w środowisku. W tym przypadku myślę, że większe szkody wyrządza się środowisku, w tym również ludziom. W przypadku niektórych substancji proponuje się wprowadzenie zakazu ich stosowania. Dotyczy to np. piany gaśniczej. Początkowo nikt nie przypuszczał, że może zawierać tyle trujących substancji. Na początku zawsze wydaje się, że korzyść i potrzeba są ważniejsze. Stwierdzam to również na swoim przykładzie, gdy podczas remontu domu zależało mi na tym, by użyć niepalnych materiałów. W razie pożaru, moje mieszkanie by się nie zajęło. Dopiero później dowiedziałam się, jakie ilości trujących substancji zawierają te materiały! O takich faktach dowiadujemy się jednak później.

X: Jaki jest twój stosunek do morza?

GG: Bardzo interesuje mnie praca na morzu. Bardzo lubię brać udział w ekspedycjach. Lubię, gdy łódź lekko się huśta, gdy morze jest spokojne, nic się nie dzieje. Im więcej wiesz o morzu, tym bardziej je poznajesz, tym bardziej również je kochasz. Moja rodzina mieszka w Kłajpedzie od trzech pokoleń. W rzeczywistości rzadko jeżdżę nad morze. Ale staram się. Oczywiście latem jestem tu częściej. Lubię morze w zimie, gdy jest chłodno i wietrznie. Morze jest wtedy piękne, jego wysokie fale pozwalają poczuć, jaką ma energię. Nurkowałam w Morzu Śródziemnym, jednak Bałtyk jest bliższy memu sercu, a powietrze bardziej orzeźwiające. Tam, gdy jest gorąco, kąpiesz się w morzu, ale nic nie odczuwasz. Tutaj odczuwasz miły chłód.

X: O czym marzysz?

GG: Chciałabym otworzyć laboratorium badań substancji, które obecnie nie są analizowane na Litwie, a także stosować innowacyjne metody. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że moje marzenie nie jest realne, gdyż wyposażenie takiego laboratorium wiąże się z wysokimi kosztami.

Galina Garnaga urodziła się w 1979 r. w Kłajpedzie. W latach 1997-2003 studiowała ekologię na Wydziale Nauk Przyrodniczych i Matematycznych na Uniwersytecie w Kłajpedzie, w latach 2006-2011 odbyła studia doktoranckie na Uniwersytecie w Wilnie. Od 2006 r. wykłada na Wydziale Ekologii Uniwersytetu w Kłajpedzie. W 2003 r. rozpoczęła pracę jako chemik w laboratorium Ośrodka Badań Morskich, w Dziale Hydrochemii. W 2006 r. została jego kierownikiem. Od 2010 r. jest kierownikiem Sekcji Hydrochemii w Departamencie Badań Morskich Agencji Ochrony Środowiska. Odbyła praktyki w Monako w Laboratorium Środowiska Morskiego Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, a także w Finlandii – w Laboratorium Biochemii Fińskiego Instytutu Badań Morskich. Bierze udział w pracach eksperckiej grupy roboczej HELCOM zajmującej się zagadnieniami substancji niebezpiecznych, jest koordynatorem projektu CHEMSEA na Litwie. Hobby: nurkowanie, fotografia, masaż, joga.

Wywiad z Gediminasem Dikšasem

X: Czym różni się praca leśnika w innych regionach Litwy od pracy leśnika na Mierzei?

GD: Z pewnością jest inna. Główne zadania leśników w innych częściach lądu są związane z tzw. „produkcją”, wycinką lasów, przygotowaniem drewna. Tutaj mamy tego znacznie mniej. Taką pracę wykonujemy niekiedy w zimie, a latem jedynie okazjonalnie. Koncentrujemy się na nieprzerwanym umacnianiu wydm. Prace z tym związane rozpoczynają się na wiosnę. Po zakończeniu sadzenia rozpoczynamy przygotowania do nowego sezonu, np. naprawiając ścieżki, schody czy ogrodzenia. Trawę na wydmach sadziliśmy głównie jesienią, aby pokrył ją piasek, a wiosną zapuściła korzenie. Zasadziliśmy trawę tam, gdzie nie mogliśmy umieścić ani chrustu, ani plecionych ogrodzeń. Na piaskowym pagórku o kącie nachylenia równym 30 stopni sadziliśmy ją w rzędach lub w formie szachownicy, niekiedy w odległości 60 cm. Ostatnio posadziliśmy rośliny na formowanej przez nas przedwydmie, która ma chronić właściwe wydmy przed erozją wskutek sztormu. Wydmę Parmidis porasta teraz w całości trawa. Wykopaliśmy jej część i przesadziliśmy na nadmorskie wydmy. Gdy rozpoczynałem tutaj pracę wykopywaliśmy piaskownice nawet na martwych wydmach. Około 1985 r. leśnik Vaclovas Lukosius, po przeczytaniu niemieckiej książki, zaczął sadzić trzcinę na wybrzeżu Zalewu Kurońskiego. Nikt na Litwie nie wykonywał takiej pracy. Zaczęliśmy umacniać nabrzeże, aby nie niszczyły go uderzające fale. Wszystko to, co widzisz na wybrzeżu Zalewu Kurońskiego, to nie naturalnie rosnące rośliny, lecz praca rąk ludzkich. (…) Nawet wiosną zalesianie odbywa się w inny sposób niż w pozostałych częściach kraju. W szczególności w miejscach, gdzie nigdy wcześniej nie rósł las. Dokonaliśmy specjalnych wierceń, a do otworów nawiertowych wprowadziliśmy glinę. Przywożono ją z Rasyte (zwanego obecnie Rybacij) lub z Kłajpedy. Na jednym hektarze zasadziliśmy 10 tysięcy sadzonek, a w mniej żyznych miejscach, na piasku, nawet 15 tysięcy. Pozostałe zadania, jakie wykonujemy, nie różnią się od pracy innych leśników. Wcześniej nazywaliśmy ją „edukacją z zakresu roślin leśnych”, teraz skupiamy się na „przetrwaniu”. Polega ono na odchwaszczaniu młodego lasu, wyeliminowaniu roślin innego gatunku, regularnym przycinaniu wiosną i zdrowotnym zimą. Sztormy występują jesienią. Eliminujemy elementy naniesione przez wiatr. Sztormy powtarzają się po kilku latach. Istnieją strefy, które w całości wymagają ponownego zalesienia. Wiatr wyrywa korzenie sosen, przewraca je, a same drzewa zaczynają usychać. Usunięcie szkód zajmuje kilka lat.

X: Jeśli na Mierzei Kurońskiej trzeba nawet sadzić trzcinę, jakie rośliny rosną tu naturalnie?

GD: Wierzba, zazwyczaj sosna i brzoza, a także olsza czarna. Jest kilka gatunków wierzb. Sosny górskie sadzono w latach 1875-1985. Leśnicy kontynuowali tę pracę w późniejszych okresach. Dochodziło do rożnych sporów. Głoszono opinie o konieczności umocnienia terenu czy wysiedlenia mieszkańców. Zaniechanie wzmacniania miało spowodować przedostanie się piasku do portu w Kłajpedzie. Zgodnie z rejestrem leśnym z 1963 r. sosnę górską zasadzono na obszarze około 2500 hektarów.

X: Dlaczego wybrano sosnę górską?

GD: Historia pokazuje, że próbowano wszystkiego. Te niewielkie sosny górskie przywieziono z Danii, tuż po rozpoczęciu umacniania wydm. Sosny mają mocny system korzeniowy, rosną powoli, nie są wrażliwe na suszę. Od samego początku sprowadzano z Danii nie nasiona, lecz sadzonki. Dopiero później utworzono szkółki. Źródła podają, że glinę dla sosen górskich sprowadzano z rocznym wyprzedzeniem. Wkopywano ją, a sosny sadzono dopiero po upływie roku. Teren obejmował tysiące hektarów. Według spisu leśnego z 1963 r. sosnę górską zasadzono na obszarze około 2500 hektarów. Sprowadzano tutaj wręcz góry gliny, za pomocą koni, a wkopywano siłą rąk ludzkich. Była to bardzo wyczerpująca praca, do której specjalnie najmowano miejscową ludność. Mówi się, że byli wśród niej więźniowie i jeńcy wojny francusko-pruskiej. W późniejszym okresie najmowano również kobiety. A tam gdzie są kobiety, tam też jest miłość. Z tamtych czasów pochodzi nazwa „Dolina Miłości”. Prawdopodobnie wiąże się ona z kopalnią bursztynu istniejącą w Juodkrante w latach 1862–1899. Dokładnie w okresie zalesiania w kopalni bursztynu pracowało około 500-600 mężczyzn.

X: Co się stało, że sosnę górską trzeba było zastąpić sosną zwyczajną?

GD: Przez długi czas nie pozwalano nam uprawiać monokultur. W przypadku uprawy jednego gatunku jakakolwiek choroba w jego obrębie rozprzestrzenia się błyskawicznie. W porównaniu z 1963 r. pozostało jedynie sześć tysięcy hektarów sosny górskiej. Zawsze byłem przeciwny temu gatunkowi. Jest to zupełnie niewykorzystywany teren o powierzchni 2500 hektarów. Nie korzystają z niego zwierzęta, ptaki, nie ma grzybów ani trawy. Nie ma tam nic prócz sosny górskiej – przypomina to obumarły teren, dżunglę. Ludzie z kolei nie mają do niego dostępu. Miałem okazję gasić pożar sosen górskich i jest to naprawdę okropne. W przypadku sosny zwyczajnej można podejść na odległość 10 metrów, a sosny górskiej, gdy płonie cały jej segment – co najwyżej na 20 metrów. Wozy strażackie podjeżdżają tyłem, aby w razie konieczności mogły szybko odjechać. Widziałem pożar w tym miejscu w 1995 r., za promem, na wzniesieniu. Jest to otwarta przestrzeń o szerokości 50 metrów. Pożar wybuchł po jednej stronie drogi, jednak później zszedł niżej, na drugą jej stronę, gdyż został przeniesiony wraz z gałęziami i szyszkami. Gasząc pożar, zawsze patrzę za siebie, sprawdzając, czy przypadkiem za mną nie ma ognia. Po tym pożarze pozwolono nam dokonać przecinki, które pozwoliłyby na szybsze ugaszenie ognia i ograniczenie obszaru jego rozprzestrzeniania się.

X: Jaka była przyczyna tego ostatniego pożaru?

GD: Zachodzą różne podejrzenia. Być może jakieś psychicznie chore osoby podłożyły ogień, gdyż zdarzenie miało miejsce 22-23 kwietnia, w dniu urodzin Lenina. W czasach ZSRR obchodziliśmy tzw. „subotnik” – sobotę czynu społecznego z okazji urodzin Lenina. Wiedzieliśmy, że ten dzień nadejdzie, że dojdzie do pożaru gdzieś w Smiltynie. Ostatni pożar wybuchł w maju, w dzień św. Floriana, podczas obchodów Dnia Strażaka. Z powodu święta przyjazd strażaków zajął więcej czasu. Gdyby nie helikoptery, zatrzymalibyśmy pożar gdzieś w okolicach Juodkrante. Wozy strażackie nie wszędzie mogą dotrzeć ze względu na piasek. Tak w tym miejscu przedstawia się sytuacja pożarowa. Kłajpeda to skomplikowany okręg i miejsce, ludność jest bardzo zróżnicowana, a wiesz jak teraz jest z tą demokracją… W czasach ZSRR złapałbym tę młodzież, chwyciłbym ich „za fraki”. A teraz – spróbuj coś takiego zrobić.

X: Jakie jest twoje ulubione drzewo?

GD: Trudno powiedzieć. Wszystkie są ładne, wszystkie są dobre – oprócz sosny górskiej (śmiech). Obok zbudowanego przeze mnie biura leśnictwa zasadziłem dąb. W miejscu, w którym obecnie znajduje się dom spokojnej starości „Azuolynas”, rósł kiedyś dębowy las. Jak podają dane historyczne, w 1760 r. sporządzono pierwsze dokładne mapy, na których przedstawiono trzy fragmenty starego lasu: w Rasyte, Nidzie i Juodkrante. Teraz w okolicy Juodkrante stary las zajmuje 40 hektarów. Znaleźliśmy sosnę, która ma 220 lat. Złoszczą nas, leśniczych, sytuacje, w których dopuszcza się, by kormorany zniszczyły najładniejszy las sosnowy. Te ptaki wybierają tylko wysokie i duże drzewa. Władze miasta zorganizowały konferencję ornitologiczną, na której głównie poruszano sprawy kormoranów. Próbowano je eliminować za pomocą fajerwerków. Jednak jasne było to, że jeśli przepłoszy się je z jednego miejsca, przeniosą się w inne. Musieliśmy je od razu wyeliminować, aby się nie rozprzestrzeniały. Myślę, że wrony są znacznie bardziej pożyteczne od kormoranów. Wrony zbierają rozrzucane przez ludzi odpadki. Wrony natychmiast zabierają jedzenie lub inne przedmioty pozostawione przez człowieka. Oczyszczają w ten sposób teren – również wybrzeże. Oczyszczają też wybrzeże Zalewu Kurońskiego. Bywało tam wiele martwych ryb. Oczywiście nie tyle, ile w czasach radzieckich. Można stąd zobaczyć samoloty latające deltą Niemna, które rozrzucają nawóz. Następstwem tych działań jest wszechobecny nieprzyjemny zapach smażonej ryby.

X: Czy czegoś się boisz?

GD: Kiedy tu mieszkam? Czego miałbym się obawiać? Życie tutaj to jak mieszkanie u Pana Boga za piecem. Nie ma chuligaństwa i wandalizmu obecnego na całej Litwie. Nigdy ich tutaj nie było. Tu jest cisza. Latem jest więcej ludzi, ale zimą jesteśmy tylko my. Powinieneś wpaść do miasta po pracy, po godzinie 17.00. Nie znajdziesz tu żywej duszy.

X: Jesteś człowiekiem morza czy wybrzeża?

GD: Śmiano się ze mnie, gdy podczas rejsów mówiłem, że lubię wodę, ale byłaby lepsza, gdyby wyrastały z niej drzewa. Przyjemnie jest żeglować, ale to na lądzie znajduję parki, ogrody botaniczne bądź cień drzew dający schronienie.

Gediminas Dikšas urodził się w 1944 r. w Birże, obecnie mieszka w Nidzie. W 1944 r. przeniósł się z rodzicami do Kłajpedy. W 1963 r. rozpoczął naukę na Litewskiej Akademii Leśnictwa, na Wydziale Lasów. W latach 1963-1966 służył w armii. Powrócił na studia w 1971 r., uzyskując tytuł inżyniera leśnictwa. W 1970 r. rozpoczął pracę jako zastępca dyrektora ds. leśnictwa w Neryndze, w urzędzie ds. leśnictwa w Nidzie. Teoretyczne podstawy żeglarstwa poznał w szkole średniej im. K. Donelaitisa w Kłajpedzie. W latach 1974 i 1976 w Regatach na Bałtyku ZSRR w 1. klasie jachtów cruiser zajął 1. miejsce, a 1975 r. – trzecie. W latach 1990-1995 był przewodniczącym Rady Miasta Neryngi. Do 2009 r. pracował jako leśniczy.

Wywiad z Gediminasem Gražulevičiusem

X: Czy możesz nam powiedzieć, skąd się wzięły kormorany na Mierzei Kurońskiej? Czy były już tam wcześniej?

GG: Tak. Źródła literaturowe wspominają o nich od 1802 r. Jednak niekiedy dochodzi do wzrostu lub spadku ich populacji. Pierwsza kolonia czy miejsce lęgowe znajdowały się niedaleko Juodkrante w Zatoce Gintaro. Jednak w czasie, gdy wydobywano tam bursztyn, ptaki przeniosły się na drugą stronę Juodkrante. Wówczas nie było jeszcze Juodkrante, lecz wieś Karvaiciai. Król Prus nakazał wybić kormorany, gdyż utrudniały one pracę rybakom. Ostatnia fala tych ptaków przybyła z Zachodu, z Polski. Niedaleko Gdańska znajduje się również piaskowa mierzeja. W owym czasie doliczono się tam 100 tysięcy gniazd. Kolonię tę widziano nawet z satelitów. My nie mamy tak dużo kormoranów. U nas jest ich około trzech tysięcy, ale to już stanowi poważny problem. Są może dwie, trzy osoby, które ich nie chcą i dziesięć, które mają odmienne zdanie. Na przykład punkt obserwacyjny w Juodkrante jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc po wydmie Parmidis. Leśnicy też znowu zaczęli sadzić drzewa niedaleko punktu obserwacyjnego, w miejscach, gdzie zostały one zniszczone. Gleba jest tam żyzna, więc teraz rosną tam nawet dęby. Przyroda wie, co robi. W przypadku braku pożywienia czy odpowiednich warunków, kormorany same by opuściły to miejsce. Obecnie wypełniają one pewną nisze. Rybacy łapią ryby drapieżne, takie jak szczupaki czy sandacze. Kormorany zaczęły więc się żywić mniejszymi rybami, które rybacy nazywają „odpadkami” – to na przykład wzdręgi czy płotki. Ryby te stanowią 50% ich pożywienia. Jeśli ryba jest zdrowa, porusza się i trudno ją schwytać. Kormorany są więc drapieżcami, które oczyszczają środowisko. Łowią chore ryby. Potrzebują około 300 g ryby dziennie. Jeśli jednak złowią jej około 2 kg, trawią ją, nie jedzą przez kilka dni, pozostając w jednym miejscu. Nie potrzebują wówczas kolejnych ryb, nie mają lodówek! Nie zachowują się jak ludzie, którzy łowią za pomocą sieci, ryby umieszczają w lodówkach, później je sprzedają i znowu łowią. Leśnicy również patrzą z ekonomicznego punktu widzenia. Dla nich drzewo oznacza pieniądze. Leśnik może wyciąć drzewo, a kormoran – nie. Od czterech lat realizowany jest program, którego celem jest regulacja populacji kormoranów poprzez ich wypłaszanie. Ptaki te nie mogą samodzielnie latać do starego lasu. Strzela się petardy, aby wypłoszyć je z gniazd, gdy wysiadują jaja. Organizmy chorobotwórcze przenoszone z chłodnym powietrzem powodują śmierć młodych, zanim się jeszcze wyklują. To straszna metoda, ale co robić… Człowiek jest okrutny… W Smiltynie jest oswojona samica łosia Meile (Miłość). Od początku była chowana przez ludzi, teraz ma około półtora roku. Przychodzi do rybaków i prosi o chleb. Przywieziono ją z Litwy Wschodniej na Mierzeję Kurońską, gdyż tu łosie są pod ochroną, nie można na nie polować. Tu jest bezpieczniejsza. Teraz władze miasta zastanawiają się, jak się jej pozbyć. W Neryndze mamy co chwilę jakiś nowy problem: inwazję muszek, inwazję kormoranów, inwazję lisów, a teraz problem łosia. Podobnie było z bocianem o imieniu Juozas – latem jest on atrakcją, zimą, gdy trzeba go karmić, już stanowi problem. Bociana przeniesiono do Smiltyny, mieszka tam razem z orłem morskim. Opiekuje się nim pewna dziewczyna, która z własnej kieszeni pokrywa koszty pożywienia. W rzeczywistości jest to samica bociana. Pięć czy sześć lat temu miała młode, którym zaopiekował się ornitolog V. Jusys na Przylądku Vente. Chował je, zapewniał opiekę zimą. Jednak wskutek nieporozumień z innymi osobnikami, bocian został wyrzucony z gniazda. Przeleciał przez Zalew Kuroński, do Nidy. Mieszkał tam latem, lecz zniknął zimą. Okazało się, że przeniósł się do Rybacyj, 30 kilometrów stąd, gdzie pewna kobieta zapewniła mu schronienie na zimę w stajni, karmiła, a nawet zakładała skarpety, gdy marzły mu nogi. Nasze bociany migrują z Litwy do Afryki Południowej, lecz ten osobnik ma zablokowany instynkt. Jako że ptaki łączą się w pary zimą, Juozas nie może znaleźć męża. (…)

X: Czy wiesz, jak się łapie wrony?

GG: Tak, potrafię to robić. Mam nawet odpowiedni sprzęt, lecz brakuje mi czasu. Robił to wujek mojej mamy. Mieszkał w Nidzie i prawdopodobnie był ostatnią osobą, która parała się tym zajęciem Zmarł około 1980 r. Łapał wrony wiosną i jesienią. Sprawiał je, solił i wszystkich częstował, także i mnie. Dopóki nie spróbowałem, patrzyłem na to z obrzydzeniem. Nauczył się tego od miejscowych Niemców. Łapał migrujące wrony, które były czyste, nie te mieszkające w miastach. Żywiły się tym, co znalazły w przyrodzie, na polach, nie zaś śmieciami. Przylatywały z północy, wujek zastawiał na nie pułapki nad morzem. Wysypywał trochę ziaren, rzucał rybę. Używał liny, która pozwalała mu zamknąć sieć. Przyciągał je za pomocą żywej wrony. Później zrobiłem mu bosaki i dałem oswojone wrony. Przyniosło to lepszy rezultat. Zabijał je, gryząc w szyję, jak wszyscy Prusowie. Nie robił tego, by je torturować. Dlaczego Prusowie jedli wrony? Ponieważ po zakończeniu sezonu połowów, w czasie, gdy łowienie ryb na Zalewie Kurońskim było zabronione, musieli coś jeść. Nie było rolnictwa, niczego nie uprawiali. Latem łowili ryby, a wiosną i jesienią jedli różnego rodzaju wronie mięso: białej wrony, gawrona i kawki.

X: W jaki sposób ptaki migrujące są w stanie pokonywać tak długie dystanse? Czy to prawda, że w okresie migracji wiele z nich ginie?

GG: Naukowcy obliczyli, że 70% młodych ptaków ginie w okresie migracji. To bardzo dużo! Poza tym muszą też później powrócić. Na przykład mewa polarna, która rozmnaża się na Biegunie Północnym, pokonuje 25 tysięcy kilometrów, by dotrzeć na Biegun Południowy. W ciągu jednej pory roku pokonuje ten dystans w obie strony. Ptaki migrujące mają swoje trasy. Po wylęgu ptaki przelatują ponad lądem, aby dotrzeć do morza. Małe ptaki boją się latać przez morze. Docierają na południe, lecąc wzdłuż wybrzeży. Załóżmy, że ptaki w okolicy Kłajpedy dzielą się na dwie grupy: jedna przelatuje nad Mierzeją Kurońską, druga wzdłuż linii brzegowej Zalewu Kurońskiego. Większość ptaków lata nocą i to na bardzo dużych wysokościach, tj. 3-4 kilometrów. Łapią odpowiedni wiatr i ruszają w drogę. Jeden z zaobrączkowanych na Przylądku Vente mysikrólików zwyczajnych, który waży 2-5 gram, następnego dnia został złapany w Szwecji. Wyobraź sobie, że przeleciał 300 kilometrów nad morzem! Wzniósł się, wiał południowy wiatr, który go poniósł. Natomiast kos, którego zaobrączkowałem w Smiltynie, po dziesięciu latach został złapany cały i zdrowy we Włoszech. Po dziesięciu latach od zaobrączkowania migrował jeszcze przez dziesięć lat!

X: Czym morskie ptaki, które żyją nad morzem, różnią się od innych ptaków?

GG: Ich organizm jest przystosowany do życia na wodzie. Mają gruczoły łojowe, które natłuszczają pióra. Na przykład kaczątko, które przez pierwszy rok żyłoby bez matki, padłoby z powodu infekcji upierzenia. Pod skrzydłami matki pióra młodego natłuszczają się, co sprawia, że nie moknie on w wodzie. Ptaki są przystosowane również na inne sposoby. Niektóre z nich zimą, łowiąc mięczaki, potrafią zanurkować na głębokość nawet do 40 metrów.

X: A ludzie, którzy mieszkają nad morzem, są inni od tych żyjących w głębi lądu?

GG: Oczywiście, że są inni. Porównaj osobę żyjącą w lesie z osobą mieszkającą nad morzem. Ta znad morza nie jest w stanie mieszkać w lesie. Sam na przykład czuję, że gdy jestem w Kownie lub Wilnie, brakuje mi powietrza. Z jakichś względów tak się dzieje. Być może człowiek – tak jak ptak – lata, lata, podróżuje, by w końcu osiedlić się w jednym miejscu na całe życie.

Gediminas Gražulevičius urodził się w 1951 r. w Lazdijai, mieszka w Kłajpedzie. W latach 1969-1974 studiował biologię na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wileńskiego. W latach 1974-1978 pracował jako starszy badacz naukowy w Rezerwacie Zuvintas. W latach 1978-1988 był młodszym badaczem naukowym w Instytucie Zoologi i Parasytologii Litewskiej Akademii Nauk. W latach 1988-1989 pracował jako starszy badacz naukowy w Muzeum Morskim w Kłajpedzie. W latach 1989-1998 pracował jako starszy inżynier w Ministerstwie Środowiska, w Departamencie Bezpieczeństwa Środowiska Regionu Kłajpeda. W latach 1998-2011 był dyrektorem Departamentu Przyrody Parku Narodowego Parku Mierzei Kurońskiej. W 2000 r. uzyskał uprawnienia przewodnika. Od 2011 r. jest starszym specjalistą w Ministerstwie Środowiska, w Departamencie Bezpieczeństwa Środowiska Regionu Kłajpeda. Opublikował ponad 70 artykułów naukowych i informacyjnych o litewskim wybrzeżu Bałtyku, Zalewie Kurońskim, ptakach Litwy Zachodniej. Jest współautorem kilku publikacji i książek naukowych. Jego hobby – związane z zawodem – to obserwacje ptaków, fotografia przyrodnicza.

Wywiad z Indrė Šimkutė

IŠ: Urodziłam się w Kłajpedzie, jednak później przeprowadziliśmy się na północ Litwy, do Możejek. Dopiero potem rozpoczęłam studia na Uniwersytecie w Kłajpedzie, tak też zostałam w tym mieście. Miałam studiować w Wilnie, więc na początku pobyt w tym miejscu nie był dla mnie powodem do radości. Teraz mi się jednak tu podoba. W ostatniej klasie szkoły średniej marzyłam o archeologii podwodnej. Po drugim roku na Uniwersytecie w Kłajpedzie zapisałam się do uczelnianego klubu nurkowego „Amphibious”. Zaczęłam nurkować i uczestniczyć w różnych podwodnych ekspedycjach archeologicznych. W rzeczywistości pojechałam nad morze w 2009 r. Pierwsze doświadczenie zdobyłam nad Morzem Czerwonym. Tam specyfika i piękno są zupełnie inne, a ryby, koralowce – fantastyczne… Później nurkowałam na Litwie, głównie w jeziorach Plateliai, Luokesa, gdzie odkryto starą wioskę zbudowaną z pali. Dopiero później nurkowałam w Morzu Bałtyckim. Miałam okazję nurkować w obrębie dwóch statków: na głębokości 3 metrów, niedaleko od brzegu, a także zatopionego na głębokości 23 metrów. Było to dla mnie prawdziwe wyzwanie.

X: W jaki sposób przebiegają takie ekspedycje? Czego szukacie i co znajdujecie?

IŠ: Specyfika zależy od jeziora lub morza. Na morzu wypływamy dalej i za pomocą specjalnego urządzenia sprawdzamy, co znajduje się na dnie morskim. Jeśli podczas skanowania znajdziemy jakiś przedmiot, gdy nie jest za głęboko, schodzi do niego grupa nurków. Zbieramy informacje na temat przedmiotów, oceniamy czas, w którym mógł zatonąć. Szukamy w historycznych źródłach. Następnie planujemy ekspedycję na określony czas. Z morzem jednak nie ma żartów. Może się zdarzyć, że podczas dwutygodniowej ekspedycji nie zanurkujesz ani razu z powodu zbyt silnego wiatru i za wysokich fal. Mogłoby to być niebezpieczne nawet dla łodzi. W zależności od warunków pogodowych ekspedycja może się wydłużyć z dwóch tygodni do dwóch miesięcy. W czasie jednej z wypraw znaleźliśmy pień w miejscu, w którym przypuszcza się, że kiedyś był las. Ekspedycja trwała bardzo długo, wypływaliśmy w morze wiele razy, co jest kosztowną przyjemnością. Chcieliśmy dowiedzieć się, z jakiego okresu pochodził ten pień, gdyż wskazywałby on również na fakt przesuwania się morza. Osobiście nie brałam udziału w tej ekspedycji, gdyż wówczas pracowałam przy wspomnianym już statku zatopionym na głębokości 23 metrów. Pływałam w jego obrębie jesienią, przy bardzo słabej widoczności. Chciałam zobaczyć ten statek i spróbować swoich sił. Na początku wszystko szło dobrze, do momentu, gdy nie straciłam z oczu swojego partnera. Był jedyną osobą z latarką. Wcześniej widziałam go, jak wpływał do jakiegoś otworu. Zaczęłam się rozglądać i spostrzegłam, że jestem sama przy łodzi. Chciałam wpłynąć do wnętrza tej dziury. Zaklinowałam się w niej. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę wyjść. Zdenerwowałam się, zaczęłam panikować, wypuszczać bąbelki. Oczywiście zaczęłam także krzyczeć, ale pod wodą nikt mnie nie słyszał. Pamiętałam jednak słowa swojego trenera, który mówił, że najważniejsze to być spokojnym, że panika może prowadzić do tragedii. Próbowałam się uspokoić, skoncentrować się i płynąć do tyłu. Trudno mi to opisać, ale to było bardzo silne przeżycie – prawie jak spotkanie ze śmiercią. Po tym doświadczeniu ostrożniej podchodzę do morza. Lubię w nim nurkować, ale z respektem. W szczególności w Bałtyku, w którym widoczność jest słaba, a woda – zimna. Widoczność przy statku, w obrębie którego nurkowałam, nie przekraczała pół metra. Statek mogłam dostrzec dopiero wówczas, gdy się przy nim oparłam. Oczywiście statek wygląda pięknie, porastają go różne małe muszelki. Aczkolwiek, jeśli chce się czegoś dotknąć, należy koniecznie zakładać rękawice. To przerażające, gdy prawie nic nie widzisz. To poczucie braku bezpieczeństwa. Dotyk kolegi sprawia, że ogarnia cię strach. Moja pierwsza ekspedycja na Morzu Bałtyckim miała miejsce niedaleko wsi Święta – w punkcie, w którym znajdował się drewniany statek z XVII w. Płynęliśmy w trójkę. Dwóch chłopaków miało zamontować pręty stanowiące stelaż dla żelaznej siatki. Miała mi ona umożliwić narysowanie statku na plastikowej tablicy, na której rysuje się zwykłym długopisem. Podczas montażu, który trwał 1-1,5 godziny, czekałam na łodzi. Gdy się wynurzyli, powiedzieli, abym zanurkowała sama, ponieważ nie mają już zapasu powietrza. Popadłam w panikę, którą jednak udało mi się opanować. Zanurkowałam, lecz nie mogłam niczego znaleźć. Po kilku próbach naprawdę się przeraziłam, gdyż nagle przed mymi oczami pojawił się wielki, straszny statek – taki jak w filmach.

X: Czym jeszcze zajmujesz się pod wodą?

IŠ: Moja praca polega głównie na naprawach i pomiarach każdej części statku, każdej najmniejszej deski, którą później należy opisać w raporcie. Robię też zdjęcia, filmuję statek. W archeologii podwodnej wykonuje się podobne czynności co na lądzie. Jednak wskutek sztormu statek może być przysypany piaskiem. Wówczas już go nie odnajdziesz. Zapomniałam wspomnieć, że przede wszystkim znalezione przedmioty oczyszczamy specjalnym urządzeniem przypominającym odkurzacz. Usuwamy z nich piasek, który za pomocą specjalnych tub jest odpompowywany w inne miejsce – jest to fizyczna praca. Praca w obrębie statku wiąże się ze znaczącym wysiłkiem.

X: Jednak pod wodą chyba wszystko jest bardzo delikatne?

IŠ: Tak, trzeba bardzo uważać, chociaż w wodzie i tak nie możesz się szybko poruszać. Wszystko dzieje się powoli, pracuje się bez pośpiechu. Mam niewielkie doświadczenie w nurkowaniu w morzu, ale gdy odkrywaliśmy starą wioskę w jeziorze Luokesa, przydzielono nam 4 m2 do pracy, gdzie specjalnym urządzeniem mogliśmy oczyszczać eksponaty z piasku. Znalazłam łańcuch, zorientowałam się, że pochodził z epoki brązu. Składał się z czterech części. Trzeba go było oczyścić możliwie jak najdokładniej. Wyciągasz go, pokazujesz przełożonemu! Trudno jest opisać uczucie, kiedy musisz zabezpieczyć tak delikatny przedmiot, a później go zakonserwować. Uświadamiasz sobie wówczas, że taki łańcuch pochodzi z okresu 800-400 lat p.n.e. i że ktoś go stworzył, a teraz ty go dotykasz. Takie odkrycie jest uczuciem nie do opisania. Było to moje najpiękniejsze znalezisko.

X: Czy boisz się spotkać w wodzie ciało topielca?

IŠ: Tak. Zdarzyło mi się coś takiego w jeziorze Plateliai. To bardzo tajemnicze jezioro, gdzie działy się różne rzeczy. Mówi się, że dochodzą z niego głosy, że są tam duchy. Pływaliśmy w grupie w miejscu, gdzie pod wodą dekoruje się bożonarodzeniowe drzewka, co osobiście w ogóle mi się nie podoba. Jest tam taki stolik z lustrem – gdy się w nim przejrzysz, naprawdę możesz się przestraszyć. Dopłynęłam do krawędzi, przy której nigdy wcześniej nie byłam. Widziałam tam gąszcz roślin, różne zabawki, zdjęcie jakiejś pary, chyba nowożeńców. Ujrzałam też…jakąś osobę! Pomyślałam, o nie, o Boże, co to jest?! Przypominał nurka… przypominał topielca. Bardzo się przestraszyłam, lecz podpłynęłam bliżej. Zobaczyłam obok niego łódź i harpun. W tamtym miejscu jest klub jachtowy, który przygotowuje specjalne atrakcje dla nurków, żeby mieli co oglądać, jakby przyroda nie była wystarczająco interesująca i trzeba by było ją wzbogacać dodatkowymi atrybutami.

X: Czy słyszałaś o nielegalnie prowadzonych pracach archeologicznych pod wodą?

IŠ: Słyszałam, że również pod wodą, podobnie jak na lądzie, prowadzi się nielegalne prace. Ludzie nie mają świadomości, że postępując w ten sposób, okradają nas wszystkich z bogactwa niematerialnego – dziedzictwa. Mogą się do nich zaliczać zawodowi archeolodzy lub byli studenci, którzy potrafią ocenić wartość przedmiotu. Ich zachowanie jest szkodliwe, gdyż nie przestrzegają specyfiki prowadzenia takich prac. Uniemożliwia to opublikowanie takiego materiału. Nauka też z niego nie skorzysta z powodu wyrządzonych mu szkód. Mamy do czynienia ze smutnymi przypadkami istotnej wartości nekropolii, ważnych dla nauki i dalszego jej rozwoju, uszkodzonych wskutek nielegalnie prowadzonych prac. Są to osoby, które bogacą się na takim działaniu, lecz wyrządzają największe szkody nauce. Z powodu tych osób nie podaje nam się również współrzędnych. Zna je kapitan i kilka innych osób. W przeciwnym razie każdy mógłby tam dotrzeć i wszystko zniszczyć. Prace prowadzone na lądzie mają to do siebie, że piszą o nich dziennikarze, a ludzie pytają nas, czy wykopaliśmy złote monety. Nie możemy ujawniać takich informacji przed zakończeniem wykopalisk. Jednak po zakończonym dniu pracy opuszczasz stanowisko, na które później może przyjść każdy, nawet, gdy zostało ogrodzone.

X: O czym marzysz?

IŠ: Jeśli raz spróbujesz nurkowania, nigdy ci się nie znudzi. Bez względu na towarzyszące mu uczucia jest to świetna zabawa. Ciągle chcesz więcej zobaczyć i więcej przeżyć. Jeśli organizowane są jakieś ekspedycje, oczywiście chcę w nich uczestniczyć. W przyszłości chciałabym zarabiać na życie prowadzeniem prac archeologicznych pod wodą. Nieprzerwanie o tym marzę. Chciałabym także pojechać np. w okolice Rzymu i wykopywać amfory egipskie lub zgłębiać wiedzę na ich temat. Są częścią bardzo starego świata, którego chciałabym dotknąć. Jednak interesuje mnie każde miejsce. Niekiedy możesz znaleźć jakiś „skarb” w niespodziewanych miejscach, które będziesz wspominać później do końca życia. Proste rzeczy również potrafią wywierać wrażenie. Możesz nurkować w jeziorze Plateliai i zachwycać się tamtejszymi widokami, np. pozostałościami pali mostu, który w XVI w. łączył wyspę z półwyspem lub podwodnym światem przypominającym las. Są to proste rzeczy, które sprawiają mi niezwykłą przyjemność.

Indrė Šimkutė urodziła się w 1986 r. w Kłajpedzie. W latach 2005-2009 studiowała historię (specjalizacja: archeologia) na Uniwersytecie w Kłajpedzie. W 2009 r. uzyskała uprawnienia do nurkowania (CMAS*). W latach 2009-2011 pracowała na stanowisku sekretarki na Wydziale Historii. W 2009 r. rozpoczęła studia magisterskie na Uniwersytecie w Kłajpedzie (kierunek: historia krajów bałtyckich). Jest pracownikiem naukowym w Instytucie Historii i Archeologii Regionu Bałtyckiego na Uniwersytecie w Kłajpedzie. Bierze udział w konferencjach naukowych, wykopaliskach archeologicznych, pracach wykopaliskowych pod wodą i ekspedycjach naukowych.

Wywiad z Kazimierą Norvydiene

X: Podobno twój ogród jest najlepszy, najlepiej uprawiasz ziemię.

KN: Tutaj w Juodkrante jestem jedyną osobą, która uprawia 11,5 ara ziemi. Sama ją przygotowałam. Wcześniej były tu tylko pokrzywy i śmieci. Kopałam metr po metrze, dopóki nie dotarłam do morza. Dalej już nie było miejsca. Była tylko woda. Ziemia jest uboga. Tutaj jest tylko piasek. A więc pracowałam zgarbiona i tyle… Wszystkie odpadki rybne wykorzystuję w ogrodzie. Nie kupuję żadnej chemii. (…) Łowię ryby na wędkę od dzieciństwa. Teraz mam już 90 lat i nadal łowię ryby. Mój ojciec był rybakiem, więc ja też łowię ryby. Jako mała dziewczynka brodziłam po jeziorze w Tylży razem z chłopcami… Wracałam cała mokra z niewielką rybką na żyłce – wiadomo, jakie jest to dziecięce łowienie. Matka nic nie powiedziała, więc sama ją oczyściłam i usmażyłam. Łowię na Zalewie Kurońskim od 1949 r. Łowiłam też na lodzie, ale w ostatnich latach jest on za słaby. Dzięki Bogu nigdy nie wpadłam do wody ani się nie poślizgnęłam. Mam nawet dwie łodzie – jedną większą, jedną mniejszą. Gdy wychodzę i widzę, że prąd nie jest silny, zawracam. Kiedy jest odpowiedni, zaczynam łowić. Dużo pracuję w ogrodzie. Kiedy chcę od niego uciec, wypływam w morze. Łowię na wędkę do zmroku. Wracam później z wiadrem pełnym ryb. Następnie je obieram, czyszczę mięso na rissole. Ryby odżywiają także mój ogród. Teraz jednak prawie nie ma już ryb w Zalewie Kurońskim. Obecność kormoranów sprawia, że ryby znikają. Nie ma też rybaków. A czasami jeden kormoran potrafi zjeść w ciągu dnia 5 kilo ryby. Przez kormorany w Zalewie Kurońskim w ogóle już nie będzie ryb. Zostaną tylko te małe. Wszystkie ryby są teraz w okolicach Kaliningradu, bo tutaj przypływa słona woda z Bałtyku, a świeżej wody nie ma aż do Nidy.

X: Opowiedz nam, jak się tu znalazłaś.

KN: Pochodzę ze Żmudzi, szkołę podstawową ukończyłam w Tylży, a pracowałam od 14. roku życia jako opiekunka do dzieci lub pomoc domowa. Po wojnie wszystko zamarło. Uciekliśmy więc do Kłajpedy. Później, po 1949 r., przeprowadziliśmy się do Smiltyny, mąż dostał pracę. Naprawiał jachty. Mieliśmy zakwaterowanie, ale w opłakanym stanie, bez kuchenki, zimne. Trzymaliśmy tam wszystko. Tam też zamieszkaliśmy. Wybraliśmy pokój na pierwszym piętrze. Pod nim trzymałam kozę, w innym pomieszczeniu krowę przewodniczącego klubu jachtowego, a w innym pokoju – świnię. (…) Z wiadrem złowionych ryb chodziłam na targ i tam je sprzedawałam. Gdy sprzedałam połowę, mogłam kupić torbę jedzenia dla dzieci. Nie było wtedy promu. Musiałam więc ponownie wracać łodzią. Miałam pełno pęcherzy na rękach od wiosłowania. W 1956 r. przeprowadziliśmy się do Juodkrante. Chcieliśmy, żeby nasze dzieci poszły do szkoły, a tam była czteroletnia szkoła. Każdy z moich synów wychował się w innym miejscu – w Tylży, Kłajpedzie, Smiltynie i Juodkrante. Zostałam sama w wieku 39 lat, z czwórką chłopców. Dwoje najmłodszych nie chodziło jeszcze do szkoły. Pracowałam przez kilka lat jako kucharka w obozie pionierów, pracowałam na stołówkach, nawet sprzątałam ulicę, a na budowach nosiłam na pierwsze piętro zabezpieczenia i cegły. Parałam się wielu prac. Musiałam utrzymać, wychować i wykształcić czwórkę dzieci.

X: Dlaczego przestałaś hodować zwierzęta?

KN: Wcześniej chów w Smiltynie był dozwolony, teraz jest zabroniony. Tu w Juodkrante było największe stado krów. Miałam kozę, której nie było nawet potrzeby przywiązywać. Pozwalałam jej chodzić do lasu. Sama wracała na dojenie. Pewnego razu sześć kóz dotarło do urzędu leśnictwa. Zamknięto je w magazynie, a mi i sąsiadom wytoczono sprawę za puszczanie kóz samopas. Oddano nam je po rozprawie. Ubiłam swoją kozę. Mieliśmy mięsa na całą zimę. Była duża, gruba… Teraz ludzie narzekają – ja nie. Wolę żyć zdrowo. Wiosną pracuję w ogrodzie. Chciałabym nająć jakąś pomoc. Jednak w Juodkrante nie ma normalnych kobiet. Jeśli już przychodzą, to z reguły alkoholiczki, które przynoszą więcej szkód niż pożytku. Pewnego razu najęłam jedną do pracy. W międzyczasie poszłam ugotować coś do jedzenia. Następnie wyszłam do ogrodu i zobaczyłam, że wszystkie moje truskawki były wyrwane z ziemi! Zapytałam, co zrobiła. „Wypieliłam” – odparła. Zwolniłam ją. Od tej pory robię wszystko sama.

X: Co jest dla ciebie najważniejsze podczas łowienia?

KN: Dla mnie łowienie na wędkę przypomina loterię – czekasz na to, co złowisz, jaki będzie twój „łup”. Mówisz sobie, że to tylko wędkowanie, że to już ostatnia ryba, – gdy nagle łowisz duży piękny okaz. Chcesz więc dalej łowić. Robi się ciemno, zapada zmrok… (…) Podczas jednego z konkursów w pewnej grupie brakowało kobiety. Poproszono mnie zatem o to, bym przyszła do Nidy, po lodzie. Podczas konkursu nie można było łowić, skąd się chce. Były do tego wyznaczone miejsca, ale i tak wygrałam. W nagrodę otrzymałam bambusową wędkę. Drugiego dnia, już z innego miejsca, złowiłam sandacza, który ważył 5 kilogramów. Musiałam go wyciągnąć z wody, a nie chciał wyjść przez tak mały otwór. Chwyciłam go ręką i ciągnęłam dalej. Zmoczyłam rękę w wodzie, w pewnym momencie zauważyłam, że krwawię, zobaczyłam też rybią krew. W końcu ścisnęłam tę rybę, wyciągnęłam i położyłam na lodzie.

X: Zazwyczaj łowisz sama, prawda?

KN: Sama. Nie jestem jednak w stanie wywiercić otworu w lodzie – jestem za niska, nie potrafię odpowiednio go nacisnąć, nie mam siły w rękach, by go unieść. Na lodzie używam kilofa i wszystkich innych narzędzi. Wracam, gdy widzę światła przy brzegu. Pewnego razu wracałam przez sześć kilometrów na piechotę. Czułam, jak do butów wlewa mi się woda, jak podniósł się jej poziom, jak na tafli lodu było już 10 centymetrów wody. Przemoczyłam nogi, na drugi dzień nie poszłam na ryby.

X: Łowisz za pomocą sieci?

KN: Nie, ponieważ do tego należy wykupić licencję. Do tego potrzeba też ludzi, a ja ich tu nie znajdę. Jestem sama – tak jest dla mnie lepiej. Nie potrzebuję licencji, nie muszę płacić podatków. Wcześniej wymagana była opłata za wędkowanie. W moim wieku nie muszę jej już wnosić. Mówią, że jestem już stara i nie muszę płacić (śmiech).

X: Czy nawiązujesz kontakty z mężczyznami, którzy chodzą na ryby?

KN: Jesteśmy w przyjaznych relacjach z sąsiadami. Tu wszyscy się znają. Pytamy, gdzie bierze ryba, gdzie można podjechać, a gdzie podpłynąć. Kiedyś dziwiono się, gdy widziano kobietę idącą na ryby. Mówiono, że znikną wtedy ryby. Teraz jest więcej kobiet łowiących na wędkę. Nie budzi to już zdziwienia. Bardziej oburzające są przekleństwa rzucane przez grupy młodych Rosjan gromadzących się zimą na zamarzniętej wodzie. Nawet nocą, gdy leżę już w łóżku, przypominają mi się w głowie. Rzadko zdarza się, żeby pojawili się jacyś normalni mężczyźni, z którymi można by było normalnie porozmawiać – wszyscy używają niecenzuralnych słów. Mówią po litewsku, a przeklinają po rosyjsku.

X: Ile najwięcej złapałaś ryb za jednym razem?

KN: Raz, pewnego krótkiego zimowego dnia, pojechaliśmy samochodem na ryby. W ciągu dnia zanosiłam złowione ryby do bagażnika. Wieczorem nie mogłam unieść zawierającego je pojemnika. Pomogli mi mężczyźni i dzieci. Jedno z nich, które jeszcze chodziło do szkoły, powiedziało: „policzmy je”. Okazało się, że złapałam na wędkę 777 śledzi bałtyckich. Bolały mnie wtedy wszystkie mięśnie…

X: Czy masz wnuki? Czy również łowią ryby?

KN: Mam ich ośmioro. Całą gromadę. Jeden z moich prawnuków łowił w stawie ryby na wędkę. Mam staw w ogrodzie. Pływają w nim karasie pospolite. To dla mnie rozrywka. Latem kupuję im biały chleb. Gdy je karmię, szczególnie wieczorem, pluskają, chlapią wodą. Lubię je obserwować podczas karmienia. Syn powiedział, żebym pozbyła się dużych okazów. Wolę je jednak zostawić, bo wiosną dadzą mi młode.

X: Czy masz jakieś tajemnice związane z łowieniem ryb? Czy też jest to wszystko, o czym wiesz?

KN: Nie… Każdy mówi – „U ciebie bierze ryba, a u nas nie”, ale nie mam żadnych tajemnic. Przynoszę swoje „bicze”, a inni wędki nowoczesnych marek. Moje narzędzia są proste, kołowrotek jest rosyjski, samodzielnie przyczepiam haczyki i łowię. A ryby biorą jak szalone…

Kazimiera Genovaitė Norvydienė urodziła się w 1921 r. w Tylży, mieszka w Juodkrante.

Klaidas Perminas

KP: Z geologicznego punktu widzenia Bałtyk ulegał zmianom. Można wyróżnić cztery etapy formowania się morza. W pierwszej fazie nie można by go nawet nazwać morzem, tylko Bałtyckim Jeziorem Lodowym. Oczywiście miało ono inny kształt. Znana nam obecnie linia brzegowa ma około dwóch-trzech tysięcy lat. Dno morskie jest raczej skaliste. Na obszarze należącym do Litwy można wyróżnić kilka jego rodzajów: składa się z pustynnego piasku, ukształtowanego falami, zwanego także „ruzgos” lub całych powierzchni kamiennych. Kilka lat temu nurkowie odkryli inny typ dna, nazywanego niegdyś „kanionami”. Były to góry wymyte przez rzeki w okresie formowania się morza. Teraz pozostały z nich wysokie na kilka metrów korytarze przypominające kaniony. Znamy jedynie parę takich miejsc. Zasadniczo nasze dno morskie jest piaszczyste i raczej nudne. Ta monotonia, w porównaniu z innymi morzami, jest powodem, dla którego wielu nurków lubi nasze morze. Pływasz, prawie nic nie widzisz i nagle przepływa przed tobą jakaś flądra bądź ukazuje ci się, np. kamień. Wyczekiwanie na coś, co może się pojawić, przynosi efekt. Z drugiej strony, płaskie dno morskie może być zwodnicze. Nie wiemy, co kryje się pod warstwą piasku. Z pewnością na tym obszarze jest co odkrywać. Dla wielu osób to nowość, że żyją z nami kraby, delfiny, że mamy też koralowce. Koralowców już nie ma, to pozostałości z dawnych okresów – sprzed około miliona lat. Jednak po naszych wodach pływają także delfiny i morświny.

X: Czym dla ciebie jest nurkowanie? Jakie to uczucie?

KP: Samo nurkowanie jest zarówno ciężką pracą, jak i hobby. Jest dziesięć razy bardziej interesujące niż ciężkie, może nawet ze sto razy… Jest trudne, interesujące i przyjemne. Czuję się, jakbym latał. Człowiek nie może latać, jednak przebywając w wodzie, ma wrażenie, że jest wypychany, że się unosi. Jeśli wszystko jest w porządku, jeśli jesteś zrelaksowany, możesz zrozumieć ludzi traktujących nurkowanie jako hobby. Drzemka na dnie byłaby ciekawym doświadczeniem. Teoretycznie jest to możliwe. Na przykład w noc sylwestrową piliśmy szampana pod wodą, ale w basenie.

X: W jaki sposób zrodziło się w twoim życiu pragnienie nurkowania?

KP: Jako nastolatek oglądałem program Jurija Sienkiewicza ,,Klub podróżników” nadawany na kanale rosyjskim. Później rosyjska telewizja zaczęła nadawać filmy dokumentalne o działaniach i pracy francuskiego badacza Jacquesa Cousteau, który wynalazł akwalung. Zainteresowałem się tymi sprawami. Gdy byłem jeszcze dzieckiem, oglądałem radzieckie filmy animowane, które ukazywały nurkujących bohaterów, a także to, co się kryje na dnie morza. Już wtedy o tym rozmyślałem, a te myśli nigdy mnie nie opuściły. Po tym, jak poznałem morze od środka, moja opinia na jego temat znacznie się zmieniła. Nigdy nie nazwałbym go „bagnem”, nawet w znaczeniu przenośnym. Jest to żywy organizm, który większość Litwinów zna niestety tylko z piaszczystych plaż. Gdyby przyjrzeli mu się dokładniej, dostrzegliby, co kryje w środku, różnice temperatur, florę i faunę, która choć nie jest przyjazna – istnieje. Wielu ludzi zmieniłoby wówczas opinię na jego temat. Mam także zwyczaj picia wody z morza, które odwiedzam. Piłem wodę z Morza Czarnego, Morza Czerwonego, Morza Śródziemnego, Morza Azowskiego. Woda z naszego morza jest w porównaniu dość słodka.

X: Jakie przedmioty są znajdowane pod wodą?

KP: W 2001 r. znaleziono jeden z najciekawszych przedmiotów – na płaskim piaszczystym dnie była duża skała, oddalona o około 2-3 kilometry od brzegu. Była na tyle duża, że archeolodzy zaczęli się zastanawiać, czy – powiedzmy w epoce kamienia – gdy nie było jeszcze w tamtym miejscu wody, mogło tam istnieć miejsce pogańskiego kultu. Przypuszczano tak, ponieważ tego rodzaju znaleziska na lądzie również świadczą o miejscach kultu. Podobnym znaleziskiem był kamienny blok o długości 25 metrów. Był to największy kamień, jaki kiedykolwiek znalazł się na terytorium Litwy. Jest on pod wodą i oczywiście nie każdy może do niego dotrzeć. Osobiście za najważniejsze odkrycie uważam zatopiony statek z XVI w. Odkryło go troje naukowców z naszego uniwersytetu. Szukaliśmy innego statku, lecz nie mogliśmy go odnaleźć. W drodze powrotnej przypadkowo natknęliśmy się na inny statek zatopiony na głębokości 2 metrów na północ od Połągi. Zmierzyliśmy go, następnie wycięliśmy pewien detal w celu określenia okresu, z którego pochodził. Ustalono, że zbudowano go w XVI w., prawdopodobnie w Holandii. Zapytaliśmy miejscowych rybaków, czy znają to miejsce i je uwzględniają, gdy zarzucają sieci. Myśleli, że są to szczątki mostu z Połągi, który zerwał huragan Anatolij. Te stare drewniane statki zazwyczaj utykały na mieliźnie niedaleko brzegu. Niektóre holowano, niektóre pozostawiano. Najwięcej statków leży na mieliźnie, na głębokości 2-3 metrów. Gdy niemożliwe było uratowanie statków, wyładowywano z niego towar – czynność tę określano jako „rozebranie” statku. Zabierano wszystkie elementy, które dało się zdemontować – żagle, liny, przewody, maszty. Dlatego całe statki rzadko mogły się ostać, w przeciwieństwie do obrazów prezentowanych w filmach.

X: Co jeszcze znajdowano oprócz kamieni i statków?

KP: Najbardziej interesujący jest Most Morski w Połądze – jest tam mnóstwo rzeczy, które ludzie upuszczają z mostu. Znajdujemy pieniądze, ozdoby, noże rybackie, wędki. Znaleźliśmy też telefon komórkowy. To zabawne, obserwować jak most jest wyjątkowym miejscem spotkań, które odzwierciedla gusta i kulturę współczesnego człowieka. W jednym miejscu ludzie gubią więcej pieniędzy, w innym – mniej. Zaczynasz się zastanawiać, dlaczego tak jest. Może dane miejsce jest bardziej romantyczne… Nie zbadano jeszcze tych spraw, jednak wiedza na ten temat mogłaby się przydać socjologom.

X: Może znasz jakąś wyjątkową historię statku?

KP: Każdy statek ma swoją historię i każda jest wyjątkowa. Statki, które przetrwały, ale już nie pływają, umieszcza się na liście dziedzictwa kulturowego. Symbolem miasta Kłajpeda jest statek o nazwie „Meridian” zbudowany w 1948 r. Teoretycznie możliwe byłoby przywrócenie go do stanu używalności. Ma on jeszcze brata, w sumie jest 50 statków z tej serii – leży na brzegu Zalewu Kurońskiego, przyciśnięty betonową płytą. Jestem pewien, że żaden z mieszkańców Kłajpedy nawet nie wie o jego istnieniu. To nawet nie jest szkielet statku, raczej jego resztki. Nie przeżył, lecz został wręcz strawiony. Smutny los. „Meridian”, chociaż kilkakrotnie rekonstruowany, nadal utrzymuje się na wodzie.

X: Czy masz jakieś marzenia związane z pracą?

KP: Jest to raczej życzenie niż marzenie. My, Litwini, nie jesteśmy w żaden sposób narodem związanym z morzem. Naprawdę chciałbym, aby ludzie znali je nie tylko z perspektywy wybrzeża, aby nasz festiwal morza bardziej odnosił się do morza, aby ludzie mieli możliwości wypłynięcia na otwarte wody. Życzyłbym sobie, aby mieszkańcy Kłajpedy przechadzający się po plaży wiedzieli, do czego służą znajdujące się na niej konstrukcje i dlaczego w określonych miejscach rozmieszczono płyty betonowe oraz skąd one są. Społeczeństwo nie przejawia w tej kwestii aktywności. Życzyłbym sobie, aby ludzie wykazywali większe zainteresowanie. Z drugiej strony, co można zrobić, jeśli ludzi bardziej interesują zbiory ziemniaków niż morze. Przyczyna tego stanu rzeczy jest bardzo prosta. Od 1252 r. praktycznie całe nasze wybrzeże nie należało do Litwy. Przez prawie 700 lat Litwini mieli prawie całkowicie zamknięty dostęp do morza. Natomiast po 1945 r. mieszkańcy tych terenów, którzy byli związani z morzem, opuścili je. Dzisiejsi mieszkańcy Kłajpedy przybyli do tego miasta ze Żmudzi, z innych regionów. Nie są ludźmi morza, mają inną mentalność, inne podejście. Ponadto do pracy w przedsiębiorstwach portowych licznie przybywali robotnicy spoza tego regionu, głównie z państw słowiańskich… Obecnie w naszym kraju świeże ryby są łatwiej dostępne w Wilnie czy Poswole, dokąd są sprowadzane, a nie w Kłajpedzie. Ile mamy na wybrzeżu dobrych restauracji serwujących potrawy z ryb? Nie istnieją albo nie są skierowane do szerokiego grona konsumentów. Za granicą można kupować ryby bezpośrednio od rybaków. U nas mamy zezwolenia sanitarne, dodatkowe podatki, opłatę za najem nabrzeża – to nie jest normalna sytuacja. Jesteśmy w mieście portowym, kraju z dostępem do morza, a nie mamy ryb. To nasza rzeczywistość. Dobrze, że mamy przynajmniej okres połowów śledzia bałtyckiego i związane z nim dawne tradycje. Być może z powodu tego wyjątkowego zapachu. Na połów wybiera się tak wielu rybaków, że później trzeba ich ratować z kry lodowej helikopterami. Niektórzy się frustrują, jednak mi się to podoba, bo przynajmniej wówczas morze cieszy się jakimś zainteresowaniem. Mówimy z ironią, że prawdziwi mieszkańcy Kłajpedy chodzą nad morze raz, może dwa razy w roku. Jednak takie osoby jak ja przychodzą tam częściej. Wolę przychodzić tutaj przy pogodzie, przy której inni przebywają w ciepłym zaciszu domowym. Na przykład podczas jesiennych sztormów lub po huraganie wychodzę, aby zobaczyć morze. Zauważam, że zupełnie inne są fale, szum, wilgotność w powietrzu, wiatr i krajobraz. Morze wyrzuca też różne szczątki statków. Niektórzy mogą je uznać za odpady, lecz z pewnością nie naukowcy. Ciekawi mnie obserwowanie punktów, w których zostały wyrzucone te pozostałości. Mogą one wskazywać miejsca, w których znajdują się zatopione statki. Podobają mi się też wyrzucane przez morze wodorosty czy patyki.

X: Czy masz jakąś ulubioną piosenkę?

KP: Mogę puścić moją ulubioną piosenkę, odtwarzając dzwonek w telefonie komórkowym. W tej kwestii też mogę cię zapewnić, że 99% Litwinów nic to nie będzie mówić. Wykonuje ją irlandzki zespół, jednak to nie ma znaczenia. Jest to najbardziej znana szanta. Szanty to pieśni żeglarzy, najczęściej śpiewane przy pracy. Słowa piosenki mówią o marynarzach, którzy kłócą się między sobą o to, co zrobić z pijanym żeglarzem. Następnie słyszymy szereg odpowiedzi. Proponują, aby położyć go w szalupie, przykryć i poczekać aż wydobrzeje albo podłożyć mu włos psa, który go pogryzł – jest to prawdopodobnie jakiś żeglarski przesąd. Istnieje wiele wersji tej szanty. Lubię ją ze względu na brzmienie i na to, że się łączy z moim hobby. W krajach mających dostęp do morza było wiele piosenek tego rodzaju. Dla nas pieśni rybaków, ludności wybrzeża, w których przewijają się motywy związane z wodą, to folklor. Jednak osoby zatrudnione u nas na dużych statkach nie pochodziły stąd i nawet jeśli nauczyły się jakiś pieśni, oczywiście nie były to utwory litewskie. Przypomina mi się pewien paradoks. W naszym dzienniku ,,Kłajpeda” ukazał się artykuł o szantach. Jego autor napisał, że my też mamy pewną piosenkę żeglarską, która pochodzi jeszcze z czasów niemieckich. Podał, że dla tego utworu, nie pamiętam już w którym roku, stworzono aranżację muzyczną na fortepian i inne instrumenty. To kompletny nonsens. Nikt nie śpiewa tych piosenek przy akompaniamencie fortepianu czy orkiestry. To niemożliwe. To oczywiście drobiazg, ale jednak odzwierciedla on nasze podejście do kwestii związanych z morzem.

Klaidas Perminas urodził się w 1975 r. w Kłajpedzie. W latach 1993-1997 studiował w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kłajpedzie, gdzie uzyskał uprawnienia do wykonywania zawodu nauczyciela języka angielskiego. W latach 1998-2002 studiował na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu w Kłajpedzie, uzyskując tytuł licencjata w dziedzinie badań historycznych. W 2002 r. na Wydziale Nauk Humanistycznych Uniwersytetu w Kłajpedzie uzyskał tytuł magistra w dziedzinie historii krajów regionu bałtyckiego, w 2008 r. tytuł doktora. W latach 2003-2005 pracował w Instytucie Historii Regionu Bałtyckiego i Archeologii Uniwersytetu w Kłajpedzie. W 2005 r. brał udział w międzynarodowej ekspedycji naukowej „Amber route-2”. Posiada uprawnienia do nurkowania (CMAS**). Uczy w Zakładzie Historii na Wydziale Nauk Humanistycznych Uniwersytetu w Kłajpedzie. Publikuje artykuły naukowe, bierze udział w konferencjach naukowych, projektach dotyczących morskiego dziedzictwa kulturowego i ekspedycjach badawczych z zakresu archeologii podwodnej.

Wywiad z Leonasem Laurinaviciusem

LL: Urodziłem się w 1929 r. we wsi Mickuniskiai w Okręgu Poniewskim. Za czasów Smetony rodzice mieli gospodarstwo o powierzchni 27 hektarów, jednak ojciec nie mógł na nim pracować, gdyż był inwalidą wojennym z czasów I wojny światowej. Prowadził sklep z ciężarówkami w miejscowości Traupis. Gdy „wyzwolili” nas Rosjanie, zlikwidowano handel, a my przenieśliśmy się z powrotem na wieś. W 1944 r., gdy chodziłem do szkoły, zastrzelono mojego ojca. Leżeliśmy ze starszym bratem na sianie w stodole, usłyszeliśmy strzał, krzyknęliśmy „mama!”, po czym zapadła cisza. Za domem był duży sad. Ojciec marzył, że na starość będzie można z niego żyć. Zasadził 210 jabłoni. Już w owym roku sad wydawał owoce. Tamtej nocy ojca bolał brzuch. Wyszedł przed dom i zobaczył, że ktoś strząsa jabłka z drzew. Ojciec prawdopodobnie chciał go wystraszyć, podszedł bliżej, po czym został postrzelony w rękę i klatkę piersiową. Za domem znajdował się rów, do którego wpadł. Wówczas nasza trójka chodziła do szkoły: dwoje braci i siostra. Ojciec bardzo to popierał. Uważał, że człowiek bez wykształcenia jest głupi. Jednak po śmierci ojca matka została sama. Nas było pięcioro – nasza trójka, a także kilkumiesięczna siostra i młodszy brat. Przejąłem gospodarstwo. Miałem wtedy 15 lat. Siałem, wycinałem, uprawiałem ziemię – robiłem wszystko, aby zarobić na chleb. Z kolei siostra i brat chodzili do szkoły. Powróciłem do ławy szkolnej po trzyletniej przerwie, gdy byłem prawie dorosłym mężczyzną. Wołali na mnie „ojciec”. Uczyliśmy się w Oniksztach, gdzie wynajmowano nam mieszkanie. Przynoszono jedzenie z gospodarstwa, które przygotowywała nam dozorczyni mieszkania. Gdy byłem w dziesiątej klasie rozpoczynała się kolektywizacja, wskutek której zabrano nam wszystko – ziemię i budynki. Gdy odebrano nam nawet krowę, nie było już czego przynosić. Siostra była już nauczycielką. Ja szukałem pracy, lecz niczego nie mogłem znaleźć. Pojechałem zatem do siostry, w rejon Szyrwintów. Zostałem nauczycielem-guwernantem w szkole siedmioletniej. Szkoła była litewska, w której jednak uczyli się sami Polacy. Nie znali litewskiego. Wówczas w całej Mejszagole było dwoje Litwinów: dyrektor poczty i dyrektor wydziału edukacji. Zostałem zmuszony do pracy. W 1950 r. być może na szczęście zostałem złapany i wysłany do Woroneżu, do wojska. Co za szczęście – miałem służyć w batalionie samochodowym. Zaraz po rozpoczęciu służby wysłano mnie do szkoły nauki jazdy. Było ciężko, musiałem nauczyć się nazw wszystkich części po rosyjsku oraz obsługiwać pług i bronę. Wróciłem z wojska około 1953-1954 r. Zakończyłem edukację na dziesiątej klasie, nie miałem rodziny, nie miałem niczego. W tej sytuacji nikt nie dałby mi też pracy. Mój brat Ipolit studiował w Zakładzie Leśnictwa. Otrzymał rozkaz utworzenia biura leśnictwa w Neryndze. Nie miałem dokąd pójść, więc zwróciłem się do brata. Zostałem pracownikiem biura leśnictwa. Brat, który jeszcze nie ukończył studiów, przekazał mi obowiązki leśnika, a sam zajął się obroną pracy. W międzyczasie brygadier kołchozu rybackiego dowiedział się, że mam prawo jazdy, a on szukał kierowcy. A ja chciałem skończyć z pracą w leśnictwie. Nie lubiłem jej, gdyż cokolwiek by się nie działo, wysyłano mnie w teren, np. do oznaczenia wyschniętego drzewa. To nie była praca dla mnie. A w tamtych czasach kierowca to było coś.. ho ho! Opuściłem las, zabrałem samochód i wyruszyłem. Kiedy brat wrócił z dyplomem, zobaczył mnie z samochodem na promie. Powiedziałem – „bracie zabiorę cię do domu”. Tak potoczyła się moja historia.

X: Jak długo pracowałeś jako kierowca?

LL: Pracowałem w kołchozie rybackim „Pasienietis” (Kresowiec) do momentu połączenia farmy rybackiej z kołchozem i zamknięcia tego ostatniego. Później pracowałem jako kierowca ambulansu. Gdy rozpoczynałem pracę w całej Nidzie i w całej Neryndze były tylko dwa samochody. Jeden, którego byłem kierowcą, i drugi – stara ciężarówka GAZ należąca do farmy rybackiej. Tu była wieś. Najważniejszymi przedstawicielami władz byli: dyrektor farmy rybnej, dyrektor szkoły i przewodniczący parafii. Znajdował się tu jeden sklep, zakład przetwórstwa żywności i produkcji towarów – w jednym budynku, a także bar, gdzie można się było napić i coś zjeść. Nie dostarczano mleka, śmietany, sera białego. Można je było nabyć dopiero na targu w Kłajpedzie. Kursowała tam łódź „Nevezis”, jednak tylko latem. Wraz z nastaniem jesieni ustawał też transport. Gdy jeździłem do Kłajpedy, zawsze brałem pasażerów. Także dlatego, że wszyscy, którzy tu mieszkali, jechali w rodzinne strony. Do Kłajpedy woziłem rybaków. Gdy kupowałem ryby, nie chcieli brać pieniędzy. Jako jedyny przywoziłem także pocztę z Kłajpedy. Po wojnie nawierzchnia drogi była uszkodzona i nikt jej nie naprawiał. Czas podróży do Kłajpedy wynosił od 2 do 2,5 godziny. Minister przemysłu lekkiego, Filipavicius, znalazł pewną opustoszałą poniemiecką willę. Odrestaurował ją i zaczął wynajmować wczasowiczom. Zaczęło się życie. Wynajęto wówczas autobus liniowy, a nawierzchnię wyrównano żwirem. Rozpoczęły się budowy. Najpierw wybudowano restaurację, a nie szpital lub coś innego.

X: Na czym polegała twoja praca w kołchozie rybackim?

LL: Potrzebowano kierowcy, który raz w miesiącu zawiózłby sieci nad morze. Jednak najczęściej woziłem przewodniczącego do Kłajpedy, księgowego do Kowna, a kasjer był z Wiejsieje… Do obowiązków rybaków z kołchozu należało łowienie ryb i dostarczanie ich na farmę rybną, gdzie były peklowane, wędzone i dowożone do Kłajpedy. W morzu łowiono dorsza, za pomocą haków – nawet tonę. Musiałem jeździć nad morze po tego dorsza, by później dostarczyć go na farmę. Później farma przestała przyjmować ryby. Dostarczałem je kiedyś lisom, tj. na farmę lisów w Kertyndze. Nie raz brałem część z nich do domu, gdyż były uważane za najgorszą rybę. Miała tylko głowę, nic więcej. Za najlepsze uważano węgorze, obok cert, leszczy i szczupaków. W swoich rodzinnych stronach jadałem szczupaki złowione w rzece. Szczupak z rzeki i z Zalewu Kurońskiego bardzo się między sobą różnią. Szczupak rzeczny jest o wiele smaczniejszy niż ten wyłowiony z morza. Pewnego razu skradziono w Kłajpedzie skrzynkę wędzonego węgorza. Ludzie widzieli jak ktoś podjechał innym samochodem i zabrał ją z mojego pojazdu. Gdy opowiedziałem o tym zdarzeniu mężczyznom z Juodkrante, dostałem od nich kilka kilogramów węgorza. Dzięki temu nie musiałem zapłacić za utracony towar. Uratowali mnie rybacy. W tamtym czasie również w Juodkrante łowiono węgorze. Pewien Rosjanin zaprojektował chwytacze do wyciągania ryb, które zarzucaliśmy na odcinku od Juodkrante prawie do Pervalki. Pewnego dnia złowiliśmy na nie siedem ton węgorza. Nie byliśmy w stanie załadować wszystkiego na samochód, wiec wysłaliśmy barkę. Dostarczałem świeże ryby do Kłajpedy, a w drodze powrotnej zabierałem wędzonego węgorza, którego zawoziłem na farmę. Przejeżdżając przez Juodkrante, Preilę i Pervalkę, odbierałem tony węgorza. Dawano mi, np. 10 kilogramów węgorza. Nie wiedziałem, gdzie miałem go umieścić. Wiedziałem, że go nie sprzedam, gdyż znajdowałem się w wiosce rybackiej, gdzie nikt nie kupował ryby. Rybacy dostarczali też śledzie. Najpierw je wyładowywali, następnie posypywali solą i zamykali w beczkach. Taki śledź miał wzięcie w Kłajpedzie. Później przewoziliśmy go z Kłajpedy na farmę, gdzie był poddawany selekcji. Kobiety dzieliły śledzie na pierwszy i drugi gatunek, a także na część przeznaczoną do wędzenia. Zdarzyło się, że ukradliśmy trochę śledzi do zjedzenia. Śledzi nie łowi się tutaj, tylko w Norwegii.

X: Czy łowiłeś też samodzielnie?

LL: Nie, nigdy tego nie robiłem. Nie jestem rybakiem.

X: Jeździłeś nad Zalew Kuroński czy nad Morze Bałtyckie?

LL: Jeździłem tylko na przejażdżki. Jednak woda to żadna rozrywka, zarówno przy wietrznej, jak i bezwietrznej pogodzie nic się tam nie dzieje. Woda w Zalewie Kurońskim była czysta. Pływaliśmy przy jego brzegach. Była tam masa dzieci. Teraz wybudowano tam toalety i innego rodzaju obiekty, więc pływanie się skończyło. Teraz zalew jest skażony. Zanieczyszczają go Rosjanie. Substancje szkodliwe spływają z Niemna. Morze Bałtyckie jest czystsze, lecz to zależy od wiatru. Nie byłem tam od wielu lat. Zupełnie mi się znudziło. Pamiętam, że gdy odbierałem dorsza, podczas załadunku wypływała z niego ciecz. Przesiąkała nią cała ciężarówka, wszystko przechodziło jej zapachem. Jeździłem nad morze, gdzie czekałem na rybaków. Wypływali na długie godziny, zarzucali jakieś 10 tysięcy haków, a następnie wyławiali ryby… A ja siedziałem i czekałem, aż wrócą. Na horyzoncie pojawiała się mała plamka – oho, wracają! Trzeba było czekać, aż wrócą… Łódź poruszała się z prędkością 12 km/h. Potrzeba dużo czasu, żeby ta plamka zmieniła się w łódź. Czekałem długie godziny. Jestem więc tak znudzony morzem, że nie mogę na nie nawet patrzeć. Gdy ktoś proponuje mi spędzenie czasu nad morzem, radzę, żeby jechał tam sam… Jeździłem nad morze, gdy odwiedzali mnie krewni lub znajomi. Braliśmy pół litra i jechaliśmy nad morze. Co ciekawe, bez względu na to, jak się piło, kieliszki były zawsze pełne piasku. Potem zabierałem gości do domu.

X: Pojechałbyś nad morze, jeśli pozwoliłoby ci na to zdrowie?

LL: Absolutnie nie! Ani nad Bałtyk, ani nad Zalew Kuroński. Gdy pływałem w Niewiaży, niedaleko Troupi, to było to! Zupełnie inna woda. Prąd w rzece był silniejszy. Tam, gdzie się urodziłem, gdzie się wychowałem, jest moje serce. Tutaj uprawia się tylko jeden zawód – rybołówstwo. Nie było innej działalności. Jednak dla mnie woda, rybołówstwo… czy je kocham… niekoniecznie. Nie mam ich we krwi. Jestem tu od tylu lat… i teraz nie widzę w nich żadnego piękna. Na początku chodziłem na wydmy. To było kiedyś. Wchodziłem na wydmy, a potem z nich zbiegałem. Ale to było na początku… gdy byliśmy tu nowi. Później i to nas znudziło. Ta sama dolina, te same krzewy…

X: Słyszeliśmy, że w przeszłości karmiłeś i hodowałeś młode wrony?

LL: Tak, to było moje hobby. Łapałem małe wrony, oswajałem i trzymałem. Raz trafiła mi się jedna bardzo zadziorna. Jeśli podchodził do niej mężczyzna, nic się nie działo, jeśli kobieta – zaczynała za nią iść i dziobać ją po nogach. Nazywała się Karka. Wrony miały różne charaktery. Łatwo się je oswaja. Trzeba im pozwolić, żeby kilka razy cię dziobnęły. Były bardzo przyjacielskie. Brałem młode, które wypadały z gniazd. Później jednak, gdy już podrosły, były atakowane przez starsze wrony, głównie podczas mojej nieobecności. Przy wronach trudno jest nadążyć ze sprzątaniem: brudzą wszędzie, gdzie się pojawią – na krześle, na stole… To dlatego przestałem je ,,adoptować”. Nie można było ich w żaden sposób nauczyć, żeby tego nie robiły. Były tu takie osoby, które łapały i jadły wrony. Ja tego nie robiłem. Pewnego razu mieszkający tutaj Niemiec podał mojemu bratu wronę. Zjadł ją całą i dopiero później powiedziano, że zjadł młodą wronę. Brało się wronę, oczyszczało, dodawało trochę masła i śmietany. Po pewnym czasie nie rozróżniało się, czy jadło się kurczaka czy wronę. Jednak nie brałem w tym udziału.

Leonas Laurinavičius urodził się w 1929 r. we wsi Mickuniskiai, w rejonie Poniewieża. Mieszka w Nidzie.

Wywiad z Rimasem Žaromskisem

RŽ: Przede wszystkim należy powiedzieć, że 71% powierzchni ziemi zajmują wody wszechoceanu. Mamy znacznie więcej wód niż lądów. Odgrywają one istotną rolę: 60% ogółu transportu odbywa się drogą morską. Światowa gospodarka nie ma racji bytu bez mórz i oceanów. Umożliwiają one przewóz na globalną skalę – materiałów, surowców, towarów, a także siły roboczej. Kwestia morza w kontekście Litwy jest jednak bardziej złożona. Od stuleci albo odwracaliśmy się do niego plecami, albo było nam ono co najmniej obojętne. Czym jest morze dla przeciętnego Litwina? Kojarzy się z latem, Połągą, pływaniem… Wystarczy posłuchać naszych utworów muzyki popularnej, gdzie morze ukazywane jest w kontekście miłości i zabawy z falami. Kto w dawnych czasach usiłował opanować morze i pod czyją dominacją się naprawdę znajdowało? W IX w. byli to Wikingowie, którzy próbowali je opanować i przejąć nad nim kontrolę. Nieco później, Wikingowie nadal byli obecni, ale w niektórych miejscach znajdowało się ono pod dominacją Kurów. W kolejnej fazie powołano Hanzę – związek niemieckich miast handlowych, których praktycznie nie było na Litwie. Nie było w nim Kłajpedy, a statki hanzeatyckie były atakowane w jej porcie, żeby uniemożliwić handel. Następnie Związek Hanzeatycki zastąpili Krzyżacy i dopiero po ich upadku niektórzy Litwini po raz pierwszy zaczęli rozumieć znaczenie morza. Prawdopodobnie pierwszym z nich był Radziwiłł, który prowadził walki w Kurlandii, a nawet marzył o porcie w Birżu. Jednak Radziwiłł uważał, że Litwa powinna przejąć kontrolę nad Rygą, nie zaś nad miastem Memel czy Królewcem. Drugą osobą był Chodkiewicz, dzięki któremu Litwa, jedyny raz, wygrała bitwę morską ze Szwedami pod Salaspils w okolicach Rygi. Po Krzyżakach przyszli Niemcy. Byli specjalistami – dysponowali zarówno funduszami, jak i statkami. Przejęli kontrolę nad całym naszym morzem oraz zdominowali także Księstwo Kurlandii. Pojawiła się jednak nowa siła – Rosjanie, którzy za czasów carycy Katarzyny i cara Piotra okupowali kraje bałtyckie. Dominowali pod względem politycznym, natomiast Niemcy mieli pieniądze, specjalistów i statki. Nie było tam śladu Litwinów. Sytuacja ta utrzymywała się do końca XIX w., do czasu pojawienia się takich osób jak: pierwszy kapitan żeglugi morskiej Stulpinas, inżynier Lasinskis i inżynier Simoliunas. To oni byli twórcami idei, według której niepodległa Litwa powinna utworzyć swoją własną flotę. Jednak nawet w okresie niepodległości politycznie dominowali nad nami Rosjanie, a faktycznie – Niemcy. W tym krótkim okresie niepodległości, w latach 1924-1939, wiele dokonaliśmy, przygotowaliśmy grunt do wcielenia w życie naszych założeń, lecz nic więcej nie mogliśmy zrobić. Przyszła wojna, a wraz z nią nowa siła – Związek Radziecki. Ilu Litwinów i ilu Rosjan pracowało w porcie? Ilu Litwinów i ilu Rosjan uczyło się w szkołach morskich i pracowało na statkach? Nie uczono mnie po litewsku, nie mówiono do mnie w tym języku. Na łodziach rybackich łowiących na Bałtyku pracowało około 30% Litwinów, jednak stosowaliśmy całą terminologię rosyjską, fabryka statków też była rosyjska. W porcie również mówiło się po rosyjsku. Litwini dominowali tylko na jednym polu – rekreacji. W czasach radzieckich więcej osób niż obecnie miało możliwość wyjazdu na dwutygodniowe wczasy nad morze, a fabryki miały tam swoje ośrodki. Rozpoczęły się masowe wyjazdy na wakacje nad morze. W ten sposób powstał wizerunek utrzymujący się do dziś, nie było możliwości stworzenia innego. Właściwie teraz, przez ostatnie dwadzieścia lat niepodległości, to my wreszcie staraliśmy się osiągnąć dominację i zacząć to kształtować. Dzięki naszym staraniom skutecznie walczymy o pozycję lidera. Nasz przemysł morski radzi sobie nawet lepiej niż przemysł naszych sąsiadów – Łotyszów i Estończyków. Możemy być dumni z wzorowego funkcjonowania naszego portu. Jednak polityków w Wilnie nie interesuje ani morze, ani nauka o morzu. Po odzyskaniu niepodległości, około 130 statków rybackich pływających po oceanach miało swoje bazy na Litwie. Mogliśmy stać się największym na świecie krajem nastawionym na rybołówstwo. Jednak cała flota została przeniesiona do Departamentu Hodowli Ryb w Stawach Ministerstwa Rolnictwa, odpowiedzialnego za hodowlę karpia. Przedsięwzięcie nie powiodło się, ponieważ urzędnicy nie mieli pojęcia o morzu. To bardzo specyficzna dziedzina. Statki latami nie wypływały, zaczęły się starzeć, były też plądrowane, a długi narastały. Teraz zostało może pięć czy siedem statków rybackich. Nikt nie myśli o tym, że Litwa utraciła kwoty połowowe, których wartość prawdopodobnie stukrotnie przewyższa wartość samej floty. Gdybyśmy obecnie chcieli uzyskać pozwolenia na połów i sprzedaż ryb na światowych rynkach, nie zostałyby one nam przyznane.

X: Jak wyglądają dzisiejsze relacje Litwinów z morzem?

RŽ: Dziś zwracamy się już ku morzu. Nie mamy jednak polityki morskiej, strategii zarządzania morzem. Na przykład istnieją pomysły, że należałoby podzielić przestrzeń oceaniczną, znajdującą się poza 200-milową strefą należącą do konkretnych państw. Czy mielibyśmy się o coś ubiegać? Jeśli tak, jaki fragment mielibyśmy otrzymać? Do czego byłby nam potrzebny? Nie mamy odpowiedniego podejścia. (…) Dwa lata temu obchodzono rocznicę włączenia regionu Kłajpedy do Litwy. W Parlamencie podkreślano znaczenie tego ponownego zjednoczenia. Mówiono o udziale w kulturze Litwy, o utworach literackich i muzycznych, motywach folklorystycznych z tego regionu, itd. O morzu nie wspomniano ani słowem! Nie powiedziano nic o odzyskaniu dostępu do morza i naszego portu.

X: Czy twoim zdaniem, gdyby więcej mieszkańców żyło w pobliżu morza, zmieniłaby się polityka morska?

RŽ: Oczywiście. Osoby mieszkające bliżej morza wykazują większą otwartość, szerzej postrzegają świat. W czasach radzieckich, np. mieszkańcy Kłajpedy, których ojcowie i bracia byli marynarzami, wiedzieli, gdzie i co było lepiej kupować, gdzie sprzedać, znali ceny w innych krajach, a także dostępne w nich towary. W związku z tym wcześniej zintegrowali się ze światową gospodarką, inaczej postrzegali fragment naszej przestrzeni połączonej z wodą. Z tego powodu region nadmorski nadal pozostaje najbardziej rozwinięty. (…) Przemysł morski nie robi z nas kraju żyjącego z morza. Powiedzmy, że w porcie są dokerzy, operatorzy żurawi, którzy przenoszą i dystrybuują ładunki. Być może nigdy nawet nie widzą morza… Do prawdziwych marynarzy i wielbicieli morza zalicza się łowiących ryby lub osoby żeglujące jachtami. Jednak Litwa nawet nie ma małego portu dla jachtów i niewielkich łodzi motorowych. To jedyny taki kraj w całym regionie Bałtyku. Mały statek może średnio przepłynąć 50 kilometrów dziennie. Dlatego też małe porty powinny być rozmieszczone co 50 kilometrów wzdłuż linii brzegowej. Na Litwie, wliczając porty rzeczne, mamy ich prawie 20, w Polsce jest ich 60. Nie wspominam takich krajów jak Szwecja, która ma ich setki. A my nie mamy ani jednego. To prawda, że mamy port w Kłajpedzie, jednak dla małych statków wpłynięcie do dużego portu to skomplikowana sprawa.

X: O czym marzysz?

RŽ: Chciałbym skończyć książkę o delcie Niemna. Od 19 lat badam Morze Kowieńskie, pewnego dnia chciałbym spisać to, co już zacząłem i to, co jeszcze zostało do napisania. Chciałbym też popłynąć z żoną w rejs.

Rimas Petras Žaromskis urodził się w 1944 r. w Birżu, mieszka w Wilnie. W 1962 r. rozpoczął naukę w Wileńskim Instytucie Pedagogicznym na kierunku geografia-wychowanie fizyczne. W czasie studiów, w 1963 r., uczęszczał na kursy nurkowania dla inżynierów, a po ich zakończeniu otrzymał wezwanie do wojska. W 1966 r. rozpoczął naukę na drugim roku studiów, a ukończył je w 1970 r. Od 1967 r. pracował na stanowisku laboranta w Litewskiej Akademii Nauk, na Wydziale Geografii, w Zakładzie Dynamiki Wybrzeża Morskiego. W latach 1970-1971 był nauczycielem geografii i wychowania fizycznego. W 1971 r. powrócił na Wydział Geografii Uniwersytetu w Kłajpedzie, gdzie rozpoczął pracę jako inżynier. W 1980 r. ukończył studia podyplomowe w moskiewskim Instytucie Oceanologii im. Szirszowa, w którym przyznano mu stypendium. W latach 1980-1987 był starszym wykładowcą i docentem na Wileńskim Uniwersytecie Pedagogicznym. W latach 1987-2008 był docentem i profesorem na Wydziale Hydrologii i Klimatologii Uniwersytetu Wileńskiego. W 1997 r. obronił rozprawę habilitacyjną. Od 2009 r. jest kierownikiem działu naukowego w Instytucie Badań i Planowania Wybrzeża Morza Bałtyckiego. Opublikował ponad 150 artykułów naukowych, 4 monografie i 5 książek.

Wywiad z Sigitasem Šilerisem

X: Dlaczego postanowiłeś zostać kapitanem?

IŠ: Wydaje mi się, że trudno jest „postanowić” coś takiego, takiego postanowienia nie podejmuje się samemu. Chciałem poznawać świat, zobaczyć jak gdzie indziej żyją ludzie, podróżować. Poza tym za moich czasów ciężko się żyło. Pochodzę z Skirsnemune, należę do pierwszego pokolenia w swojej rodzinie, które nie pracuje na roli. Moi rodzice nie byli bogatymi ludźmi. Szkoła morska zapewniała pełen wikt i opierunek, miałem zatem warunki do nauki. Z marynarza awansowałem na asystenta kapitana, a następnie na kapitana. Oczywiście trzeba tego chcieć, trzeba sobie na to zapracować i umieć się wykazać, jak wszędzie. Jednak uważam, że Litwini w pewnym sensie nie lubią morza. Mieliśmy bardzo mało informacji dotyczących wykształcenia marynarzy. Pracowałem w kołchozie z dużym sadem, w którym uprawiano jabłka. Dostarczaliśmy je ciężarówką do Kłajpedy i tam sprzedawaliśmy. Po skończonej pracy mieliśmy czas na spacer. Podczas jednego z nich zupełnie przez przypadek dowiedziałem się o szkole morskiej. Teraz nasi marynarze żeglują już po całym świecie. Są także wysoko ocenianiu. Myślę, że Litwini mają silny charakter, lubią pracować i nie boją się podejmować wyzwań.

X: Dokąd wypłynąłeś w swój pierwszy rejs?

IŠ: Jako że ukończyłem szkołę z bardzo dobrym wynikiem, a w tamtym czasie brakowało sterników, nie rozpoczynałem pracy od pływania łodzią rybacką, lecz od razu zostałem wysłany na Atlantyk. Moim zdaniem każdy marynarz powinien najpierw zdobywać doświadczenie na łodzi rybackiej. Jeśli statkiem pasażerskim, który wywrócił się we Włoszech, pływałby kapitan łodzi rybackiej, takie zdarzenie nigdy nie miałoby miejsca. Taka osoba wykazuje mniejszą arogancję niż kapitan, który zrobił szybką karierę, pływając na dużych statkach. Łódź rybacka jest niższa, jest bliżej dna, dzięki czemu można sobie lepiej uświadomić niebezpieczeństwa. Istnieje wiele możliwości zdobycia doświadczenia na łodziach rybackich. Gdy jeszcze pracowałem na tankowcach w Finlandii, konstruktorzy budowali statki, w przypadku których przeładunek był możliwy tylko na morzu. Szczegółowo ze mną rozmawiali o tym, jaki rodzaj sprzętu jest potrzebny do łatwego przenoszenia ładunków na morzu. Zatem tę wiedzę mają w pierwszej kolejności rybacy. Wiesz, co to jest taki duży „błotnik”, rodzaj zderzaka na pokładzie statków zapobiegający zderzeniu się jednostek? Polujący na wieloryby, po postrzeleniu tej ryby, muszą zacumować do dużego statku. Schwytany wieloryb służy im za zderzak przy pokładzie.

X: Od ilu lat żeglujesz?

IŠ: Żegluję od 20 lat, od 11 w roli kapitana. W pierwszy rejs morski wypłynąłem statkiem „Meridian”, zbudowanym specjalnie do celów szkoleniowych. Wówczas marynarz rozpoczynał praktyczną naukę od tego statku, dowiadywał się, czym jest siła wiatru, w jaki sposób można ją wykorzystać. Byłem również kapitanem na największej litewskiej jednostce – statku o imieniu „Antanas Snieckus”. Byłem na rejsie, który trwał półtora roku i piętnaście dni. Przez tak długi czas nie widziałem ani żony, ani dzieci. Po tym rejsie dostałem ofertę pracy na lądzie, którą natychmiast zaakceptowałem.

X: Co jest najtrudniejsze w pracy kapitana?

IŠ: Trudno jest, gdy wypływasz w tygodniowy rejs, a właściciel statku niespodziewanie każe płynąć na Antarktydę… Bardzo ważna jest atmosfera w załodze. Im więcej ludzi, tym więcej kłopotów. Pływałem statkiem, którego załoga liczyła 170 osób. Dlatego też nie znałem ich wszystkich z imienia i nazwiska, lecz ja nie musiałem zawracać sobie tym głowy. To oni powinni mnie znać, nie ja ich. Jednak przy nielicznej załodze poznawałem nie tylko imiona i nazwiska poszczególnych osób, lecz także ich dzieci i żon, bo, o czym więcej można rozmawiać… W przypadku pracy na nowym statku, ważne jest, aby zostać zaakceptowanym przez załogę. Jednak sława każdego kapitana zawsze o kilka kroków go wyprzedza. Moim zdaniem zmiana statku służy kapitanowi. Jeśli jest się przyzwyczajonym do danego statku i wie się o nim wszystko, może to doprowadzić do zaniedbań. A do pracy na nowym statku zawsze trzeba się porządnie przyłożyć.

X: Czy pamiętasz jakieś szczególne wydarzenia?

IŠ: Pamiętam jeden wypadek. Jeden z moich ludzi zaginął w Zatoce Biskajskiej. Zastanawialiśmy się, jak mogło do tego dojść i doszliśmy do wniosku, że musiał sam wyskoczyć. Tak już bywa na morzu, że zarówno przy dobrej, jak i złej pogodzie giną ludzie. Myślę, że to się wiąże z kondycją psychiczną. Wróciliśmy w tamto miejsce, zawiadomiliśmy inne statki, lecz nie znaleźliśmy tej osoby. Po powrocie matka zaginionego mężczyzny zadała mi pytanie – „Kapitanie, gdzie zostawił Pan mojego syna?”. Czułem się z tym bardzo źle. Jednak Bóg wybaczy mi tę stratę, naprawdę nie zrobiłem niczego złego, chociaż odpowiadam za całą swoją załogę.

X: Czy będąc na lądzie, od razu zaczynasz tęsknić za morzem?

IŠ: Oczywiście, już na drugi dzień. Na statku wchodzi się w pewien rytm pracy. Nie ma lepszej rzeczy. Nie dotyczą mnie wszystkie domowe problemy, np. sprawa syna, który wybił w szkole szybę. Żeglarz na statku jest złym mężem, uchyla się od uczestnictwa w życiu rodzinnym, nie pomaga w rozwiązywaniu kłopotów. Oczywiście zawsze mam świadomość, że moim domem jest Kłajpeda. Mogę tańczyć w Montevideo z egzotycznymi kobietami, ale to nie zmienia faktu, że moim domem jest Kłajpeda. Statek nigdy nie zastąpi domu, lecz na statku żeglarz czuje się bezpiecznie. Jest częścią statku. Potrafię także natychmiast rozpoznać innego marynarza. Mówię, że „po zapachu”, bo naprawdę można to wyczuć. Przejawia się to w słowach, zdaniach, rzeczach typowych dla morza. W takich przypadkach od razu pytam: „Gdzie pływałeś, gdzie byłeś?”. W rozmowie daje się wyczuć zarówno szorstkość, jak i romantyzm, pozytywne uczucia, szacunek. Wiemy, jak wzajemnie z siebie żartować, nikogo nie obrażając. To stanowi o przyjaźni między marynarzami. O naszych relacjach decydują specyficzne otoczenie i komunikacja oraz zamknięta przestrzeń. Nie wiem dlaczego, ale na statkach nie ma osób homoseksualnych. Nie spotkałem ich, pomimo przebywania w męskim towarzystwie.

X: A kobiety-marynarze?

IŠ: Były. Obecnie w szkole morskiej są mniej więcej 1-2 dziewczyny na każdym roku, które przygotowują się do roli pilota statków. Jednak rzadko która pracuje w zawodzie. Myślę, że nie powinny tam iść. Powiedz mi, czy kobieta jest w stanie przeklinać takim głosem, który da do zrozumienia bosmanowi, że źle pracuje na mostku? Możemy prowadzić różne dyskusje na temat tego, jak się tu znaleźliśmy, jednak Bóg stworzył kobietę nie po to, by przenosiła drewno, czy podnosiła ciężary, lecz by kochała męża i rodziła dzieci.

X: A jeśli chodzi o alkohol, czy to prawda, że żeglarze dużo piją?

IŠ: Można by dużo opowiadać o pijaństwie marynarzy, lecz ja, który połowę życia spędziłem na lądzie, a drugą połowę na morzu, wiem, że na morzu wypiłem sto razy mniej wódki niż na lądzie. I że na morzu nie zdarzyło mi się z tego powodu narozrabiać. Marynarze to święci ludzie. Na statku nie ma restauracji ani baru, tylko na lądzie. Marynarz jest najbardziej prawą, wykazującą największe poświęcenie, najmniej pijącą osobą. Może by nawet chciał pić więcej, lecz na statku nie ma restauracji, nie ma „sznapsów”. Na morzu istnieje ścisły porządek dotyczący czasu pracy i odpoczynku, więc nie byłoby nawet czasu pójść do restauracji, gdyby znajdowała się na statku. Piękne i łatwe kobiety również sprawiają, że „zbaczamy z drogi”. Im jest ich więcej, tym więcej znajdzie się nieobyczajnie postępujących mężczyzn. W Kłajpedzie istniała tzw. „16. dywizja”. Były to dziewczyny, które potrafiły dostawać się do zamkniętych klubów dla marynarzy, nawet, gdy inne nie były tam wpuszczane. Nie wiem jak, ale one tam wchodziły. Kobiety takie są. Żony marynarzy zawsze stały na nabrzeżu w każdym porcie Związku Radzieckiego, czekając aż odpłyniemy. Oczywiście marynarze to też grzeszni ludzie – chcieliby sobie czasem gdzieś wyskoczyć, ale przecież nie można, kiedy się ma u boku żonę. Kiedyś pracowaliśmy na tankowcu. W Archangielsku na Morzu Białym znajduje się port, a obok niego – liczne porty wojskowe, które nie są nawet zaznaczone na mapie. Otrzymaliśmy zadanie, aby udać się do jednego z takich portów. Pamiętam, że jeden z marynarzy radośnie powiedział: „No, chłopaki, tym razem moja Masza nie przyjdzie”. Gdy tylko tam dotarliśmy, stała już na nabrzeżu. Miała na sobie wysokie obcasy, a było tam trochę błota. Przeklinając, że zmuszamy ją, by marzła na nabrzeżu, krzyczała: „czekam tu na was cały dzień”. Tajny port wojskowy! Nikt nie potrafił wyjaśnić, jak się tam dostała.

X: Czy w czasach radzieckich czułeś oddech KGB na plecach?

IŠ: Szczerze mówiąc nie. Wiedziałem, że istnieje, wiedziałem o reżimie państwowym, wiedziałem o tej polityce, lecz wszystko to nie stanowiło dla mnie problemu. Zachowywałem się normalnie, jak zwykła osoba, jak specjalista w swoim fachu – i nie przeszkadzano mi. Szybko się domyślałem, kto jest na statku donosicielem. Być może miałem szczęście, nie wiem, ale nie spotkałem wśród nich bardzo nieuczciwych ludzi. Powiedziałbym, że tak jak wszędzie, ludzie są różni. W czasach radzieckich nie miałem chęci, aby nie powracać do ojczyzny. Szczerze mówiąc, nie oferowano mi nic, co mogłoby mnie zatrzymać w innych krajach, a ponadto dostrzegałem tam inne problemy, inną mentalność… Tutaj jest mój dom i bez względu na to, jak jest, tu jest moja ojczyzna. Czasami ludzie snują domysły na temat tego, jak było wcześniej… Pewien kapitan, Eimutis Astikis, którego rodzice zostali zmuszeni do opuszczenia kraju, miał problemy z wypływaniem w morze, a mimo to został kapitanem. Czasem, gdy wypije, mówi, że marynarzem można zostać, jeśli tylko się tego chce. Tak, były trudności, były osoby, które niesprawiedliwie potraktowano. Ale czy to oznacza, że teraz dotyczy to wszystkich? Krótko mówiąc, pamiętam te czasy, jako okres, w którym o poziomie wykształcenia decydowały wyniki w nauce, nie pieniądze rodziców. (…) Każdy system cechują zarówno określone kłopoty, jak i przywileje.

Sigitas Šileris urodził się w Skirsnemune, w regionie Jurbarka, mieszka w Kłajpedzie. W 1959 r. ukończył Szkołę Morską w Kłajpedzie, a w 1972 r. – Politechnikę w Kaliningradzie. Przez lata pracował jako marynarz, asystent kapitana, by wreszcie awansować na stanowisko kapitana. W latach 1985-1992 był przewodniczącym Kołchozu Rybaków Bałtyckich. W 1992 r. został dyrektorem generalnym Morskiego Portu Handlowego w Kłajpedzie. W latach 1994-1998 był konsulem Litwy w Kaliningradzie. Od 2004 r. wykładał w Szkole Morskiej w Kłajpedzie. Przeszedł już na emeryturę.

Wywiad z Zigfridasem Kairysem

X: Jak duże są teraz łososie?

ZK: Ich waga jest bardzo różna – w tym roku złowiliśmy łososie o wadze od 200 gram do 11 kilogramów. Największy okaz, jaki złowiłem, ważył 21 kilo. Takie sprzedajemy. Tak naprawdę wystarczy, żeby ważył 3 kilo. Cały tydzień jemy z nim kanapki. Łowimy łososie w morzu. Te ryby składają jednak tarło w rzece i mogą dotrzeć wówczas nawet do Wilna. W trakcie ostatniego połowu złapaliśmy też raki. Pamiętam, że tam występowały, kiedy byłem mały. Prawdopodobnie woda jest znów czystsza.

X: Czy łowisz również pod lodem?

ZK: Mieszkańcy Mierzei Kurońskiej nazywają ten sposób łowienia „bumbinimas”. Ja go nazywam „chodzeniem na stukanie”. W grudniu, gdy wodę pokrywa warstwa lodu, śledzie bałtyckie przepływają z morza do świeżych wód, aby złożyć tarło. Są ich setki ton. Zjadają małe śledzie z Zalewu Kurońskiego. Sytuacja ta powtarza się, gdyż jedno stado zjada kolejne. W lutym, gdy zjedzą wszystkie małe śledzie, zaczynają jeść wszystko to, co znajduje się na dnie Zalewu Kurońskiego, w jego podłożu. Śledź zjada wszystko, swój gatunek również. Inaczej łowi się śledzie w Nidzie, a inaczej w Juodkrante. W Juodkrante używa się tzw. „brzuszków”. To bardzo inteligentny sposób. Używamy deski, kija, specjalnych młotów, kilofów do lodu, wszystko jest takie jak dawniej, z wyjątkiem pił elektrycznych. Mamy kij, trzy małe sieci, każda o wymiarach 18 metrów, wycinamy otwór w lodzie, umieszczamy je w jego wnętrzu, a drewnianymi młotkami uderzamy w blat do rytmu: „stinta puki, stinta puki, stinta, stinta, stinta puki”… Uderzamy tak przez 15 minut. Pływaki pokazują, czy ryba bierze. Jeśli tak, sprawdzamy czy to nie „pukis”, tj. bardzo kłująca ryba. Wyrzucamy ją na lód, by zjadły ją niedźwiedzie lub lisy. Jest to ta sama odwieczna metoda pochodząca z regionu Zalewu Kurońskiego. Od zawsze łowiono ryby w ten sposób. Rozpocząłem działalność związaną z łowieniem śledzia bałtyckiego. Była to coś, co od dzieciństwa budziło moje największe zainteresowanie. Zawsze chodziłem pomagać rybakom, w zamian dostawałem 10 kilo śledzia. Jednak mnie nie obchodziła ryba, lecz sama metoda łowienia. Obecnie, wskutek pogłębienia portu, zmieniły się szlaki migracyjne śledzi bałtyckich. Od dziesięciu lat nie łowię ich tyle, co w przeszłości.

X: Czy osoby pochodzące z Nidy trzymają się razem?

ZK: Bywa różnie, ale wszystko jest w porządku. Teraz zastępuję przyjaciela, który za czasów naszej młodości był mistrzem windsurfingu. Można o tym przeczytać po litewsku w Radzieckiej Encyklopedii. W tamtym okresie również się spieraliśmy. Później, gdy przestałem w tym uczestniczyć, obwiniano mnie o upadek windsurfingu w Nidzie. Zawsze mówię jednak, że ten, kto chce pływać, nadal będzie to robić. Nie ma znaczenia, jaką ,,szmatę” rozłożysz zamiast żagla, i tak będziesz żeglować. Tak więc z naszej trójki słynnych marynarzy zostało tylko dwóch, trzeci przychodzi jedynie od czasu do czasu popatrzeć. Jeden z moich jachtów jest jachtem morskim. Chciałbym stworzyć załogę z osób pochodzących z Nidy. Ze względu na dużą liczbę marynarzy, postępują tak „jak wiatr zawieje”. Mamy tu takie warunki do żeglowania jak nigdzie indziej na Litwie. Trasa ze szkoły nad wodę zajmuje dziesięć minut. Myślę, że jest to również rodzaj kształcenia. Zasadniczo, gdyby nie żeglarstwo, nie wiem, jaką bym obrał drogę. Znajdujemy się w miejscowości wypoczynkowej, w której ścierają się różne nurty. Komuś z zewnątrz, kto zdecydowałby się zamieszkać w Nidzie, na pewno byłoby ciężko. Ze względu na specyfikę życia, trzeba się wszystkiego nauczyć. W czasach radzieckich była to szesnasta republika – mówiąc serio lub nie. Po opuszczeniu tego miejsca przez lokalnych Niemców, zostało wiele domów. Kto tu przybywał? Osoby, które nie mogły żyć w ojczyźnie, gotowe zmierzyć się z trudnościami. Naprawdę miała tu miejsce prawdziwa inwazja „gniewnych” ludzi. Niektórzy uciekali od głodu, inni, – aby mieć dom lub mieszkanie. W czasach radzieckich łatwo było otrzymać mieszkanie. Tutaj każdemu, kogo potrzebowano – czy to był hydraulik, czy lekarza – dawano mieszkanie. Takie były przywileje. Natomiast dla miejscowych, osób tu urodzonych i wychowanych, nie było żadnych szans! Wszyscy odnosili się do siebie jak przyjaciele, dzielili się ostatnim okruchem chleba, gdyż trudno było przeżyć, były tylko ryby. (…) Początkowo była tu strefa graniczna, po wymeldowaniu się, ponowne zameldowanie, nawet w domu rodziców, było bardzo trudne. Później utworzono tutaj Park Mierzei Kurońskiej, więc znów uważano nas za „aborygenów”. Nawet odwiedziny krewnych stanowiły ogromny problem… Czasy radzieckie to interesujące czasy. Jednak każde czasy są dobre, w każdych żyje się wesoło.

X: Kiedy zacząłeś żeglować?

ZK: Żegluję od 1969 r. Wtedy nie było jachtów. W czasach radzieckich przyjaciele mieli „szlupk”, na który zabierali również mnie. Tak, to było interesujące, jednak nie miałem żadnych chęci sterowania, dopóki nie zobaczyłem jachtu. Mogłem mieć także łódź motorową, ale po tym, jak zobaczyłem jacht, wiedziałem, że to jest właśnie coś dla mnie… Nie wiem, to było przeznaczenie. Teraz nie chcę niczego więcej. Wypływam jachtem i natychmiast odnajduję spokój. Chcę możliwie jak najszybciej zawinąć się z miasta. Po jego opuszczeniu znikają problemy. Pozostaję sam na sam z naturą.

X: Od kiedy żeglujesz także na morzu?

ZK: W czasach radzieckich trudno było dostać się do morza. Składałem dokumenty zimą, a wiosną nadal nie było wiadomo, czy będę mógł wypłynąć – i to tylko na wody radzieckie. Żeglowanie za granicą – to dopiero było coś. Po raz pierwszy popłynąłem w 1998 r. do Bremy z matką. Moja matka miała wówczas 70 lat i po raz pierwszy od 46 lat zobaczyła swoje siostry.

X: Jakie masz podejście do Morza Bałtyckiego?

ZK: Małe. Mało wody. Jestem w stanie dopłynąć swoim jachtem do Szwecji w ciągu jednej nocy, a do Polski w szesnaście, a nawet w dziewięć godzin.

X: Nie boisz się na morzu?

ZK: Im silniejszy wiatr, tym jestem spokojniejszy. Jakoś z wyprzedzeniem wiem, jakie manewry należy wykonać. Należy być jedynie przyjacielem natury. Nie należy sprzeciwiać się wiatrowi. Wszystko samo idzie, ręce same pracują. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale mam tak od dzieciństwa. Gdy zacząłem żeglować na jachcie, wszystko od razu mi wychodziło. Zawsze jednak muszę być blisko wody. Źle się czuję bez wody.

X: Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się doświadczyć krytycznych sytuacji?

ZK: Opowiem o najtrudniejszej z nich, o naprawdę krytycznym momencie. Można to chyba porównać z ryzykiem utonięcia. Zalew Kuroński zaczynał pokrywać lód. Poszedłem wraz z przyjacielem ratować sieci. Wiał bardzo silny wiatr. Nie można było wiosłować pod wiatr. Ciągnęliśmy, ciągnęliśmy, aż łódź się przewróciła. Nie było głęboko, mój przyjaciel zdołał uciec. Jednak łódź należała do mnie, nie chciałem jej stracić, więc dalej ciągnąłem. Co się dzieje w takich sytuacjach? Człowiekowi zaczyna być niedobrze. Wskutek zimna i zmęczenia zaczyna się wymiotować. To wszystko – wystarczy, że się zakrztusisz, a możesz bardzo łatwo się utopić. W wodzie o temperaturze 0°C człowiek może wytrzymać 25 minut. Potem traci przytomność. Po 30 minutach krew ulega wychłodzeniu, przestaje krążyć, a wtedy nie ma już szans na odratowanie. Gdy dotarłem na ląd nie miałem sił, brakowało mi powietrza, nie mogłem nawet chodzić.

X: A jakie trudne sytuacje zdarzyły ci się podczas żeglugi?

ZK: W tym roku sezon nie był udany. Nie udały się cztery rejsy. W drodze powrotnej z jednego z nich podczas burzy złamałem ster statku, 60 mil morskich od Kłajpedy. Wróciłem na kotwicy. Poprosiłem więc przyjaciół, aby podholowali mnie do portu. Nie chcieliśmy, żeby inspekcja bezpieczeństwa morskiego dowiedziała się, że nie wezwaliśmy trackera, który na wodach międzynarodowych kosztowałby 600 euro za godzinę. Po półtora miesiąca, po burzy, morze wyrzuciło na brzeg między Kłajpedą a Juodkrante mój ster. W głębi czułem, że może się tak zdarzyć. Znaleźliśmy i przynieśliśmy ster. Latem, gdy żeglowałem z żoną, zaskoczyła nas burza. Powiedziałem, żebyśmy popłynęli do Minge. Nie mogliśmy tam wpłynąć ze względu na niski stan wody. Zatem wyruszyliśmy do Kłajpedy. W końcu byliśmy przygotowani, mieliśmy ze sobą trochę jedzenia. Na wysokości Pervalki osiedliśmy na mieliźnie – nie dlatego, że nie jestem przyzwyczajony do żeglowania po Zalewie Kurońskim, lecz ze względu na to, że w niektórych miejscach jest za płytko. Dopłynęliśmy do Kłajpedy. Zaprosiliśmy gości, którzy następnego dnia wypłynęli z nami do Juodkrante. Wszystko było pięknie, wszyscy byli w świetnych nastrojach, również moja żona. Przekroczyliśmy Pervalkę – a tu nagle – mały szkwał! Prędkość wiatru nagle znacznie wzrosła, bo o 10 m/s. Przypominał ścianę… Takich szkwałów się nie przewiduje w prognozach. Po 10 minutach ustał, jednak duży żagiel, tj. „grot” został rozerwany. Musiałem go zwinąć. Żona miała do mnie pretensje, pytała, czy nie chciałem nas utopić. Mówiła, że już zaczęła odmawiać modlitwy. Po takim stresie człowiek rodzi się na nowo. Wie, czego chce, przypomina sobie, że dobrze mu się żyje, że jest zdrowy. Później już wszystko jest dobrze. To jest właśnie żeglarstwo.

X: Słyszeliśmy, że często ratujesz innych. W jaki sposób wzywa się pomoc?

ZK: Osoby potrzebujące pomocy dzwonią na numer 112. Następnie sygnał otrzymują urząd ochrony granic lub urząd ratunkowy. Znają mnie tam, więc się ze mną kontaktują. Wiedzą, że zaoferuję naprawdę profesjonalną pomoc w zakresie jachtów. Wyprowadzę je z mielizny, uniknę zderzenia. Urzędowe zespoły wysyłają ratowników, którzy zabiorą ludzi. Ich zadania nie obejmują ratowania łodzi, które w ten sposób zostają na wodzie. Zdarza się, że ludzie bezpośrednio po zdaniu egzaminu lub też zakupie licencji nie mają doświadczenia, wskutek czego osiadają na mieliźnie. Po prostu nie szanują siebie ani łodzi. My się wzajemnie ratujemy. Z morzem nie ma żartów.

X: O czym marzysz?

ZK: Jestem szczęśliwy. Mam rodzinę, czego więcej mógłbym chcieć? Jestem cały i zdrowy. Łowię ryby, w firmie dobrze się układa. Czy potrzebuję czegoś jeszcze? Im więcej się chce, tym trudniej się żyje. Nie można porywać się z motyką na Słońce. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Traktujemy połów jak święto. Dla nas ważne jest obcowanie z przyrodą. Biorę trochę słoniny, chleba i herbaty… Niczego więcej nie potrzeba…

Zigfridas Kairys urodził się w 1957 r. w Nidzie. W pierwszym technikum zawodowym w Kłajpedzie uczył się na specjalności maszynisty pojazdów. W 1978 ukończył kursy dla pilotów-maszynistów statków oraz zdał egzamin na prawo jazdy. Przez 15 lat pracował jako kierowca. W 1969 r. zaczął uprawiać surfing. Był mistrzem Związku Radzieckiego w windsurfingu w latach 1975, 1976 i 1977. W 1980 r. wystąpił na Olimpiadzie w Moskwie, gdzie windsurfing był dyscypliną pokazową. Wkrótce został trenerem tego sportu, utworzył klub windsurfingowy „Vetrunge”. Był kapitanem na statkach „Aistis”, „Nerija”, „Neringa”, statku pasażerskim „Venus”. Jego pierwsza jednostka to mała łódź rybacka „Artve”. Pracuje w sektorach turystyki i rybołówstwa odpowiednio od 1975 i 1995 r.. Ma dwie łodzie – „Lana” i „Daile”.