Domator

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
30.11.2011 Świbno koło Gdańska

Miejscowość, w której znajduje się mały rybacki port rzeczny. Wywiad przeprowadzono w tym właśnie porcie podczas postoju kutrów. Miejsce zaniedbane, którego „czasy świetności” przeminęły prawdopodobnie wraz ze śmiercią Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w której to gospodarce istotną rolę odgrywały państwowe przedsiębiorstwa związane z rybołówstwem. Pozostałości infrastruktury są na bieżąco reperowane, chociaż całość sprawia wrażenie, że może za moment runąć. Na kutrach kilku starszych wiekiem mężczyzn reperuje sieci. Pozostali rozmawiają obok kutrów na przystani. Toczą się rozmowy dotyczące dnia codziennego. Domator jest pseudonimem rybaka dorywczo zajmującego się połowami.

MB: Parę słów o sobie.

X: Moi rodzice byli rybakami. Zaczęli jeszcze podczas wojny. Mama pochodzi z Tczewa, ojciec z Warszawy… Mama moja była jedną z córek (rodziny były wielodzietne), dziadek miał berlinkę…

MB: Co to?

X: To jest barka taka, która woziła żywność. Niemcy zarekwirowali ją. Musiała tam być. Później zaczęła rybaczyć. Później poznała mojego tatę (krótko po wojnie), spiknęli się. Jeszcze matka rybaczyła [póki my żyjemy], ojciec też rybaczył, tylko nie tu, w Świbnie, tylko w Górkach Wschodnich, to się nazywało Flota Ludowa. Później ja przejąłem pałeczkę i pracowałem w spółdzielni Wyzwolenia…

MB: Troć tam łowiliście?

X: Troć wiślaną. Nie ma na całym świecie… Ta kanadyjska, czerwona… to było jedyne w swoim smaku. Tu była jedyna baza w Europie, która troć wiślaną wyhodowała. Myśmy tu co roku wypuszczali od 250 000 do 350 000 sztuk do morza.

MB: To jeszcze zarybiają?

X: [Nie odpowiada wprost na pytanie. Opisuje przemiany ustrojowe– od spółdzielni pracy z 34. właścicielami do wykupienia spółki przez samych rybaków, gdy „komuna padła“]. Tu, z boku, mieliśmy przetwórnię, ale to też zaczęło klękać, teraz jestem już na emeryturze… Kolega kupił jednostkę, papiery mam ważne. Odchodzisz z rybołówstwa, siedzisz w domu przed telewizorem. A to ciągnie wilka do lasu. Teraz znowu zacząłem rybaczyć, póki zdrowie pozwoli…

MB: Rodzinne to całe przedsięwzięcie?

X: Tak, z to dziadka, u mnie tak. U tego Zbyszka, u którego teraz robię, też po ojcu. Tam stoi jednostka mojego brata. Ja swoje wykasowałem, bo to na emeryturę i schorowany. Unia mi zabrała jednostkę, dali odprawę i tam pierdoły. Ja co prawda nie nadałem, bo po tym huraganie, co był w Holandii kupiłem sobie ślizgacza, osiem metrów. Remontuję go. Woda to jednak wchodzi w żyły. Zobacz. (pokazuje tatuaże)

MB: Neptun?

X: Posejdon. Szekielek.

MB: A co to jest szekiel?

X: Sprzęt do spinania lin.

MB: Ile miał pan lat, gdy zaczął pływać?

X: Zaczęło się wszystko od choroby taty. Dostał miażdżycy, zaczęły mu nogi drętwieć, ręcę. A ja robiłem wtedy jako kierowca i naprawdę dobrze zarabiałem. Pochylnię zalewałem, później tu, naszą śluzę nową. – A tata miał jednostkę prywatną i tak się to zaczęło. Przejąłem pałeczkę po tacie i robiłem ze szwagrem taty. Rok ze mną robił i poszedł na emeryturę a ja później brata wciągnąłem. Robiliśmy ze trzy lata we dwójkę. To jest ciężka harówa. MB: Niech pan opowie o pracy. Gdzie pływacie?

X: Zatoka to jest mała; za ciasno. Ja pływam: cały Bałtyk, od Helu… a czasami się aż do Rusków. Tylko że nas cholernie kontrolowała granica w Krynicy Morskiej. Radary mieli włączone…
(…)
Jeden się kiedyś wychylił… w dziewięćdziesiątym. Już po robocie, ryba wypatroszona. Taka cienizna była. I się zawsze po robocie dwie jednostki spinały do kupy. Zaczęło tłuc. Budzimy się – Jezu, łajby nie ma. Zerwało. I chłopak zdryfował do Rusków. I to była głośna afera, bo Gdynia włożyła 18 czy 28 tysięcy dolarów, żeby łajbę odzyskać; ale tam już nic nie było, ani radaru, ani sondy, ani UKF-ki, siatek – zero. Trzy łodzie ruskie podpłynęły i do siebie – na sznurek. A teraz pomyśl sobie, że chłopaki musieli zwrócić 28-18 tysięcy dolarów, bo – zaraz ambasada, to już jest cyrk inny, to już nie ma…

MB: No tak, no tak. To już polityczne sprawy.

X: I teraz kup oprzyrządowanie, wsio. To oni ze trzy lata za darmo musieli robić.

MB: Ja pierdzielę. A to była prywatna, tak?

X: No wszystko było prywatne. Przerąbane. Tylko do pierwszego października. – Wszystkie stoją, tylko my… Dorsza nie możesz, tego nie możesz, tego nie możesz…

MB: A dają coś wam w zamian?

X: Ja jestem tu najemcą
(…)
Nie dostaję nic. Inni dostali teraz niby na węgorza odprawę, ale nie wolno ci łapać ani flądry, ani dorsza, ani sandacza. Nic. Wszystko stoi i śmierdzi. A u nas start o trzeciej, włączasz GPS-a, wprowadzasz namiary…

MB: Praca na morzu. Jak się pływa?

X: Do tego trzeba mieć serce. To jest taki bakcyl, którego jak raz łykniesz, to już Ci zostanie na całe życie. Jak żeglarstwo czy wędkarstwo.

MB: Czyli się nie można oderwać?

X: Siedzisz w domu i czegoś ci brakuje. Jak alkoholikowi gorzały. Trzeba jakiegoś klina walnąć; trzeba w wodę.

MB: A gdzie łowicie z reguły?

X: Aż tam na latarnię. To jest aż 25 do 30 metrów głębokości.

MB: Ciężka praca chyba?

X: Spójrz na ręce. To są ręce pianisty?… A byś nie uwierzył, grałem w zespole ponad osiem lat. Gitara i klawisze.

MB: A jaka muzyka? Jakaś rockowa?

X: Z mojego rocznika, 55-y rok… Głównie rock, na tym się wychowałem, nie? …od gówniarza, zanim poszedłem do wojska.

MB: Na gitarze pan grał?

X: Z początku na gitarze. Szóstce, później na dwunastce. W 1974 r. poszedłem do wojska.
(…)
wzięli mnie do zespołu, bo podobno dobry byłem
(…)
tam, gdzie Budka Suflera grała…
(…)
to był sprzęt na zamówienie, firmy „Maroya“, kamery pogłosowe, bajery… Człowiek nie spał, jak to po wojsku, niewyżyty, no to po wodach, w ten i nazad.

MB: [śmiech]

X: Później dorobiłem się jeszcze jednej jednostki. Było skąd szarpać…
(…)
Kupiliśmy bębny w Kolbudach.
(…)

MB: Czyli kiedyś się lepiej zarabiało niż teraz?

X: Chłopaku, za komuny? Żeby tam kilogram ryby leżał!!? 10 ton śledzia to magazyn pękał w szwach. Albo Centrala [rybna] brała na przeróbkę na mączkę, albo szło do rolnika na nawóz. Rybak za ciężką pracę musiał dostać swoje pieniążki. Co-do-deka.

MB: A jakby pan teraz porównał?

X: Chłopaku, co mam ci powiedzieć? Unia nas – ci nasi politycy nas wykończyli. Ja dwie jednostki skasowałem. Ja jeszcze rybaczę, ale mam brata, który był wspólnikiem moim, i jest schorowany (ma arytmię i popierdółki). Ja pojechałem na Śląsk, gdzie mam jeszcze braciszka najstarszego, w kopalni „Zabrze“, miał wypadek, pojechałem tam, to mi, psia menda, łajbę skasował.

MB: O kurde. Ale wypadek? Co to znaczy, że skasował?

X: Nie. Unia zaoferowała tyle i tyle [doktryna szoku normalnie – wspólnik wyjeżdża, my do dzieła]. Pomierzyli ładowność, pierdoły… Tu już takiej [łajby] nie zobaczysz. Myśmy ją zbudowali na podwórku u mnie. Ja ci wspomniałem, w Kolbudach kupiłem dęby, później do tartaku i przyjechało drewno do domu i myśmy dwa lata budowali. Od podszewki, nawet gwoździe miedziane sami [żeśmy] kłuli z pręta.

MB: O kurde.

X: Na stoczni zamówili maszynkę, to wszystko, palniki. Bo podstawa to jest na jednostce stępka, i dziobica i tylica, musi być miedź. Miedziane gwoździe.

MB: A dlaczego?

X: Stara szkutnicza zasada. Już dalej śruby idą, ale do linii wodnej to wszystko musi być, kurde –

MB: Nie rdzewieje czy co?

X: Dokładnie. Nasza woda. Mimo, że …, ale miedzi nie rusza. A to, co ma być nad wodą, to normalne może być, skręcane. Zawsze można wymienić.

MB: Mógłby pan opowiedzieć, jak wygląda taki dzień pracy?

X: Zaczyna się dzień od godziny 2-3-ej w nocy. Przychodzisz. Siatki są przygotowane przez kolegów i walisz w morze. Jeszcze sobie ustawiasz GPS-a. No i namiary bierzesz na każdą
(…)
ustawiamy cztery, przynajmniej cztery. – Dopływasz, no i zaczyna się harówka. Siatki wybierasz
(…)
Siadasz i dziobiesz. I co parę minut rękawiczki wymieniasz, bo flądra jest bardzo szorstka i te rękawiczki mam za sekundę przetarte. Ja już mam, widzisz, poprzecierane. To później aż cię parzy, to później te oczka ciężko nabierać, żeby tą rybę z tej sieci wybrać. Tak aż do końca.

MB: To ile godzin? Ile to trwa?

X: Słuchaj… jak wcześniej wystartujemy… to tak gdzieś koło piątej jesteśmy już przy siatkach. Żeby czasu nie tracić, bo teraz trochę pogody jest fajnej – a ryba nie lubi słoneczka. Jak z gościem – się psuje od łba po paru godzinach. Dwie godziny, to już za długo siedzi. I zaraz układamy wszystko na pokładzie, na tą skrzynkę, na tą (bo sortuje się rybę). … na dziób…
A resztę chłopak wyciąga cały czas i tylko następny, który jest (u nas jest trzech na pokładzie)…
(…)
przypływamy do portu to już mamy rybkę. Żeby jak najszybciej po prostu tę rybę upłynnić, sprzedać. I tu jest … …ja mam pięć… za godzinę. A to, co ja urobię, no to szyper tak stoi. To jest jego jednostka, jego sprzęt. Na swoim to ja byłem panem. Albo od kilograma jedziemy, od skrzynki (co wybiera), albo nam odcina. …jestem… Zanim zapłyniemy, zanim wybierzemy…

MB: A co się stało z tymi innymi jednostkami pana, bo mówił pan, że brat jedną skasował, a pozostałe…

X: Ja miałem trzy. 76, po ojcu (właśnie tą, co przejąłem pałeczkę). Później wykupiłem po roku udziały we Włoszech właścicieli. Później… z Darłowa jednostkę… bo mi chodziło o węgorza… to ta nam się spłaciła. O, tyle mam pamiątki po niej.

MB: O kurde.

X: Żeśmy dewice montowali i jak była…i ten duży… wyrwało z ręki. Jak poszedł to mi ścięgna przecięło, aż do kości. Noga to wisiała jak szmatka; jak chorągiewka. Miałem koleżankę, ona mnie zabrała do [szpitala] kolejowego. Tam leżałem pół roku, wszystko mi pozszywali (te ścięgna). I to lipiec, najlepszy sezon na węgorza.
(…)

Bałtyk jest cholernie zdradliwy, bo masz krótką falę. To ci tą łajbą szarpie jak diabeł. A jeszcze jak przyjdzie martwica (martwa fala), to się ciągnie powolutku… Rybak, stary zejman… Nieraz mu się cofnie, to co zjadł.

MB: A one niebezpieczne są, te fale?

X: Tak. Słuchaj, [to] na tym polega, że każdy szkutnik – każda stocznia, która jednostki na Bałtyk to mają wyliczone: albo trzy fale (masz siedem). Następna to jest taka, że może ciebie do góry dnem obrócić. Już szyper stoi za sterem (jak ja stałem u siebie, na swoich jednostkach). Jak nie przeliczyłeś to miałeś kłopoty. Bambusa wyrzucić za burtę, to weź zawróć i go ratuj.
(…)
Ludzkie życie jest zagrożone. A jeszcze myśmy w rodzinie robili – jakbym syna za burtę posiał albo brata młodszego. To jak [byś] do domu wrócił? Co byś rodzinie powiedział? To już nie są śmiechy. To trzeba było tak pilnować… I siatki musisz pilnować, i chłopaków i całą resztę. Ciężki kawałek chleba, jak Boga kocham. Ciężki kawałek chleba, to nie jest śmiech. Tam jak już z portu wyjedziesz to nie ma żartów.

MB: Pytanie filozoficzne trochę. Jak morze na człowieka wpływa?

X: Szkoli. Dyscypliny. Honoru. Uczciwości. Jakbyś na polu walki był. Tam jeden za drugim to by w ogień poszedł. Tu jest sprzętu za sto tysięcy. Jak ty zobaczysz, że komuś się krzywda dzieje, tonie czy coś nie tak, ty to obcinasz i idziesz na pomoc. Nie ma zlituj się. U nas (w tej chwili w rybołówstwie przybrzeżnym robimy) …dwóch na brzeg. To ryzykujesz własne życie, żeby go do domu zabrać. To już jest poświęcenie naprawdę, własnego życia. – To jest jedna rodzina. 26 lat tu spędziłem, w spółdzielni „Wyzwolenie“. Tam nie było, żeby ktoś nie pomógł. Sprzęt możesz kupić, życia nie kupisz.

MB: A dużo takich przypadków było?

X: Jasne.

…i są wejścia na może wyliczone. Parę metrów, łokieć z północy,

…wiatr północny… i już facet leży na piachu, wzywają…

Tutaj mamy prom. Ale on tylko ludzi zabiera, ale jednostka to już go nie interesuje. I teraz co z tego, że on cię weźmie, jak ty straciłeś cały dobytek?

MB: A jak taka praca wpływa na rodzinę?

X: Bardzo niepozytywnie. Jesteś non-stop poza domem.
…kratkę musisz zrobić ręcznie; jak maszyna zapierdalasz. Naprawdę trzeba mieć talent artystyczny i dokładność. One mają łapać. Niektóre są cieniutkie jak pajęczyna. Jak się prąd zmienia to ty siatki zmieniasz. Trzeba mieć poukładane i to naprawdę solidnie w głowie.

Woda to jest żywioł. Ogień zgasisz, wody nie powstrzymasz. Sam widziałeś te powodzie.
…z mojej załogi tylko został brat. A sześciu ludzi… Ciężki kawałek chleba. Ale jak to pokochasz, nie umiesz się z tego wycofać. To jak narkotyk jest.
(…)
W moim wieku to już śpi się po 2-3 godziny i jesteś wyspany, wypoczęty.
(…)

MB: A jakieś historie czy nietypowe wydarzenia związane z morzem, pamięta pan?

X: To ty nie uwierzysz
…a myśmy mieli już tę dużą łajbę.
…ja przy sterze stałem…
…wstążeczka zawiązana, wpleciona w stalówkę…
…ja przy tej…a ten tak włączył reflektor, prosto w oczy… Ja brzegu nie widziałem. Ta Wisła nie jest taka szeroka. Tylko ma 600 metrów … Ja do sterów, a łajba tu na wprost, na brzeg cała, ze śrubą. To nie jest kajak, żebyś nogą zepchnął… To jest czternaście metrów łajba. Tu „Panorama“ przyjechała cykl robić. Facet zaczął tu kamerować. To mnie wkurzyło, bo za tą kamerę do Wisły to jeszcze koszta miałem, bo musiałem za kamerę zapłacić. Cyrk na kiju.
(…)

MB: A jakieś przesądy?

X: Jak mi ktoś na burcie zagwiżdże to ja od razu wysiadam. I to się sprawdza. Zbyszek gwizdał przed wypłynięciem, ja „pa“ [zrezygnowałem], i od razu wody [im] do dupy nalało. Co jeszcze? „Ty wiatr ściągasz“. Codziennie sprawdzamy prognozę pogody. To było przeżycie… Mój syn jeszcze [wtedy] nie był rybakiem.

MB: A też jest?

D: Już nie. Po kasacji jednostki… teraz jeździ, jest kierowcą. [Tego dnia] wypływamy i byliśmy aż pod Jantarem. Nagle się okazało, że jest szkwał. Wiesz, co to się dzieje? Wodę rwie ci w powietrze! A to na tej nowej doce co to wybudowaliśmy ją na podwórku. Z tym że ona na początku była bezpokładowa, coś jak te żółte tu gówienka. Myśmy ją robili praktycznie tylko do węgorza, żeby blisko, płytko podpłynąć. Niebo zrobiło się czarne, niewiadomo skąd, wiatr. A żadnych prognoz, nic, UKF-kę miałem przecież na jednostce.
(…)
Jak nam skapnęło.
(…)
Ja od razu …dostałem. Autentycznie… I dopłynęliśmy tutaj, na ujście Wisły, a tam bałwany na 5-6 metrów, a jednostka – 8 metrów długości tylko. To jak nie trafisz na jedną to cię zawinie w diabły, na Morzu Barentsa. I bałem się, wiesz, bałem się wejść; co szukałem fali, to mi nie pasuje. No to kółko znowu, pytam się, dzwonię na Górki Wschodnie, do WOP-u, jak tam wejście? A tam w tej sekundzie akurat jak on ze mną gadał, jak przepierdoliło przez molo. Rozjebało w strzępy, tam wszyscy pokotem padli. Trupy. On: Chcesz na Górki płynąć? Ja zaś, w te i nazad. Jak łajba płynęła, znalazłem tą falę, jak weszłem, jak się zawinęła to mnie obróciło, nas tak pieprznęło, to ja od razu w sterówce miałem potąd, kurwa, wody. W sterówce. To brakowało tyle, żeby filtr powietrza zalało… A ja od razu rura, manetki do pełna i na płytkie wjechałem tak, że jednostka stanęła na dnie. – Nam wiadra uratowały wodę. Wylewaliśmy wodę za burtę. Rzucili nam kamizelki ratunkowe. [Bardzo to wszystko przeżyłem bo życie mojego syna było zagrożone].

MB: Czy dużo ludzi żyje tutaj z rybołówstwa?

X: To jest śmieszne, byś nie uwierzył. To wszystko są bezrobotni i każdy się utrzymuje…

MB: A długo już pan jest rybakiem?

X: Od pierwszego kwietnia 1980. – Powiem ci szczerze chłopaku, że ja wam współczuje. Miałem w życiu wzloty i upadki, ale was czeka ciężki żywot. – Młodszy syn skończył informatykę. Teraz kurs ochroniarza robi. Co, robił byś za 9 złotych? – Jedni są bardziej zaangażowani, drudzy mniej. Dupka z dala wyczujesz, który… udaje, że chce być rybakiem. Ale jak tego we krwi nie masz to tego nie osiągniesz na pewno. To tak jak do muzyki, widzisz. Czemu każdy nie jest muzykiem?

MB: No tak.

D: Trzeba mieć do tego zapał. Zresztą pamiętasz, ile ćwiczyłeś. To nie ma, że samo przyjdzie. Musisz, kurwa, w tym siedzieć, chłopaku.
Był lipiec. Siatki rzuciliśmy od promu.
(…)
Siedzimy w porcie. Nie idzie, nie idzie. Po czterech godzinach podpłynęliśmy do WOP-u – bo w poprzednim ustroju za każdym wypłynięciem musiałeś zgłoszenie podać. Wyjazdu, numery kart, członków załogi i przewidywany okres powrotu.

Janusz B.

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
22.12.2011

Janusz B. – marynarz zamieszkały w Gdańsku. Aktualnie pływa na promach między Belfastem i Liverpoolem. Wywiad odbywa się w jego mieszkaniu. Z powodów technicznych początek wywiadu nie mógł zostać odtworzony.

JB: Nie znałem definicji mili morskiej i musiałem kopać u chłopa ogródek. Trzeba było mu ogródek skopać. Paru było takich, co z nawigacji nie umieli. To żeby tę trójkę mieć do zaliczenia, [mówił]: To przyjdźcie kopać ogródek. W szkole, w internacie Szkoły Morskiej lali się, czy tam jakieś inne rozróby… Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, więc trzecia klasa musiała przechodzić naszym korytarzem do góry na drugie i trzecie piętro. No, to żeśmy się szybko po kolacji zebrali, pochowali się tam w kiblu, w salach czekali (bo to zawsze cały pluton szedł – cała klasa). I wszyscy szli na swój rejon – tam, gdzie ich poumieszczali, tam gdzie mieszkali. No i czekali. Jeden tylko siedział przy bezpieczniku światła. Jak ci już weszli na środek korytarza i się zaczynał łomot, kurwa. Dopiero rano było widać, kto najwięcej dostał. Najlepiej Pulpetowi (wychowawcy) się trafiło. Wlazł pomiędzy tych, którzy się leją, a rano – pod oczami siniaki. Wstydził się, że dostał.

MB: Czy taki pierwszy kontakt to już miałeś na tym statku?

JB: Na statku, no i w szkole. Szczególnie to w szkole. To było rybołówstwo, myśmy tam mieli działy: na sieciarnię (tam, gdzie naprawiali siatkę), na przetwórnię się chodziło. Nauczyć się, jak siatki się naprawia, tych węzłów… To miał być przyszły człowieka zawód, to coś musiał umieć: zbijanie skrzynek, szkutnictwo (jak tam na kutrze co robić). Jak żeśmy byli na szkutnictwie, to żeśmy wychlali spirytus z kompasu. Standardowy kompas, co tam był, to tam było ponad litr spirytusu w tym.

MB: Wiem, żeby nie zamarzał.

JB: Tak, róża kompasu razem z igłą, żeby to pływało, żeby to kierunek pokazywało.

MB: Jak dziurę zrobiliście?

JB: Jakoś trzeba to wlać. To się odwracało kompas, tam była śruba taka z uszczelką, to się wykręcało i wylewało. Jak już brakło to odkręcało się, dolewało. Trzeba było jeszcze poczekać, żeby się nie robiła bańka wodna (czy bańka powietrzna), trochę pomieszać i dolewało się znowu i jak to już było wszystko napełnione to się wtedy zakręcało i już kompas działał. A odwrotnie – to wypić.

MB: Ale laliście coś w zamian?

JB: To było na stoczni, oni to później uzupełniali. Zanim by doszli, kto to wypił… Różne rzeczy widziałem; kradło się. Kradło się. Jako młodzież to człowiek potrzebował na jakieś papierosy czy wino… Jak się było na przetwórni, czy na wędzarni to skrzynkę taką, chyba ze 20 kilo, taką skrzynkę na przykład szproty wędzonej. To się ukradło czy tam się zabrało, myśmy tak robili: jak nas było dziesięciu, jednemu wsadzali na plecy, pod bosmankę, tak żeśmy blisko niego wychodzili przez bramę, żeby nie zauważył, że wynosimy. A później szliśmy na takie stoisko, gdzie baba ryby sprzedawała, to nam dawała za takie, powiedzmy 15 kg – 20 zł czy 25, to już było na parę flaszek. Po flaszce się wypiło i do internatu. Takie wesołe życie było. Na jednym rejsie byłem w Szkocji (Aberdeen).

MB: Ale to takie rejsy ze szkoły jeszcze, tak?

JB: Tak. To dwa lata trwało wesołej kompani. Jeszcze wcześniej w szkole to żeśmy urządzali zawody na falochronie w Darłowie. Się widelcami łapało flądry.

MB: Flądry?

JB: No. Nie było głęboko. Trzeba było wyczuć, gdzie ona siedzi. Siedemnaście lat mieliśmy; dzieci. Potem się takie flądry wyrzucało.

MB: Bez sensu.

JB: Minął ten czas szkoły i nadeszło przygotowanie do zawodu.

MB: A zawód jak się nazywał twój wyuczony?

JB: Rybak morski. No i świadectwa rozdali. A wcześniej jeszcze przyjechali kupcy. To było tak, że były takie przedsiębiorstwa („Dalmor”, „Gryf” i „Odra”) I te kutrowe, co na Bałtyku. I paru rybaków było, że po prostu nie chcieli, albo ktoś miał rodzinę za granicą. A ponieważ komuniści rządzili, nie przyznawali takim osobom książeczki międzynarodowej. Mógł uprawiać żeglugę bez zawijania do portów państw obcych. Po tej Kanadzie to ja dostałem właśnie takie pismo. Na Bałtyku mogłem pływać, przy NRD i do portów Rosji. Wschodni Blok i nigdzie dalej. Trzech ukończyło szkołę przed 18-ym rokiem życia, więc jedno przedsiębiorstwo w Dziwnowie, to oni przyjmowali tych małoletnich, co im parę miesięcy brakowało [do pełnoletności]. Tylko w oparciu o polskie bazy w tych portach. Później, jak „Solidarność” powstała, to zaczęli na Bornholm jeździć, do Duńczyków. Ci kupcy wybierali. Ze wschodniej Polski, to do „Dalmoru”; mógł sobie [taki wybrany] później zmienić. I tak się zaczęło; po skończeniu szkoły, rozdaniu świadectw, zostałem powołany do tego „Dalmoru” (jeszcze musiałem czekać trzy miesiące na ukończenie 18 lat). Po tym okresie zgłosiłem się do „Dalmoru”; formalności, papiery, pobranie ciuchów, ten worek marynarski. Czekałem dwa tygodnie na zarejestrowanie na statek. „Andromeda”. Wypłynąłem na pierwszy rejs.

MB: Dalekomorski?

JB: Tak. Poszliśmy na wyspy Lofoty na Morzu w Północnym. Tam nie było ryby, więc żeśmy polecieli na Spitsbergen. Tam żeśmy łapali dorsza trochę, potem halibuta. Straszna robota: nie dość, że zimno, to jeszcze kapusta się trafiała – to było jak wata szklana. Jak się to wyciągnęło na pokład, trzeba było to wybierać…

MB: Do czego to było?

JB: To się łapało razem z rybą, z dna. To denne połowy były, to tam rosło. Jak się to wzięło, to było jak wata szklana. To wyglądało jak główki kapusty, to miało ze 2-3 metrowe pędy, nie szło tego wyciągać. Łapaliśmy ze 2-3 tygodnie, później był przelot na Labrador, wybrzeże Kanady. Tam już w tych lodach dorsza się łapało.

MB: Tak trudno na początku?

JB: No, z grubej rury. Nieraz to tak dało w dupę – mrozy było na -27 stopni i tak tydzień trzymało. Śnieg zapierdala z wiatrem; jakbyś nie miał nic na twarzy, to by ci to normalnie [skórę] popaliło. Ale gołymi rękami trzeba było zapierdalać siatkę do reperacji, trzeba było w gorącej wodzie moczyć itd. Nieraz jak wracałem do kajuty, siadałem przy bulaju i łzy same mi się do oczu cisnęły: Co ja tu, kurwa, robię? Za co? Jak to będzie dalej? Przespał się człowiek z tym i: Ni chuja, będę twardy. Dwa lata to coś takiego trwało, te połowy w tych lodach.

MB: A jak w ogóle taka praca wyglądała?

JB: Ciężko, ciężko, ciężko. – Gdy nalało się z rufy, z tyłu statku (bo to rufowce były, specjalne, miały takie bramy z takimi rolami, kable szły) – siatki duże się wywalało. Myśmy łapali wtedy tylko systemem dennym. Nie było jeszcze systemu pelagicznego.

MB: Czyli co, ławice?

JB: Jak makrela pływała w toni (20-59 metrów nad dnem, czy wyżej), to można wtedy było ciągnąć tak, takie konstrukcje siatek były. A na Labradorze tylko dorsze – i, co ciekawe, najwięcej go było tam, gdzie był lód. Niektóre statki miały wzmocnienia lodowe. Gdy ich nie miały, to łapały na wodach bez lodu, ale miały mierne wyniki. Sondy do połowów palagicznych były montowane w Niemczech. Pod lodem było trzy razy więcej dorsza. Myśmy tam nieraz szli, na Grenlandię latem. Spod lodu wyciągało się 20-30 ton dorsza, nieraz z lodem, bo jak statek szedł i ta śruba nadmuchała. Dwa razy trafiliśmy na taki lód, który nas zatrzymywał i trzeba było czekać, aż inna jednostka przyjdzie i zgniecie ten lód śrubą, zrobi rynnę i będzie można wyjść. Ten lód miał 3-4 metry wysokości.

MB: I wtedy się wzywało jednostkę – polską czy jakąkolwiek?

JB: Jak mocno, to niektórzy wzywali coast guard z Kanady. To były takie potężne jednostki. Nie wiem, co to za klasa – niszczyciele jakieś? Jak był jakiś polski trawler w pobliżu, czy, nieważne, ruski – w ramach pomocy. Na jednym się gównie ślizgamy i każdemu się to może przytrafić. Na rybakach to jest ciężkie życie. Po skończonej szkole miałem 37 centów dodatku dewizowego dziennie, więc mniej niż cztery dolary na dziesięć dni, żeby coś w Kanadzie kupić. A flaszka wódki kosztowała 7-10 dolarów. Potem ten dodatek zaczęli podnosić, ale najpierw to było 37 centów. Wysiedliśmy ze statku w St. James. Człowiek był młody i głupi.

MB: Czemu uciekliście?

JB: Bo straszyli, że nas pozwalniają za ten incydent na statku, w przetwórni. Z kolegą spoliczkowaliśmy lekarza i technologa. To już był czwarty miesiąc na morzu i psychika nie wytrzymywała. Zaczęło się od tego, jak chcieliśmy trochę kiełbasy od stewarda. Do rozmowy włączyli się (wiele starsi od nas) lekarz i technolog. Uciekliśmy ze statku. Później zwolnili mnie, zabrali mi książeczkę do 1980 r. Ożeniłem się, poszedłem do wojska.

MB: A kiedy wróciłeś na morze?

JB: W 1976 r., po wojsku. Na kutry. Jeszcze pół roku musiałem odrypać w „Jedności Rybackiej”, na zbijaniu skrzynek. Kiedyś tak było: ktoś był po wojsku i papiery złożył – nie od razu szło się na statek. Zazwyczaj były dwa lata karencji – jakaś praca na lądzie. Odrypałem pół roku i poszedłem na prywatne kutry. Zdarzały się scysje z WOP-istami. [Jednego dnia] staliśmy na kutrze, przyszedł chorąży, no i chce ryby. Mówię: Jak to, kurwa, chcesz ryby? (był troszkę starszy ode mnie). Miałem kolegę, który pływał, a wcześniej był w WOP-ie. Mówił: Jakby co,ś to się nie daj, tylko powiedz mi – ja ci to wszystko załatwię. Więc ja się postawiłem, a ten chorąży do mnie: A ty, chuju, Kanada i to; znał mnie – to się ciągnęło za mną. Jak poszedłem do „Jedności” to powiedzieli, że jestem kabel, że tam do WOP-u donosiłem, do tych służb. Tak puszczali famę za człowiekiem, żeby cię upierdolić. W wojsku też było przykrości za to – takie szykanowanie.

MB: Opisz stosunki koleżeńskie na tych kutrach.

JB: Tam nie było dużo ludzi – zależy od człowieka. Ze mną można było zawsze dojść do ładu, się dogadać, nigdy nie byłem konfliktowy. Chyba, że mi ktoś nadepnął na odcisk. Ale zawsze byłem ugodowy. Nigdy nie miałem problemów w żadnym przedsiębiorstwie. Nie jak te nasze katoliki – tu się modli, a by cię w łyżce wody utopiła.

MB: Jakie są zasady współżycia na morzu?

JB: Trzeba być obowiązkowym. Nie ma, że odłożę sobie coś na jutro – „Coś, co masz zrobić dziś, zrób wczoraj”, bo to się później mści. Albo na przykład [jak] czegoś nie wiem, to lepiej się trzy razy spytać niż żeby się ktoś utopił, czy robić coś dziesięć razy dłużej. Gwizdać nie można (zabobony, pierdoły takie). Obowiązkowość – na kutrach nie było tego. W „Dalmorze”, gdzie było 100 ludzi, czy w PLO, gdzie było, powiedzmy, 30, to w takiej grupie zawsze się jakiś leser uchował. A ja nigdy nie byłem leserem, co mi kazali – zrobiłem. Mam taki charakter, że bym się wstydził później tego, że ktoś za mnie to będzie robił. Będę pływał dotąd, aż mi braknie sił. Ciężka była praca na tych kutrach. Nieraz było tak, że ryby było w kurwę na Bałtyku. Nieraz się wyciągało i 20 ton – małą jednostką. Jak w „Jedności” byłem, zrobiłem dyplom pierwszego i drugiego szypra. Za drugiego jeździłem, za drugiego – nie. Bo żeby zdobyć wtedy kuter, do Partii mi się kazali zapisać. Na Bałtyku były bardzo nieprzyjemne warunki: fala jest i krótka i wysoka. Jednostki tak, jak były budowane (24-metrowe KF-ki), które praktycznie mogły wychodzić do dwunastki w skali Beauforta i były bezpieczne. Nawet, gdyby się przewróciła wokół osi, to mogła wstać. Także nie było tak tragicznie, ale było nieprzyjemnie. To jest ciężko opisać, to by trzeba było być, przeżyć jak to się człowiek zachowuje na morzu. Jak to się człowiek zachowuje na takim małym gównie – fala przez dziób, rozumiesz, cały mokry, a tyle ryby na pokładzie. Mróz -20°C, a to trzeba obrobić, żeby nie zgniło, żeby się nie zepsuło. To był nasz pieniądz. Jeszcze wracając do „Dalmoru”, jak to tam nasi marnowali śledzie w George Banku pod Nowym Jorkiem, albo makrelę… Idziesz, ciągnie cię hol (przetwórnia). Na łowisku jest 300 podobnych jednostek podobnych (wyobraź sobie, ile to jest statków – ile tej ryby tam musi być). Mieliśmy już wtedy zamontowaną echo-sondę sieciową. Na echo-sondzie jest taki słupek, że tylko do tego poziomu łapać w sieci, bo później [powyżej tego] będą problemy. Nie! Jeszcze troszkę. Jak zaciągną, tam wyciągają, a tam wychodzi 120-130 ton. Nikt tego nie przerobi – a mógł wyciągnąć 60 ton, nie? Wyciągnęliby, ta ryba by tam dalej żyła i czekała, żeby ją złapali. Wyciągnęli, obrobili 30-40 ton, a resztę wyrzucili. A na Bałtyku śledzia trochę mniej. My żeśmy przeważnie dorsza łapali, bo to był najlepszy zarobek. Tego najwięcej ludzie jedli, bo był stosunkowo tani, no i dobry. Raz żeśmy wyciągnęli tu, na Zatoce cały ogon ruskiego samolotu z II Wojny. Torpedy stare – kiedyś wyciągnęliśmy kawałek, bez zapalnika. Ale rybacy z zachodniego wybrzeża wyciągnęli iperyt, co po I Wojnie Światowej zatopili Niemcy. 65 tysięcy ton tego gówna. Niby jest to błotem zamulone, ale czasem się uwalnia.

MB: To jest taka bomba, nie?

JB: Ekologiczna bomba, bo to kiedyś wypłynie. To już był przecież wypadek w 1978 albo 79 r. – albo przed, albo po tym, jak Nixon był na Helu. Baba weszła z dziećmi do wody na Helu. Tak się poparzyli, że ledwo z życiem uszli. Było tak, że z plaży to węgorze i dorsze widłami zbierali. Plamy miały powypalane, pozdychane były. Od tego iperytu. To z czasu wojny zostało, 60 tysięcy ton. To leży tam i gnije. Na tej Głębi Bornholmskiej. Głębia – a to jest, kurwa, 120 metrów. Samo morze wyrzucało na brzeg tysiące ton węgorzy i dorszy, na całym wybrzeżu. Bałtyk – niby morze małe, ale ryby dużo było.

MB: Było gdzie łowić.

JB: Było gdzie łowić, było tej ryby. Nie trzeba było gdzieś daleko jeździć, miesiącami… Zarobki też były dobre.

MB: Z czym ci się kojarzy morze?

JB: To mój zakład pracy… Statek, statek… to mój drugi dom. W domu to byłem dwa miesiące, a na morzu siedziałem – pół roku. Na kutrach inaczej, to było trochę mniej tych wyjazdów. Ale w PLO czy na kontraktach – jestem miesiąc w domu, dwa miesiące pływam.

MB: Z perspektywy człowieka, który już przeżył swoje – jaką rolę morze odegrało w twoim życiu?

JB: Na pewno pozytywną. Bo ja już jestem nastawiony na to, że będę pracował na morzu. Bo nikt mnie nie zmusił do tego, żebym szedł wbrew swojej woli. To był mój świadomy wybór, że ja chcę na tym morzu pracować. Z początku mnie to cieszyło (no bo człowiek był młody), później, w wieku średnim – no to rodzina, trzeba było zarabiać, to wszystko – było fajnie.

Marian

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
25.07.2011

Pan Marian. Emerytowany rybak. Wywiad przeprowadzałem w miejscu pracy, pokoju obsługi technicznej Uniwersytetu Gdańskiego. Miasto: Gdańsk.

M: Na Bałtyku pierwszy raz się znalazłem zaraz po ukończeniu szkoły, w „Gryfie” w Szczecinie…

MB: Wie pan, pewne pojęcia – dla laika…

M: …Przedsiębiorstwo połowów dalekomorskich, [i] usług rybackich „Gryf” w Szczecinie. Już nie istnieje.

MB: Państwowe zakłady. Przedsiębiorstwo połowów – państwowe oczywiście. Nie pływałem nigdy w innych, zawsze tylko w państwowych przedsiębiorstwach. [„Gryf”] na zimę wysłał na Bałtyk dosyć sporo tych tak zwanych lugrotrawlerów typu „Kulig” i „Mewa”. Lugrotrawler to jest jednostka, która łowi i narzędziami głuszonymi (czyli włokiem) i również na pławicę. Na Bałtyku łowiliśmy tylko włokiem, albo łowiliśmy w tłukę jak łowiliśmy szprota.

MB: A ile pan miał lat, gdy pan tam trafił?

M: Miałem 24 lata, kiedy zacząłem.

MB: A kończył pan szkołę?

M: Kończyłem Państwową Szkołę Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. To była szkoła równoległa… – ona miała status cywilnych szkół oficerskich, tak jak Szkoła Morska. Z tym że u nas mechanicy, elektrycy (były tylko dwa roczniki z elektrykami, przy samym końcu szkoły), a myśmy mieli specjalność nawigacyjno-połowową, natomiast nawigatorzy tam się uczyli towaroznawstwa i w Szkole Morskiej. Tym żeśmy się różnili. Kilkoma przedmiotami, nawigacja była ta sama.

MB: A co zdecydowało, że pan się związał z morzem?

M: Książka. Zawsze morze mnie pociągało. Przeczytałem książkę Karola Borchardta „Znaczy Kapitan”. I wylądowałem w szkole rybołówstwa morskiego, gdzie kapitan Borchardt uczył nas nawigacji. Na moje szczęście, ten mój idol, spotkałem go jako człowieka – okazał się jeszcze bardziej fantastyczny, niż sobie wyobrażałem. To był człowiek naprawdę wielkiego kalibru – on nie stawiał ocen niedostatecznych, uważał, że to jest niepedagogiczne. Natomiast wstyd u niego było nie umieć. Ja byłem ostatnim rocznikiem nawigatorów, który on uczył.

MB: Miał pan z nim ostatni kontakt.

M: Ostatni kontakt, bo połączono szkoły i zlikwidowano wydział nawigacyjno-połowowy w Gdyni (tylko pozostał w Szczecinie). O Borchardtcie można mówić dużo…

MB: A byłeś z nim na morzu kiedyś?

M: Nie, on tylko był wykładowcą nawigacji.

MB: Zaczął pan od pierwszego kontaktu z morzem…

M: To było na statku szkolnym Janek Krasicki, to był dwumasztowy szkuner, w kilku turnusach. Po zdanym egzaminie kilka osób odpadło, bo nie znosiło kołysania i wyobrażało sobie tę pracę inaczej. Ja dziwnym trafem nie choruję na chorobę morską. Ale to nic takiego [nie stanowi to przeszkody], bo wiadomo, że [admirał] Nelson całe życie chorował. Fridtjof Nansen to samo, zawsze przy trochę większej fali chorowali.

MB: Ale to jakoś im nie przeszkadzało.

M: No widocznie nie.

MB: Kiedy rozpoczął pan pracę zawodową?

M: Po ukończeniu szkoły, właśnie na Bałtyku. Właśnie od tych lugrotrawlerów, to była ta seria tzw. „ptaszków” – kilka ich się potopiło (były źle zbudowane). To była [odmiana] „Kulig”. Później [ją] przebudowano, skrócono trochę maszty, i zabudowano częściowo lewą burtę (tak mniej więcej do połowy śródokręcia) i one się nazywały typ „Mewa”. „Mewa” była pierwszym zmodernizowanym. To nie były nadzwyczajne jednostki; myśmy pływali w załogach zmniejszonych, bo na Północnym [Morzu] to one miały 16-17 osób załogi, a myśmy tu pływali w jedenastu. Na Bałtyku, nie licząc [wód] przybrzeżnych, to przemysłowo łowi się trzy gatunki ryby: dorsz, śledzie i szproty. Dorsza i szproty zimą, a od mniej więcej końca czerwca do września głównie się łowi śledzie.

MB: Długo pan pływa? Jak część pańskiego życia…

M: W sumie przeszło dwadzieścia lat.

MB: Kawał czasu.

M: Kawał czasu. Rejsy – jeżeli mówimy o Bałtyku – najwięcej pływałem, jak już odszedłem z „Gryfu”, kiedy się ożeniłem, pływałem w „Szkunerze” w Władysławowie. Państwowe Przedsiębiorstwo Morskie „Szkuner”, przedsiębiorstwo połowów i usług rybackich. Tamto [„Gryf”] to było przedsiębiorstwo połowów dalekomorskich. Takich było kilka, bo był „Szkuner” w Władysławowie, „Koba” na Helu, „Kuter” w Darłowie… – jeszcze było coś w Świnoujściu i w Kołobrzegu. Oprócz tego były spółdzielnie rybackie. Myśmy („Szkuner”) pływali w tzw. ka-efkach, tzw. szyper-kutry, miały 24 m. długości, załogę na Bałtyku 8 osób standardową, 9 osób jeżeli chodzi o [Morze] Północne. Rejs na dorsza trwał około czterech dni, na szprota i śledzia – dwa dni. To było związane z tym, że myśmy rybę trzymali w lodzie. I myśmy w tym czasie musieli się zjawić, żeby nie straciła klasy i nadawała się do konsumpcji.

Na dorszu to jeszcze trzeba było wyłowić, wypatroszyć i odłowić.

MB: Na bieżąco.

M: Na bieżąco. Zimą się jeszcze brało osobno po 20 kilogramów na skrzynkę ikrę i wątrobę dorsza.

MB: Jak wyglądał taki dzień pracy w czasie rejsu?

M: Na dorsza: wyszliśmy w morze nad ranem, weszliśmy na łowisko. Na sterze jechał jeden – może ja zacznę od tego, jaki był skład załogi: szyper, tak zwany sternik albo drugi szyper, który był jego zastępcą. Rybak, starszy rybak i młodszy rybak na pokładzie, kucharz, motorzysta i mechanik – ośmiu ludzi. Z tym że do ryby bezpośrednio – do wyrzucania sieci to wszyscy szli poza mechanikiem i szyprem. Szyper był na sterówce i manewrował jednostką, a mechanik obsługiwał maszynę, i wykonywał wszystko to, co mu telegrafem przekazywał szyper. Cała naprzód, mała wstecz naprzód! Pozostali, wraz z kucharzem, byli na pokładzie i wyciągali siatkę. Wyszliśmy na łowisko (a posługiwaliśmy się głównie echo-sondą – później mieliśmy inny system, paraboliczny). Nie będę opisywał, bo to nie jest istotne (nawigacja). Dokładna nawigacja była o tyle istotna w rybackich statkach, że często były wraki na dole, które nie były niebezpieczne dla żeglugi, ale bardzo łatwo było można siatkę podrzeć. I jeżeli ktoś trafił na coś, to podawał dane – i staraliśmy się nanieść je, żeby uważać. Jak zaczynałem jako asystent to często wieczorem dostawałem od kapitana listę 70 czy 80 punktów i siedziałem parę godzin w nocy, nanosiłem to na mapę. Wyrzucamy sieci, kuter zaczyna wlec. Wyciągamy znak trałowy (kształt klepsydr złączonych czubkami). Zgodnie z prawem drogi na morzu jednostka zajęta połowem ma prawo drogi, ze względu na mniejszą manewrowość. Niektórzy [to] honorują, niektórzy nie. Kiedyś Holendrzy zatopili jakiś kuter, który miał trzykrotne prawo drogi.

MB: Polski?

M: Tak. Łowimy włokiem, więc wyrzucamy na dorsza włok, załoga idzie na śniadanie, na sterze szyper albo drugi szyper, mechanik właśnie, a reszta idzie spać wcześnie rano. Następnie wybieramy siatkę. Wyciągamy, wysypujemy na pokład ryby, wypuszczamy siatkę znowu i bierzemy się za patroszenie ryby. Ryba idzie do ładowni, w ładowni rybak z młodszym rybakiem wkładają ją do skrzyni (po 35 czy po 40 kg – to zależy, czy duży dorsz, czy mały). Później jest czas, żeby znowu siatkę wyjąć, wywalić wszystko, zjeść szybko obiad, zrobić drugą rybę. Po obiedzie, po zrobieniu wszystkiego zaraz – trzeci raz.

MB: Czyli taka praca na okrągło?

M: Na okrągło; zależy od długości dnia. Nieraz jeszcze [się] i czwarty raz robiło. Potem kolacja, potem trochę posiedzieliśmy – był telewizor na kutrze, trochę pograli w karty (jeśli byli karciarze), czy ktoś tam książkę czytał, czy spał, pogadali. [Potem] spać, na zmianę jeden przy kotwicy, czy tam kilku ludzi na wachcie, no i rano to samo. No i jeszcze rano przez radio się łapało, gdzie kto co złapał. W razie czego zmieniało się łowisko.

MB: Aha, żeby w tym samym miejscu dwa razy nie łowić?

M: Nie. Jeżeli była ryba, to dobrze. Ale jak ktoś miał w innym akwenie więcej, a u nas było niezbyt ciekawie, to myśmy się tam przenosili.

MB: Aha, czyli taka można powiedzieć współpraca?

M: Codziennie serwis się podawało, swoje miejsce, ile złowiło się ryb – dwa razy dziennie. Także będąc na nasłuchu się wiedziało, gdzie kto złapał, czy siatkę podarł, czy coś innego. Łowiska żeśmy znali, tylko była tu kwestia, czy się ryba pokazuje czy się nie pokazuje. W ten sposób (włoką) łowiło się dorsza, natomiast szprota, śledzia łowi się tłuką. To jest rodzaj włoka, [to] idzie w toni (to znaczy może iść przy samym dnie, ale nie zwleczona; inna budowa siatki) i – ciągną to dwa kutry. W ten sposób, że jeden kuter wyrzuca sieć, drugi podchodzi, za końcówki przypinają, razem ciągniemy. Następnie drudzy podpływają, przerzucają znowu te – końcówki, i się je wciąga, wysypujemy. Wcześniej oni wyrzucają swoją tłukę. my podpływamy i tak na zmianę.

MB: Panie Marianie, proszę opisać stosunki koleżeńskie? Jak się społecznie funkcjonuje na takich jednostkach?

M: Bez skrupułów z kutra [jak] sąsiedni kuterek zobaczył, to zwinęli łopatę, jakiś sprzęt, młot, łom czy coś. Bez żadnego tego…

MB: Z innego kutra?

M: Tak. To robiło się bez skrupułów zupełnie. Koledzy mogli panu ukraść nóż, rybę, którą pan sobie odłożył do domu czy coś takiego. Natomiast pan chciał pożyczyć pieniądze: Słuchaj, tam po lewej stronie jest skafander – to weź, ile tam potrzebujesz.

MB: Paradoksalne.

M: Owszem, byli i złodzieje, ale na przykład ściągnąć komuś rękawice robocze, nóż, czy część ekwipunku, to nikt się nawet nie zastanawiał. Z drugiej strony, jak ktoś chciał pożyczyć 50 czy 20 złotych na piwo z marynarki w której było 200 czy 300 i nie było wypadku, prawie nie było wypadku, żeby komuś zginęły pieniądze w jakichś takich niejasnych okolicznościach. Ale nie było wypadku, żeby ten [ktoś] wziął więcej pieniędzy czy coś takiego.

MB: Taka uczciwość była…

M: Zwinąć komuś rybę odłożoną to była rzecz naturalna.

MB: To ciekawe. A jak ludzie współżyli ze sobą?

M: Istotną sprawą był kucharz – jedzenie, wiadomo, bo to jedna z niewielu rozrywek. Dobry kucharz, który potrafił swoją pracą wyrobić – na przykład jakiś pasztet zrobił, w galarecie rybę, czy rybę po grecku, czy jakieś tam mięso z jakichś resztek. I zaoszczędzić (bo była jakaś suma), zaoszczędzić pieniądze, puszki, żebyśmy jeszcze jakieś puszki z Baltony do domu wzięli. Był Truciciel (brudas taki). Był Anglik (który z dobrych produktów mógł zrobić niesmaczne jedzenie). Był Kowal, któremu się ciągle coś przypalało, taki okopcony tam latał. To były typy …

MB: Kuchnia najistotniejsza?

M: Kucharz miał paskudną robotę. Miał part najniższy, tak jak najmłodszy rybak (dochód był taki – była stała pensja, niewysoka i part, czyli procent od wartości złowionej ryby). I to w zależności od stanowiska – od szypra, najniższe mieli młodszy rybak i kucharz. Solidarność była, wystąpiliśmy, żeby podwyższyć part. Żeby nawet jakieś setne z naszego partu dać i żeby im więcej. Bo tak: musiał być przy rybie (też przy wyciąganiu sieci), przy porządkowaniu ryby, poza tym przygotować posiłki, umyć i jeszcze w porcie szybko załatwić pobranie prowiantu i inne rzeczy, jak inni już jechali do domu. Przy wyładunku był również, pomagał w windzie, haki, którymi się zahaczało – młodszy rybak i rybak w ładowni, starszy rybak i najczęściej kucharz na pokładzie i oni wypychali te skrzynki na brzeg.

MB: Panie Marianie, jakieś konflikty się zdarzały?

M: Tak. Zdarzały się (tylko mówię [konkretnie] o Władysławowie). Jeżeli załoga była z Jastarni i był tam jeden między nimi inny, to było ciężkie życie. To były nawet bardzo nieprzyjemne sprawy. Pamiętam taką historię (ja nie pływałem z nimi akurat, tylko słyszałem, bo rozplotkowane bractwo strasznie, myśmy jeździli wszyscy jednymi pociągami, więc…), że załoga była z Jastarni, tylko jeden chłopak… Oni się umówili, że idą w niedzielę, na dwudziestą czwartą wychodzą, w sobotę rano, cała załoga się po cichu za nim [bez jego wiedzy] umówiła i przyszła w sobotę i zgłosili, że on się nie stawił na burtę. To była bardzo poważna sprawa, bo za to mogła być nawet dyscyplinarka, nagana i tak dalej. Traf chciał, że byli awaryjni, którzy sprawdzali radar (czy coś innego) i oni to słyszeli. I on się mógł powołać na nich. Dyrekcja machnęła ręką. Oni nawet inaczej mówią ze sobą! Np. na Półwyspie mówią na wiadro petz, a we Władysławowie – wembork. We Władysławowie na zapałki mówią szrebulce, a na Półwyspie mówią knybeci. Słowa są inne.

MB: A dużo Kaszubów było w tych załogach?

M: Prawie tylko. Do tego stopnia, ja może nie mówię po kaszubsku, jak oni rozmawiają, to rozumiem bardzo dobrze, a jak trzeba, to powiem. Jak byłem na historii, profesor Porzeczkowski kazał czytać teksty kaszubskie, najpierw o nazwiskach: Labuda, Celin… Było fajnie, się siedziało na kotwicy, słuchało… Był taki Alfred, był w Africa Corps i dostał się do niewoli. Potem zgłosił się do Wojska Polskiego i był w dywizji Maczka. Miał papiery jakiegoś urodzonego we Lwowie (musiał się nauczyć, jaka parafia), że ma jedną siostrę. A listy, które do niego przychodziły przez Czerwony Krzyż (bo on był oficjalnie w łagrze jenieckim), musiał przy oficerze informacji albo dowódcy kompanii przeczytać i zniszczyć. Żeby przy nim nie było, jak by wpadł w ręce Niemców, zostałby rozwalony. Był taki, nie pamiętam, jak on się [nazywał] w armii Andersa; jak Sikhowie wykończyli Indirę Gandhi, to powiedział, że słusznie. Miał wielką sympatię i szacunek dla Sikhów; gdy był we Włoszech ich jednostka była równolegle z jakąś sikhijską jednostką. Mówił, że byli tak uczciwi, uczynni i sympatyczni ludzie, że jak babę trzasnęli, to musieli mieć rację. U tego człowieka tak zostali w pamięci.

MB: Filozoficzne pytanie: jaki morze ma wpływ na człowieka?

M: Z jednej strony jest coś takiego, jak odkładanie: „jestem na lądzie, to po rejsie się tym zajmę”. Nieważne, czy ten rejs będzie trwał 100 dni – po rejsie. Z kolei, przychodziliśmy do portu, się dziwiliśmy, że nikogo nie ma, godzina pierwsza po północy, a tam nikogo nie ma [i nie można] nic załatwić. Człowiek żył na okrągło i inaczej do tego podchodził.

MB: A to praca była cztery dni w morzu?

M: Nie, zdarzało się, że 18 i 20 dni, że myśmy przychodzili do portu, wyładunek, brali zaopatrzenie i szli z powrotem w morze zaraz. Jak ryba szła, a nam pasowało, żeby na jakąś tam niedzielę sobie zrobić wolne (a prowiant miał być dopiero następnego dnia rano), żeby to nam nie kolidowało, to myśmy, za zgodą załogi, szli i jedli marynarską zupę na trzy posiłki. To był dorsz gotowany z warzywami, okraszony wątrobą i do tego trochę ziemniaków gotowanych. Jak człowiek to trzy dni pod rząd jadł, po trzy razy dziennie… (a tym bardziej, że ja ryb nie bardzo lubię, poza smażonym dorszem. W domu lubią ryby – ja im przygotuję, a oni zjadają).

MB: Kiedyś pan mówił o przesądach.

M: Bardzo różne, niektórych nabrali od Holendrów. Że mało co się szoruje pokład przed zakończeniem łowiska (to był holenderski przesąd), bo to wypłasza rybę i słabe połowy będą.

MB: Jak się umyje pokład, tak?

M: Zwłaszcza, jak się go szoruje szczotką. To zmiata rybę. Poszczególne kutry miały swoje indywidualne (np. z kutra166: starali się nie wychodzić nigdy w sobotę), z kutra138: jak była kura na obiad, to zawsze był sztorm). Kiedyś miałem z powodu przesądów z WOP-istami zatarg. Myśmy wychodzili, kto był miejscowy, to zdążył do domu wyskoczyć, rybę zaniósł. Ja byłem z Gdyni, więc musiałem mieć kilka godzin w obie strony (bo przesiadki były w Redzie), żeby do domu wskoczyć, więc często rezygnowałem. Zwrócili mi uwagę, że jestem zarośnięty, a na zdjęciu jestem ogolony (już 16-17 dni się nie goliłem). Oni nie byli za mądrzy, powiedzieli, że mnie nie wypuszczą, powiedziałem: „proszę bardzo”. Mnie wstrzymali aż się ogolę.

MB: A dobrze się zarabiało wtedy?

M: Tak, dość dobrze zarabiałem. Najlepsze zarobki były zimą, w sezonie dorszowym. Łowienie szprota szło dość szybko, do portu – wyładunek, dobrać lodu, prowiantu i z powrotem, póki jest. Zdarzało się wpłynąć w [taką] ławicę, że worki się obrywały. Kiedyś wracaliśmy w sztormie, poszedłem do ładowni (rybak sobie rękę pokaleczył, więc ja układałem za niego). Nagle – woda się polała. „Marian, wychodź – już nie ma ryby”. Fala nas uderzyła i spłukała całą rybę za burtę. Szproty. Myśmy pływali wtedy na 24-metrowych kutrach, drewnianych i metalowych, z silnikiem Volunta (duński, świetny). On był zbudowany tak, powiedzmy, że pan stojąc przy nadbrzeżu mógł go nogą rozbujać. Ale wywrócić [ciężko] – on był dobrze wybalastowany. Tu jeszcze poniektóre w Gdyni takie stoją, na nich są smażalnie czy coś takiego. Musiał być chłodzony wodą słodką. Potem zaczęli budować te kutry – z Ustki braliśmy – do połowów z rufy. Początkowo na tych wszystkich burtowych kutrach ręcznie się wyciągało sieci. Później założono windy trałowe – takie kołowroty, które najpierw liny trałowe nawijało, a później całą windę aż do worka i worek tylko się podciągało.

MB: Wspomniał pan kwestię bezpieczeństwa. Czy wypadki się często zdarzały?

M: Jeżeli chodzi o wypadki poważne – częste nie, ale się zdarzały.

MB: Powiedział pan ciekawą rzecz o Kaszubach-najemnikach… Spółdzielnia.

M: Na prywatnych kutrach były resztki tej – powiedzmy – marszoperi. Marszoperia to było zrzeszenie, spółka. To było zwłaszcza na Półwyspie, gdzie każdy wnosił, musiał kupić czy zrobić – kawałek sieci. Worek był z bardzo dużą ilością długich skrzydeł i dziewięciu czy tam dwunastu musieli ten cały worek zrobić i każdy wnosił część tej sieci. I dzielone było pomiędzy nich (jakąś tam działkę miały również wdowy po byłych członkach maszoperi [żywcem wyjęte z pism Abramowskiego – spółdzielnie, które zrzeszonym oferowały określone świadczenia – w tym właśnie rentę dla wdów czy sierot] – bo np. dostawała działkę matka mojego kolegi. Ona przychodziła jak oni wyciągali – tylko nie wolno jej było przyjść na brzeg zanim nie wyciągnęli sieci – bo jak kobieta przychodziła z pustym koszem na brzeg, zanim sieci nie wyciągnęli – to przynosiło nieszczęście. Dostawał swoją działkę również proboszcz, nauczyciel [i] chyba organista. To były połówki – ryby tam właśnie na Półwyspie dzielili na mendle, ale mendel rybacki – i on nie 15 sztuk, a 16. Bo łatwiej było podzielić [16] na części. No i taką pozostałością było, że na kutrach oni partycypowali w datkach na paliwo i w niektórych wydatkach, były potrącane z ich partum, a myśmy pracowali w przedsiębiorstwie państwowym (nie potrącali nam niczego), dlatego oni o nas mówili „wy najemnicy”. Oni uważali się za współtowarzyszy szypra, a myśmy byli najemnikami.

MB: Wracając do wypadków.

M: Wypadki na morzu. Wypadki w drodze do portu. Wypadki w porcie. Większość (ale nie wszystkie) to była nieuwaga. Nie zawsze. Były wypadki nieszczęśliwe, często nieprzestrzeganie przepisów BHP. Było parę podejrzeń, że ktoś uległ wypadkowi, żeby dostać parę groszy. Takich ludzi starano się wystrzegać i mieć ich na oku. Były też wypadki po wódce, to już wiadomo. Po pijanemu wpadł między kutry, pamiętam jednego wyciągali to jeszcze zegarek chodził na ręce. Kilka było takich wypadków: kogoś w drodze do portu zabił pociąg. Jurek zginął: podawali tłukę, jeden koniec do drugiego, i on wpadł między kutry i go uderzyło. W kilka godzin potem zmarł. Zdarzało się, że wyciągaliśmy, jeden wypadek taki znam. Czasem jakieś niewypały. Darłowski kuter wyciągnął i tam na rufie zabiło mechanika. Był nakaz, że jak wyciągnie się minę, torpedę czy coś takiego, należy rzucić kotwicę i czekać, aż zjawi się jednostka Marynarki Wojennej. Raz kolega to zrobił, sztorm się wzmagał, a ci dopiero po dwóch dniach przypłynęli, a on tkwił na kotwicy. Więc efekt był taki, że jak się złapało coś, to się unieruchamiało to na pokładzie, [i] jak się przepływało w jakichś kamieniach (tzw. „Himalaje”), szpice wyrysowane na echo-sądzie jak brzeg się podnosił – to się tam wyrzucało, bo tam nikt nie łowił. Na Bałtyku jest kilka wysypisk amunicji, one są zaznaczone na mapie. Tam nie powinno się łowić. Nie zawsze wiedział o tym nawigator i tam zbłądzili. Kuter z Władysławowa – wyciągnęli resztki iperytu i tam było dwóch poparzonych. Wszyscy byli zadowoleni: Marynarka Wojenna przyjechała i obstawiła, „prawdziwy iperyt”. Namioty, badania. [Poparzeni] wyszli z tego. Wydawano takie książki, gdzie były orzeczenia Izb Morskich i opisy wypadków. I tam spotkałem się z tym, że ktoś już wcześniej z iperytem miał do czynienia.

MB: I to wszystko jest niemieckie, z czasów II Wojny?

M: To mogło być i nasze, zamiast zniszczone kazali wziąć i wyrzucić (kiedyś robiono bardzo niefrasobliwie, te wysypiska amunicji). Po zewnętrznej stronie Półwyspu Helskiego leży łódź podwodna; kiedyś ją pokazywali w telewizji – była dosłownie obwieszona spodnimi częściami włóków rybackich. Z ciekawszych rzeczy, to dwa czy trzy razy widziałem wyciągnięte kotwice – pierwsza połowa XIX w., może XVIII, może XVII. Starego typu, cienkie, mocne, długie, tzw. typ admiralicji. W muzeum Marynarki Wojennej na wierzchu są wystawione.

MB: Kojarzę, tak. A pamięta pan może jakieś historie – dziwne, nietypowe, zaskakujące – które się wiążą z Bałtykiem?

M: Sam miałem jedną, byłem wtedy na kulikach. Do dziś dnia ja jej nie potrafię wytłumaczyć. Mianowicie wychodziłem na pokład w sztormie i zarzuciło. Byłem na pokładzie i złapałem się tu (niech pan spojrzy, gdzie moja ręka jest). W pewnym momencie hak pękł i drzwi się zamknęły na mojej ręce (wszyscy widzieli). I miałem tylko ciut odciśnięte – ja nie potrafię wytłumaczyć tego wydarzenia, a widziało to sześć osób i uważali, że jak zejdziemy z pokładu nie będę miał czterech palców. Gdy włożyli patyk, deseczkę taką szerokości mojej dłoni to zostało to zmiażdżone. To jest wypadek paranormalny, ja go nie potrafię wytłumaczyć. Czułem ucisk (nie bolesny, tylko że przycisnęło). Nie potrafię tego wytłumaczyć.

MB: Pamięta pan jeszcze jakieś historie, które wydarzyły się w czasie rejsu?

M: Raczej były krótkie rejsy. Zdarzyło się kiedyś, że zatonął kuter [i] podano omyłkowo numer mojego kutra. Żona myślała, że jest już po wszystkim, [ale] zadzwoniła jeszcze na spokojnie do radiostacji. Tamci przyznali, że zrobili tzw. czeski błąd, że oni nie mieli ze mną bezpośredniego kontaktu. Ja byłem szyprem wtedy, ponieważ miałem uszkodzoną radiostację i tylko przez UKF-kę z kolegą ze sztormu schodziliśmy. Podawałem mu przewidywany czas przyjścia do portu.

MB: I ilość ryby, tak?

M: Tak, ile ze sobą wiozę. Zatonął wtedy prywatny kuter Skoczów. Ci, którzy płynęli, widzieli jeszcze czterech ludzi (dwóch było na dziobie w kubryku, zostało po prostu, nie wyszło). Do jednego dopłynęli, a pozostałych trzech zginęło. To była końcówka kwietnia; ciężkie sztormy to były jesienią.

MB: Jaki to [poprzednia historia] wpływ na pana żonę miało?

M: Wpływ miało taki, że ja przestałem wkrótce potem pływać. Tym bardziej, że ja widziałem jak powoli ubywa moich kolegów ze szkoły. Taki Andrzejek, bardzo sympatyczny, wpadł do nas kiedyś do domu (on w Szczecinie pływał, był mechanikiem) i mówi, że dostał dobry angaż i na to konto szampana mieliśmy wypić, ale ponieważ on miał jechać do Szczecina, odmówiliśmy (będzie spał w pociągu i jeszcze go okradną). I jedne zwłoki, które rozpoznali, to był starszy mechanik, właśnie Andrzej. Popalony, ale w kwasie była książeczka żeglarska, właśnie po tym go rozpoznali.

MB: To była słynna sprawa, ja pamiętam, tam był też kolega mojego taty. Jaki wpływ ma praca na morzu na rodzinę?

M: Kiedy już miałem rodzinę, to pływałem na kutrach. To było inaczej, bo w miesiącu to 2-3 razy w domu byłem. To inaczej niż rybacy dalekomorscy, gdzie nam się zdarzało pójść na 180-dniowy rejs i jeszcze o 100 dni nam przedłużyli. To był rok prawie. Ja byłem kawalerem, dziewczyna, z którą wtedy chodziłem, wyszła w międzyczasie za mąż. Na pewno przeżyłem, ale po tych 180 dniach to już tak człowiek trochę zdziczał. Byli ludzie, którzy stawali się bardzo nerwowi. Byli i w drugą stronę – stawali się zupełnie spokojni. Znałem mechanika, bardzo spokojnego. Przyjechał z rejsu, z morza przyszedł i zobaczył żonę z gachem w łóżku. Dostał zawału. Wzięli go do szpitala, jakoś go tam odratowali, żona przyszła z kwiatkami. Ją zobaczył, dostał drugiego zawału. Poszedł na rentę, tak to przeżył. Pływałem z takim kapitanem Tadziem. Bardzo opanowany człowiek, bardzo dobry nawigator i rybak. Pływałem z nim w ostatnich tygodniach przed przejściem na emeryturę. Był kłębkiem nerwów.

MB: Przesąd?

M: On się bał – przez całą swoją karierę jako dowódca nie miał żadnego poważnego wypadku. On się bał, że coś się stanie – człowiek zostanie okaleczony, i nawet, jeżeli on nie będzie za to bezpośrednio odpowiedzialny, będzie się czuł się jakoś: „a może gdybym..”. Ja miałem jeden wypadek (nie byłem dowódcą jednostki): przyszedł podpity motorzysta i mu wkręciło rękę (tam, gdzie się linkę (jak głowica idzie, tam się linkę odkłada). Ponieważ nie stawił się również rybak, poszedłem do ładowni, żeby pomóc kucharzowi [oporządzić ryby].

MB: Wróćmy do tego, jaki wpływ miało to wszystko na pana rodzinę, tego typu praca?

M: Decyzje w większości wypadków należały do żony, bo mnie nie było. Więc ja dostarczałem pieniędzy, żona wydawała. Jej praca zawodowa również na tym cierpiała, bo było dziecko. Trzeba było zostawiać dziecko u koleżanek, gdy jeździła w delegacje. Córka była w tym wieku, że myślała, że to wszystko są ciocie. Natomiast, kiedy ja byłem na lądzie, to uważała, że ja jestem na lądzie wyłącznie po to, żeby się nią zajmować, byo żona miała trochę spokoju.

MB: Przynoszenie świeżych ryb – nie było z tym problemu?

M: Ryby przynosili wszyscy. To, co zabierali rybacy, to nikt nie krzywdził przedsiębiorstwa w tym sensie, że to były ryby zabierane przed zważeniem; to było z pokładu wzięte, wybrane.

MB: Czy uważa Pan, że życie rybaka jest ciężkie?

M: Ciężko było, zwłaszcza, jak byliśmy na dorszu. Zdarzało się wtedy ręcznie patroszyć dobę i dwie doby też, łącznie ze składaniem. Temperatura 2-3 stopnie czy nawet minus i patroszyć te ryby. Rybak w pierwszej godzinie, jak był zaprawiony już, to patroszył około sześciu skrzynek. Około 230-240 kg [przez] pierwsze cztery godziny. Później mniej. Przy innych rybach to zasypywało się tylko skrzynki lodem, to była innego typu praca. Nieraz były wypadki, bo dorsz musiał być odgławiany. Nożem się odgławiało, tasakiem, czasami gilotyną czy maszynką elektryczną (przypominającą tę od krojenia chleba). I tu parę wypadków było, że ludzie tracili kciuki ze zmęczenia.

MB: A co się dzieje współcześnie?

M: Nie mam kontaktu. Te przedsiębiorstwa prawie wszystkie upadły, a to były przecież duże przedsiębiorstwa. [Teraz] jest paru prywatnych rybaków, są limity różne, słuszne czy niesłuszne. Z tego, co widziałem (protesty rybaków w telewizji), przyznawałem im rację. (Opowiada o kotach trzymanych w porcie, ponieważ czyściły sieci z pozostałych kawałków ryby skuteczniej niż człowiek.)

MB: Czy pan zna tych rybaków łowiących obecnie w Gdyni?

M: Nie, ja tylko tu, we Władysławowie. Ale większość z tych ludzi to już poszła na emerytury albo nie żyje. [opowiada o zmieniającej się wysokości zarobków w zależności od pory roku – najgorsze były zimowe miesiące z powodu sztormów]. W Holandii [nigdy] rybaków na stałe (może poza szyprami) nie angażowano, tylko oni wychodzili w morze – powiedzmy – zimą, sezon się kończył gdzieś tam przy końcu kwietnia. I [koniec, aż do] nowego zaciągu. Ja starałem się tak robić, by się nie pchać w jakiś sztorm specjalnie…

MB: A Pan był szyprem?

M: Później też. Raczej na zastępstwie, ja nie miałem własnej jednostki. Miałbym później, tylko już się skończyło moje pływanie.

MB: Mówi Pan o tych szyprach, że w burzę idą?

M: Grek chciał się zasłużyć,

MB: I nie wracać z pustymi rękami, tak?

M: [Tak.] Pokazać, że on jest lepszy. Darli siatki w ten sposób [trudne warunki / teren połowów uszkadzało sieci]. A naprawić siatkę w takich warunkach było trudno. Ja jestem dosyć odporny na tego typu rzeczy (życie skoszarowane itd.), zaczęło się jeszcze w szkole średniej, gdy jeździłem na obozy przysposobienia wojskowego. Tam się nauczyłem więcej niż później w wojsku. Uczyli nas ludzie, którzy byli pod Monte Cassino czy w Samoobronach Wołyńskich. Oni nas dużo nauczyli, im chodziło o takie praktyczne podejście – dzięki temu we wszystkich takich skoszarowanych rzeczach się zawsze dobrze czułem, a przynajmniej nigdy mi się krzywda nie działa.

MB: A ta zmiana pracy to z powodu tego wypadku?

M: Żona już miała dosyć; żona się bała. Wypadki były, mnie omijały, ale to się bała, że któryś raz nie ominie. Druga sprawa: w drugiej połowie lat osiemdziesiątych bardzo spadły zarobki. Przestano niektóre przetwory (choćby szproty) produkować, a ceny były takie, że dostawaliśmy 1/5 czy 1/6. Inflacja. Rozmawiałem ze Szwedami, z Niemcami i Ruskimi, to mniej-więcej wychodziło nam, że pensja rybaka jest równa trzem pensjom wykwalifikowanego robotnika na lądzie. Czy u Niemców, czy u nas. Bo rybołówstwo jako takie jest deficytowe, zyskowne jest przetwórstwo. Ale bez rybołówstwa nie ma przetwórstwa. Nas tutaj coraz bardziej rąbali, myśmy uciekali, gdzie się dało. Na kontrakty (ale do tego potrzeba było znajomości), za granicę. Mi to nie przeszkadzało, długi rejs czy krótki, ale żona nie chciała o tym słyszeć.

Olaf (marynarz)

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
24.12.2011

Gdańsk-Przymorze. Wywiad odbywa się w mieszkaniu Olafa, który kilka lat temu rozpoczął swoją przygodę z morzem.

MB: Zacznijmy od tego, z czym ci się kojarzy i jaką rolę odegrało w twoim życiu Morze Bałtyckie?

O: Z zapachem dzieciństwa; z rybami, które babcie zawsze kupowały. W mojej rodzinie było wielu marynarzy – część z nich pływała na kontrakty, ale i tak zaczynali na Bałtyku. Jako dziecko mieszkałem na Kamiennej Górze, więc to morze zawsze widziałem z okna. Później, gdy mieszkałem na Witominie, miałem ten sam widok, więc był to ciągły kontakt wzrokowy. Jesienne spacery nad morzem, łabędzie, sztormy… Poza tym, Bałtyk nierozerwalnie kojarzy mi się z Gdynią, Gdańskiem, Trójmiastem i całym naszym Wybrzeżem. Każdy, kto mieszka tutaj u nas na Wybrzeżu (czy jest przyjezdny, czy się tu urodził), nie może się odciąć od tego morza. Dla nas to jest niezbędne środowisko do życia. To można poznać, kiedy jedziesz gdzieś w głąb kraju i odkrywasz suchy wiatr. Wiatr, który jest zupełnie inny niż nad morzem, gdzie jest wilgotno i zawsze zimno. Bałtyk się [też] kojarzy z życiem, to przede wszystkim życie. Jest parę pięknych miejsc na naszym Wybrzeżu – chociażby klify trójmiejskie czy w Rozewiu, pseudo-rafa przy Kępie Redłowskiej (obecnie tam jest rezerwat, co jest śmieszne, bo kilkaset metrów stamtąd jest przecież ujście ścieku. Na pewno Morze [Bałtyckie] jest nietypowe – nie tylko klimat, ale też pod względem geograficznym. Oraz – jakby to powiedzieć? – fizyko-chemicznym: jest to morze słodkie. Brzmi to absurdalnie, ale słona woda występuje tak naprawdę tylko w cieśninach duńskich. Tutaj jest prawie słodka. Łowisz w Zatoce Gdańskiej ryby, które normalnie występują w jeziorach i rzekach, co się na innych morzach nie zdarza! To także transport; dużo wraków pozostało w Zatoce Gdańskiej (pozostały po burzliwych dziejach).

MB: Poruszyłeś tu parę wątków… Mówiłeś, że kojarzy się z Gdańskiem, Gdynią. Jaki wpływ ma morze na mieszkańców?

O: To można było zauważyć za komuny. Trójmiasto, Szczecin (co prawda, w tym ostatnim nie bywałem jako dziecko, za komuny). Porty powodowały, że te miasta były bogatsze w towary deficytowe. Po drugie, zauważało się większą różnorodność kulturową. To brzmi paradoksalnie, ale właśnie wydaje mi się, że dzisiaj nasze Trójmiasto jest o wiele bardziej homogeniczne kulturowo, niż było wtedy, kiedy byliśmy w zasadzie krajem zamkniętym na świat. Widok kolorowego (czy jakiegokolwiek innego) marynarza, mówiącego w obcym języku, powodował szok. U mnie w domu jak zagraniczny statek wpływał do portu, to się szło całą rodziną ten statek obejrzeć. Nieważne, czy byli to Rosjanie, Niemcy czy Duńczycy, ważne było, że przypływały statki. Jeszcze pamiętam czasy, gdy gdańska i gdyńska reda była zapchana statkami. Dzisiaj to jest nie do wyobrażenia (może gdańska jest zapchana od czasu do czasu), ale kiedyś na redzie w Gdyni stało po 15-20 statków – i nie stało na tej redzie 1-2 dni, tylko 2-3 tygodnie. [Wtedy] się wydawało, że miasto schodziło w morze, tak jak morze wchodziło do miasta. Także ten związek tutaj cały czas istniał. Gdy się mieszkało w tych najbliższych względem morza dzielnicach, w mgliste dni można było słyszeć buczki mgłowe.

MB: Co takiego?

O: Sygnał dźwiękowy, nadawany przez automatyczne latarnie [naśladuje dźwięk]. To się czuło. W Gdyni Stoczni. Będąc w parku na Kamiennej Górze na stocznię był czysty przestrzał – niczym nieograniczona przestrzeń, także za dnia – w nocy, gdy stocznia pracowała, ten hałas dochodził. Czasem była taka cisza w mieście – i w trakcie bezwietrznej pogody, albo wiatr wiejący z północy – przynosił dźwięki np. sypania drobnicy na statki – ten charakterystyczny szum sypanych ziaren. To było niesamowite. Z kolei na Witominie (daleko od portu) też dochodziły przy odpowiedniej pogodzie dźwięki z portu. Morze cały czas było przy nas. Większość ludzi, których znam – czy to przyjezdni, czy urodzeni nad morzem – nie wyobrażają sobie życia w terenie, gdzie tego morza by nie było. Znam ludzi, którzy z gór przyjechali tutaj – na studia – i tęsknią za tymi górami (tu się osiedlili), ale kiedy wyjeżdżają do siebie, do Zakopca, to wytrzymują dwa, trzy tygodnie (i to poza sezonem) i wracają, bo morze już w nich weszło. Brakuje im tego wiatru wilgotnego, tego szumu. Góry są piękne itd., a oni już tak jakby przesiąkli morską wilgocią. Z tym mi się morze kojarzy. Z pięknym Oceanarium. Niesamowite jest to, że w Sopocie, w miejscu, w którym znajduje się to zakonserwowane grodzisko są pozostałości klifu sprzed 10 000 lat – [okresu] zanim Bałtyk stał się morzem, bo wtedy był jeszcze jeziorem. Przede wszystkim zasilają go gatunki obce nie tylko dla naszego morza, ale też [obce] dla naszego klimatu. Naszą Zatokę zasiliły krewetki śródziemnomorskie, przywiezione w statkach… Skąposzczety czy wieloszczety (bezkręgowce osiadłe), które też nie są normalne w naszym klimacie – żyją tutaj. Bałtyk, a przynajmniej jego przybrzeżna część, wydają się bardzo przyjazne dla różnych gatunków zwierząt. Ze szkodą dla gatunków miejscowych, ale jednak. Można to w jakimś sensie powiązać z naszą kulturą kosmopolityczną, bo jednak Gdańsk i Gdynia są miastami pełnymi ludności napływowej. To nie są czyste Kaszuby, jak Hel, Rozewie czy Jastarnia. Ludzie są bardziej otwarci (bardziej w Gdyni niż w Gdańsku. Gdynia jest bardziej tolerancyjna i towarzyska niż Gdańsk). Może to dlatego, że w Gdańsku przewaga dzielnic robotniczych jest jednak. W Gdyni, z tego, co ja kojarzę, robotnicze dzielnice były tylko tam przy stoczni: Grabówek… Na przykład Witomino było tak wymieszane, że mieszkali ludzie z różnych środowisk. To powoduje, że ludzie inaczej na siebie patrzą, stykają się przez całe życie ze sobą. Rodzice mogą być konserwatywni, ale dzieci nie będą, bo kolegują się ze sobą. W Gdańsku, gdy patrzę na Żabiankę widzę, że jest to osiedle czysto robotnicze, mimo że jakieś przebitki ludzi z innych środowisk, to jednak patrząc na ludzi z pokolenia naszych rodziców, to jednak widać, że to było homogeniczne wręcz środowisko. Jak rozmawiam z niektórymi sąsiadami, to nieraz nie rozumiałem, co oni mówią – tak jak nieraz oni nie rozumieli, co ja mówię. A w Gdyni ta różnica jest niezauważalna, fajnie niweluje się. Nie deprecjonuję Gdańska na rzecz Gdyni. Przyznam, że są tam piękne miejsca – te miasta wyrosły z morza. Gdynia była wioską rybacką, Gdańsk z początku pewnie też, a potem wyrósł na duży port handlowy, hanzeatycki. Chociażby [właśnie] tradycja Hanzy powinna powodować w Gdańsku większą tolerancję, bo to był przecież związek wielokulturowy…

MB: Mówiłeś o burzliwej historii. Czy coś z tego pozostało w morzu?

O: Pomijam wraki okrętów… Pozostały chociażby tunele z Gdyńskich Babich Dołów do Jastarni (bądź Juraty) do testowania torped przez Kriegsmarine; wrak Solena – w naszym morzu. Ja nie pamiętam, czy on się Solen nazywał… Był to okręt armady szwedzkiej z bitwy pod Oliwą. Większość eksponatów XVII-wiecznych w Muzeum Morskim pochodzi właśnie z Solena – włącznie z czaszkami marynarzy (wraz z odtworzonymi przez antropologów twarzami). Na Helu leży [nieczytelne], więc postawiono na nim piec portowy. Po drodze z Rewy do Jastarni mija się wrak okrętu podwodnego, którego kiosk wystaje (jest to wrak powojenny, ćwiczebny). Miny. Pełno, nadal co jakiś czas się wyławia. Co jeszcze? Słynny Wilhelm Gustlof związany z Gdynią… Co prawda legendę trochę czarną zrobili jemu, to znaczy tym, którzy go zatopili. Faktem jest, że wypłynął z Gdyni. Gdynia była dla portem U-Botów; z gdańskiej stoczni wypłynął w swój pierwszy rejs Schleswig–Holstein (tu zbudowany okręt, który potem rozpoczął II Wojnę Światową). W 1945 r. w czasie bitwy o to, co teraz nazywamy Trójmiastem, morze dawało Niemcom niesamowite pole manewru. Zatoka Gdańska była pod ich władzą. Ruscy i Polacy w dupę dostawali od okrętów morskich, które robiły masakrę (z tego względu, że działa morskie mają większy zasięg niż lądowe). Z tego czasu zostało określenie „Twierdza Trójmiasto”. W Gdyni, nieopodal Osiedla Zielonego stało do 1990-któregoś r. stanowisko baterii (prawdopodobnie przeciwlotniczej) nieruszone. Dopiero, jak postawili wieżowce, to wtedy tą żelbetonową konstrukcję rozbili.

MB: Przejdźmy do wątku związanego z pracą na morzu: przesądy lub jakieś ciekawe historie?

O: Gwizdanie na pokładzie sprowadza sztorm. Pamiętam, że nie gasi się świeczki – „bo jeden marynarz ginie”. Co jeszcze pamiętam? Pamiętam, że dużo przesądów mi mój dziadek wnosił, ale powiem szczerze, że dziadka już nie słuchałem (już nie miałem siły go słuchać), więc tego nie pamiętam. Dziadek ze strony ojca był załogowym wśród rybaków w Górkach Wschodnich pod koniec lat 40-tych. Opowiadał, że właśnie element napływowy polski i Niemcy ze sobą pracowali. Niemcy, ci starzy Niemcy, którzy już nie mieli sensu iść do Reichu, bo ich ojczyzna była tutaj – oni się tu urodzili, wychowali i żyli od pokoleń – i oni się nie mieli po co. Dziadek opowiadał, że to byli najlepsi pracownicy, z jakimi się spotkał (zresztą dziadek się sam w Rzeszy urodził). Także ten fetysz pracy niemiecki miał, choć sam za pracą nie przepadał. Opowiadał, że miał problem z polskim elementem napływowym, ponieważ nasi liczyli, że będą od razu kapitanami tych łodzi, kutrów. A okazywało się, że zostawali co najwyżej pomocnikiem rybaka, bo są tłukami, nic nie umieją, muszą się włóczyć. Cięli sieci, zdarzało się pobicie szypra, wymyślanie go od hitlerowca. Dziadek opowiadał, że musiał interweniować, a potem miał z tego powodu problemy, bo parę razy go UB wzięło, się spytali, dlaczego hitlerowców broni, a dziadek odpowiadał, że nie broni hitlerowców, tylko Niemców, którzy tu mieszkają od pokoleń, i że może by się wzięli w końcu za tych gówniarzy, co niszczą sieci, a nie za kapitanów i normalnych pracowników, którzy zarabiają na siebie i na firmę. To taka najbardziej zapamiętana opowieść.

MB: Mówiłeś o swojej rodzinie… Opowiedz, jaki ma wpływ na rodzinę, taka praca związna z morzem?

O: Zależy od tego, jakim typem jest konkretny marynarz. W większości przypadków [praca] ma mniej lub bardziej destruktywny wpływ na rodzinę. Ojciec, który wypływa w morze na te dwa tygodnie, to nie ma problemu, jest ta regularność. Gorzej, gdy zdarza się dłuższy rejs – czasami nie kończy się zejściem na ląd, tylko chwyceniem następnej okazji, żeby zarobić kasę i skorzystaniem z niej. Po drugie, nieobecności w domu. Ojciec przypływa, chce zadbać o dom itd., być dobrym ojcem. Kończy się to wielkimi awanturami. Lub chce wrócić i wypocząć, a tu żona zasypuje go historiami. Moi dziadkowie, jak wracali z rejsu, jeden po prostu trzy dni siedział w fotelu i się nie odzywał (właśnie ten ze strony ojca), a ten ze strony matki próbował nadrobić stracony czas. Kończyło się wieczną awanturą z dzieciakami i ogólną demolką w domu, bo dziadek wszystko zaczynał naprawiać w domu i potem babcia musiała wzywać fachowców, żeby po dziadku poprawiali. Bo to jest tak, że jeżeli facet tylko pływał, a kobieta nie pracowała (nie musiała, bądź nie chciała, bo było wystarczająco dużo pieniędzy) to to było przykre, bo dzieciaki były cały czas pod kontrolą. Wrócił ojciec, nasłuchał się tyle, łeb mu urósł – kontrolę dalej naciskał. Rozpadały się też małżeństwa – znam po znajomych. Pan domu pływał, przywoził kasę, a żona rozpuszczała na kochanków. Ale to jest w pewnym sensie zrozumiałe, tylko szkoda, że te małżeństwa zazwyczaj nie kończyły się rozwodem – tam każdy miał swoje za uszami. Najczęściej było tak, że jeżeli dwie strony były wyrozumiałe (przez ten pierwszy okres bywało ciężko, ale później było OK) – w pewnym sensie napięcie łagodziło to, że wracający do domu marynarz miał wszystko podane na tacy. Odpoczywał sobie, przychodził jak pan domu, miał służbę, nie musiał zapierdalać, wszystkiego robić. Widział inne twarze… Najgorsze w pływaniu jest to, że widzi się ciągle te same twarze. Wtedy ma się dwa wyjścia: albo się na maksa socjalizujesz (a wtedy nie wytrzymasz na lądzie długo, bo tęsknisz za tymi ludźmi), albo stajesz się totalnym odludkiem, bo bardzo łatwo w takim małym środowisku o niesnaski, o tworzenie się jakichś klik itd. Ta sytuacja jest płynna, ale strasznie męcząca psychikę, np. moi dziadkowie stali się przez to odludkami (przynajmniej dziadek ze strony ojca. Miał tych swoich kumpli, rodzinę i to było wszystko. Go obcy nie interesowali). Drugi dziadek do ludzi zawsze lgnął, ale też za nimi nie przepadał aż tak, żeby ich masowo zapraszać do domu (moje babcie towarzyskie zawsze bardziej były). Patrząc po moich wujkach, po moich sąsiadach, których też miałem – marynarzy, to części udawało się po paru latach znaleźć ten balans – wiedzieli, że z częścią tych ludzi (np. praca w PLO, PŻM, PŻG) będą się spotykać non-stop, więc więzi się nawiązywały. Z tym, że te więzi były luźne, bo wiadomo, że oni się będą widywać raz na jakiś czas albo w ogóle. Natomiast chyba najlepszym wyjściem były te krótkie rejsy. One nie przynosiły dużej ilości pieniędzy, no bo deputat towarowy od małej ilości towaru był malutki. Inaczej – to nie były grosze – dla marynarza to były grosze, natomiast dla pracownika lądowego to była gruba forsa. Jak on dostał te 30 dolarów za dwa tygodnie rejsu, plus tę swoją wypłatę w złotówkach, to nie było aż tak źle (tym bardziej, że jeszcze w latach 80-tych się można było nieźle bawić za 100 dolarów przez cały miesiąc). Natomiast faktem jest, że wielu marynarzy pływało w długie rejsy tylko i wyłącznie po to, żeby kasę zarobić. Tym bardziej że te warunki – ten chory przelicznik dolara na złotówkę – pozwalał żyć jak królowie. Pomijając może mojego dziadka to ci, którzy przestawali pływać, zostawali z niczym – z tzw. „gołymi dupami”, bo pieniądze wydawali na bieżąco, nie oszczędzali, nie liczyli się. A co dziwniejsze, to z reguły im kto niżej stał w hierarchii tym luźniejszą rękę do wydawania miał. Nie słyszałem o rozrzutnych oficerach, tylko właśnie o szeregowych marynarzach, którzy raptem się czuli panami (i oni najwięcej na tym tracili). Minusem kontraktów było to, że PŻM czy PŻB miał cię jako pracownika, ale to nie był okres składkowy. Zdarzało się, że część marynarzy przepływało połowę swojego życia na kontraktach – PLO, PŻM, PŻB wysyłało ich na kontrakty. Ale oni nie mieli za te lata płaconych składek. I potem, kiedy się szło na emeryturę była rozpacz, bo emerytura to wychodziła – obecnie to jest 1300-1400 zł, a nie, kurczę, 2 czy 3 tysiące, jak sobie liczyli, że będą mieli. Mojej babci akurat ktoś mądry doradził, żeby opłacała dziadkowi choćby najniższe składki ZUS; dziadek się na babcie wkurzał, bo pieniądze wydawała. Ale dziadek dzisiaj ma ponad 3 tysiące emerytury, a nie 1200.

MB: Jak ta praca wpływa na ciebie, z własnej perspektywy?

O: Gdybym miał jeszcze raz założyć rodzinę i wiedzieć, że będę pływał – za Chiny, nie! Wybrałbym jedno albo drugie (zresztą podobnie mój kolega z klasy z ogólniaka). Jak pływał, to się rozstawał ze swoją obecną żoną, przez te 4-5 miesięcy nie byli razem, a z kolei, jak się ożenił to powiedział: albo rodzina, albo pływanie. Jego ojciec też pływał (teraz już jest na emeryturze), po każdym rejsie miał ciężkie przeprawy z matką. Ona go zarzucała problemami [gdy] on chciał odpocząć, awantura jest, że go trzy tygodnie w domu nie było. Wkurwiał się i robił generalny remont mieszkania na złość matce. Ja bym się drugi raz nie podejmował założyć rodziny, dlatego, że za długi czas, zerwanie więzi. Telefonia satelitarna, Internet – to nie jest ten typ więzi. Tym bardziej, że to jest takie słomiane kawalerstwo – jesteś sam, możesz sobie zaszaleć. Nieraz gówno prawda, często trzeba zapieprzać i nie masz ochoty wyjść w jakimś porcie sobie pozwiedzać. Nie, nie założyłbym teraz rodziny, na pewno. Tylko że… ja i moja rodzina już się przyzwyczailiśmy po prostu do tej sytuacji, natomiast gdybym miał możliwość wyboru – albo bym nie założył rodziny, albo bym nie poszedł na pływanie.

MB: Jaką rolę morze pełni w Twoim życiu?

O: Teraz? Jak wracam z rejsu, nie idę nad morze – mam go dość. Mieszkam nad morzem, czuję jego obecność, wiem o jego obecności. Ale nie jest dla mnie taką atrakcją, żeby pójść się wykąpać, połazić po plaży, ponieważ morze widuję przez bulaj całymi dniami (czasem, jak się jest na pokładzie to też jest przyjemne). Na lądzie to się raczej o tym nie myśli, co ma się na co dzień przez dłuższy czas. W zależności od długości rejsu, przy krótkich rejsach to się nie zwraca na to uwagi, natomiast jak idzie się te 3 miesiące, wtedy… ja wtedy nawet nie myślę o tym, że pływam. Myślę, że pracuję na lądzie, że jestem na urlopie.

MB: Czy mógłbyś się zastanowić, jak morze wpływa na człowieka, na jego stosunek do życia?

O: Ja nie jestem z tego pokolenia twardych self-made man-ów, także ja to traktuję jako przygodę, to jest dla mnie praca i tyle. Fajna, czasem, w czasie sztormu – męcząca (żołądek nie wytrzymuje nawet po tych paru latach). Szczególnie, gdy sztorm trwa 4-5 dni, to idzie oszaleć. Paradoksalnie, gdy po tych dniach się uspokaja, to człowiek zaczyna tęsknić za sztormem, bo nie wie, co się dzieje. Zbyt duże zamknięcie, zbyt duże nastawienie na jednostajne w sumie warunki pogodowe powoduje, że czasem trudno do siebie wrócić… Jakie było pytanie, bo się zgubiłem?

MB: Jakie postawy wywołuje, jaki stosunek do świata?

O: Ja tęsknię za ludźmi na morzu. Jak wracam na ląd to przez 2-3 dni mam ochotę wszystko odespać, a potem szukam kontaktu z ludźmi. Na morzu mam akurat tyle samotności, że jak wracam na ląd za tym nie tęsknię.

MB: Mówiłeś o kwestii relacji – jak sobie radzisz z izolacją od reszty świata?

O: Inaczej: całe życie byłem sam, miałem swój pokój, z reguły z rodzicami się widywałem rzadko. Miałem swój świat więc umiem sobie poradzić z samotnością: wezmę parę książek w rejs. Nawet nie muszę ich czytać – świadomość, że mam w razie czego gdzie się odbić powoduje, że nie zwracam na to uwagi. W przypadku rejsów o międzynarodowej załodze, to raczej wolę się socjalizować z ludźmi, żeby poznać, jak oni myślą. Gorzej, kiedy nie rozumiemy się wzajemnie w słowach (gdy ich angielski nie ma nic wspólnego z moim angielskim i jeszcze z angielskim kapitana). To jest najgorsze, jak jest międzynarodowa załoga i każdy inaczej mówi po angielsku. Natomiast, jak się płynie w krótkie rejsy (Bałtyk, Morze Północne), to czasami w ogóle się nie rozmawia, tylko wymienia pozdrowienia. Można siedzieć przy stole i milczeć. Ale też zależy od załogi, ale zazwyczaj każdy się zamyka na koi i myśli o swoim. Jak widać, że ludzie nie chcą gadać (są zmęczeni albo mają dość), to wtedy zajmujesz się sobą. Wbrew pozorom, morze nie jest nudne. Jak masz chwilę wolnego, możesz stać na pokładzie godzinami patrząc się w morze, nie robiąc nic. Zobaczysz bardzo dużo fajnych rzeczy, chociażby zmieniające się refleksy światła na falach. W zależności od strefy klimatycznej czy od pory roku to zupełnie inaczej wygląda. To nie są czasy statków żaglowych, nie pracuję też na statku rybackim, więc jest zupełnie inne podejście. Prawdopodobnie ludzie pracujący na statkach rybackich, dużych nawet (trawlerach, przetwórniach), to zupełnie inaczej wpływa u nich na psychikę niż u mnie, pracującego w zwykłej handlówce. Bo jednak brat mojej matki zwariował na rybakach. Zwariował. Fakt też, że żony świętej nie miał. Zwariował od nadmiaru ciężkiej pracy. Oni tam po 14, 16 godzin dziennie obrabiali ryby, jak trzeba było. Sztormy. Na czterech rejsach czterech kolegów stracił (bo się gość poślizgnął na pokładzie, fala 15 metrów, wypadł…). To też ryje psychikę, bo masz świadomość, że w razie wypadku nikt nie rozpacza nad tobą, tylko skreślony ze składu załogi, wypadek przy pracy, zaginął na morzu. Tu, w handlówce jest inaczej, ludzie się przejmują tobą, bo w sumie spokojna robota, bo raptem sztorm, cokolwiek – i panika. Tylko to już nie te czasy, że armatorzy dbali o rodziny (nie wiem jak polscy, mnie zatrudniają zagraniczni).

MB: Rozwiń temat.

O: Może mam pecha do armatorów (po znajomości sobie załatwiałem pracę). Ten koleś, który mnie zatrudniał po stronie polskiej (to było przykre zdarzenie, powiem szczerze), wiedziałem, że to jest znajomy moich rodziców. Wiedziałem, że jest byłym gliniarzem. Liczyłem na to, że jako oficer będzie nieco bardziej kulturalny. Biura jako takiego nie miał – ono istniało w jego salonie (był pośrednikiem). Wita cię koleś, ręcznie przeliczający kilkadziesiąt tysięcy dolarów w studolarówkach. Przedstawiasz mu się, a on nie zwraca na ciebie uwagi. Zadaje ci jakieś pytania: co umiesz itd. Przed nosem kręci ci tą kasą i mówi, że „U mnie pan takiej forsy nie zarobi”. Dalej traktował mnie jak tępaka, który z trudem się wysławia. Potrzebowałem roboty, to się zgodziłem; potem już zatrudniałem się bezpośrednio u zagranicznego armatora. Tam jest trochę inna kultura, tam rzeczywiście traktują cię jako pracownika, nawet jeśli dla ciebie miejsca nie ma. Z kolei mój kumpel miał to szczęście, że łapał w Polsce pośredników bardzo fajnych – przedstawicielstwa zagranicznych firm – i tam też mówi, że zupełnie inne traktowanie. Ze skandynawskim armatorem zwyczajnie pił kawę z facetem, który go zatrudniał. Fakt, że on studiował na Wyższej Szkole Morskiej nawigację, więc już też trochę inne podejście. Kolega śmiał się mimo to, że nie chce być od razu pierwszym oficerem. A tamten pośrednik z dolarami zdzierał z marynarzy 30-40% ich wynagrodzenia. Tylko za to, że dzwonił do kogoś, że ma pracownika. Trochę [pływanie] uczy nieufności. Z jednego mojego dziadka zrobiła paranoika, z wujków – wariatów. Uczy, żeby patrzyć ludziom na ręce. Nie musisz kapitanowi patrzeć na ręce, on ma swoją robotę. Ale temu, kto cię zatrudnia, czasem trzeba.

Były marynarz, mechanik

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
4.01.2011

Wywiad z byłym marynarzem – mechanikiem. Aktualnie inspektor.

MB: Proszę opowiedzieć na początek o pańskim związku z morzem. Jaką rolę w pańskim życiu odegrało morze?

PAWEŁKIEWICZ: Byłem, jestem i będę z morzem związany, z gospodarską morską, z pływaniem generalnie. Do ubiegłego roku jeszcze czynnie pływałem. Ten rok, ze względu zmian własnościowych przedsiębiorstwa, w którym mogłem jeszcze popływać, już straciłem tę szansę i powiem szczerze, że już nie tęsknię za pływaniem jako takim. Ale do ubiegłego roku jeszcze pracowałem czynnie jako starszy mechanik na morzu. Moja geneza powiązań z morzem jest wyjątkowo prozaiczna: urodziłem się w 1964 r., dorastałem w okresie kryzysów – od ’70 roku poczynając, które skończyły się w ’89. Patrząc na możliwości, jakie daje praca na morzu, moje zamiłowanie do mechaniki, które pojawiło się jeszcze w początkowych latach szkoły średniej. Obserwowałem mojego brata, który jest siedem lat ode mnie starszy i wcześniej nieco zaczął pływać jako kapitan. Stwierdziłem, że jeżeli już mam coś robić, to w takim zawodzie, który zapewni wyższy standard w tym okresie [kryzysu]. Mówię: myśmy tu wszystko mieli na kartki, nie było dostępu do podstawowych artykułów (nie mówię o luksusach, takich jak samochód czy mieszkanie). Postanowiłem wybrać ten zawód. Wpływ miało też miejsce zamieszkania: z okna widziałem port, niedaleko Szkoły Morskiej mieszkałem, na ulicy Kapitańskiej…

MB: Wszystko związane z morzem…

P: Tak. W mojej rodzinie nie było takich powiązań z morzem stricte, przyjaciel mojego ojca, mój ojciec chrzestny… Trochę zazdrościłem mojemu kuzynowi „przyszywanemu”, jak wujek pływał gdzieś do Szwecji przywoził w tamtych czasach zielone jabłuszko, to trochę zazdrość brała: miał lepsze zabawki, zawsze czekoladę na święta. Taka czysta proza życia.

MB: Proszę opowiedzieć o swoim pierwszym zawodowym kontakcie z morzem.

P: To było w trakcie praktyk w Szkole Morskiej. Wcześniej mnie raz zabrał na statek mój wuj i pokazał, jak było. To były jeszcze czasy, w których można było mówić o romantyce pływania, bo to jeszcze statki parowe [były], i opowieści… Dopiero [potem] w Szkole Morskiej w ’82 r. takim małym stateczkiem miałem okazję wypłynąć w swój pierwszy rejs kandydacki. Potem czteromiesięczny rejs na Jarmuszewskim i powoli się wdrażałem.

MB: Jak pan wspomina tę pierwsze chwile?

P: Moja mama powiedziała, że ja się na morze nie nadaję. Matki wiedzą najlepiej. Jest dualizm: jest materia i jest energia. Materia mówi jedno, a energia – tęsknota za domem… Ja bardzo źle znosiłem psychicznie rozłąkę, przebywanie w takim małym środowisku i generalnie do ’94 roku, kiedy pracowałem na długich rejsach, było to dla mnie wielkim wysiłkiem – psychicznym przede wszystkim. Ja to źle znosiłem. W ’94 roku miałem okazje, by skrócić rejsy do dwu- czy maksymalnie sześciotygodniowych i tu już od razu te obciążenie psychiczne się zmniejszyło. Ja od razu miałem awersję do długich rejsów, ponieważ już na praktyce w ’84 r. na Jarmuszewskim miałem okazję zobaczyć trochę życia rybaków. W tamtych czasach wypływali po dziewięć miesięcy w rejsy dalekomorskie. Oni lądu nie widzieli przez dziewięć miesięcy, bo wsiadali do samolotu, lecieli do Vancouver na statek, wsiadali na statek, płynęli na łowisko, siedzieli 9 miesięcy i w 9 miesięcy wracali do Vancouver, wracali czarterowym samolotem do kraju, więc to dla mnie było tak koszmarnym przeżyciem, że w ’87 roku jak myśmy wybierali dla siebie oferty pracy, ja poszedłem do ratownictwa okrętowego. Rękami i nogami się broniłem przed pójściem na statki rybackie. Było bardo dużo ofert z „Dalmoru”, z „Odry” z „Nadoceanu”, z „Gryfa” (tych wszystkich dużych przedsiębiorstw rybackich. Ja widząc, jak wygląda sytuacja na statkach rybackich, broniłem się przed tym. Zacząłem pracę po Wyższej Szkole Morskiej w ratownictwie okrętowym. Wyższą Szkołę Morską w Gdyni ukończyłem w 1987 r.; miałem bardzo blisko do portu. Po krótkim epizodzie z ratownictwem okrętowym, poszedłem, dzięki informacji od teścia, (w ramach przemian ’89 r., żeglarz mógł dostać paszport). Wszyscy dostali paszporty, a w tych czasach był deficyt marynarzy. Marynarze pojechali na obce statki.

MB: W okresie przełomu, tak?

P: Tak, i były takie okresy, że statki tutaj PŻM-owskie po kilka stały na sznurku związane, bo nie było ludzi i bardzo chętnie przyjmowali. Ja się w ’89 r. przyjąłem do pracy. Ludzie z PŻM-u mówili, że jestem głupi, bo mając paszport mogłem od razu jechać. Powiem szczerze, że trochę się bałem. Moja praktyka morska w ratownictwie była nikła. Najpierw pracowałem jako motorzysta w Łebie, na malutkim statku ratowniczym. Praca bardziej skupiała się na uprawie ogródka, który tam był niż na pływaniu, bo myśmy byli na takim stand-by'u: mieszkało się w domku i w razie potrzeby wypływało się w morzu, ratując życie ludzkie. Niewiele tego życia uratowałem, brałem tam w dwóch czy trzech akcjach udział. Nie ma się czym pochwalić, to było uprawianie ogródka, a nie pływanie. Wtedy miałem okazję wziąć udział, jako ratownik, w rejsię Neptunią na Spitsbergen. Stąd moje zamiłowanie do huskych, tam na Spitsbergenie, w bazie naukowców, miałem pierwszą styczność z nimi. Przeżyłem to bardzo. Fizjonomia tych piesków odstrasza bardzo, w tym krajobrazie dzikim. Na Spitsbergenie biało. Myśmy z kolegą szli ze statku i patrzymy: biegną takie dwa brytany wielkie, z biało-niebieskimi oczami, prosto na nas. Znikąd pomocy, donikąd uciec, żadnego drzewa, na które można by wejść. Myśmy stanęli jak zamurowani, one na nas wskoczyły, przewróciły tą siłą impetu i zaczęły lizać. I do zabawy. Wtedy zupełnie oszalałem na tym punkcie. Jak sprowadzałem, to od razu dwa. W tym ratownictwie zacząłem mieć już styczność jako mechanik i jako asystent na większych holownikach. Na wodach oceanicznych holowaliśmy wraki z rejonu Bałtyku do Turcji (do Izmiru) i brałem udział w akcji wymiany personelu naukowego na Spitsbergenie, na polskich stacjach naukowych.

MB: A mółby pan opowiedzieć trochę o tych wrakach?

P: Jedną z działalności ratownictwa było holowanie. niektóre spośród statków wychodzących z eksploatacji mogą o własnych siłach dotrzeć do stoczni złomowych. większość tych stoczni jest zgromadzonych w chinach (te akurat w turcji). niektóre statki po prostu nie mogą tego robić, ponieważ ich stan już jest taki (po zatopieniu, czy po spaleniu, gdy nie warto ich reanimować). tym zajmuje się holownik, który holuje te wraki. taki tankowiec właśnie po pożarze, z okolic irlandii holowaliśmy do turcji, przez całe morze śródziemne, 5-6 tygodni.

MB: Proszę opowiedzieć trochę o swojej pracy. pan był mechanikiem?

P: Jestem starszym mechanikiem. statek to jest małe miasto. wymaga, w zależności od wielkości, od przeznaczenia, obsługi tego statku. mój teść jest nawigatorem, więc on jest odpowiedzialny za te sprawy trafienia, plus te inne rzeczy podczas załadunku, dbałość o ładunek… tym zajmują się również marynarze z oddziału pokładowego. na statku istniało kiedyś więcej. teraz istnieją dwa pokłady: maszynowy i pokładowy. Maszynowy zapewnia napęd, światło plus te wszystkie socjalne, bytowe potrzeby (np. obsługa toalet, ciepłą wodę w kranie, całokształt związanych z tym operacji); dbanie o jakość tego paliwa. utrzymywanie w sprawności wszystkich urządzeń – od żarówki w kabinie każdego z członków załogi poczynając – po silnik główny, smarowanie, przeglądy, dbałość o techniczną stronę. na statkach pasażerskich większy jest dział hotelowy. na takich od 3 do 5 tys. pasażerów może być i 3 tys. członków załogi, tak więc na jednym statku dużym jest 8 tyś ludzi. to jest tyle, co sporej wielkości mieścina. dział hotelowy zajmuje się cateringiem, dba o obsługę pościeli, ręczników, pranie… typowe hotelowe czynności. Kiedyś był jeszcze dział radiowy. dzisiejsza aparatura radiowa jest na tyle nieskomplikowana, że dział pokładowy przejął tę rolę. Zanika również [instytucja] dedykowanego elektryka, zwłaszcza na mniejszych statkach; szkoli się w tym kierunku mechaników. Zresztą jest duże uproszczenie działania, niezawodność tych urządzeń rośnie, a za tym idzie mniejsza potrzeba tak dalekiej specjalizacji, posiadania takich ludzi. Koszta załogowe rosną, w związku z tym jest presja armatorów, żeby jednak zmniejszać ilość załogi. Stąd więcej obowiązków. Jak ja zaczynałem pływać, to był steward, który przychodził i czyścił kabinę (należało to do jego obowiązków). Teraz już takiej sytuacji nie ma.cczy będąc kapitanem, czy starszym mechanikiem, sam muszę. Wszyscy próbują ciąć koszty, dochodzi czasami do paradoksalnych sytuacji, ale to materiał na zupełnie inną opowieść.

MB: Jak rozwijała się pańska kariera?

P: Zacząłem w ratownictwie, bo chciałem uciec od rybołówstwa i nabrać praktyki morskiej – dlatego poszedłem do pżm. zacząłem pływać na dużych statkach (na masowcach). Pływałem kilka lat, doszedłem do stanowiska drugiego mechanika. pojawiła się okazja w ’92 r. na mój pierwszy kontrakt – w ramach pżm-u i spółki, która przy PŻM-ie działała. Pojechałem na pierwszy kontrakt no i dzięki temu mogłem zabezpieczyć rodzinie byt, czyli mieszkanie. Po powrocie dowiedziałem się, że w petrobaltic (który już nie istnieje) potrzebują mechanika (ponieważ w ’94 roku była zakupiona nowa platworma, potrzebowali ludzi). Zgłosiłem się do pracy w petrobalticu właśnie dlatego, że była tam możliwość pracy [w systemie] dwa tygodnie na dwa tygodnie. W PŻM-ie te rejsy były dość długie (średnio po 7-8 miesięcy). początkowo wynagrodzenie było mniejsze, później to przedsiębiorstwo zaczęło stawać na nogi i uposażenie nie było już takie złe.

MB: Przy wydobyciu ropy?

P: Tak, i miałem okazję pracować na platformie jako starszy mechanik (platforma to też jakby statek, tylko że stojący – nie posiada napędu). Platforma to jest jedna wielka elektrownia – plus wiertnia i urządzenia, które obsługują wiercenie i wydobycie ropy. [Pracowałem również] i na holownikach dużch, oceanicznych, które służą do obsługi dowozowej – tzw. supplejery, dowożą wszystkie potrzebne materiały dla tankowców i dla takich małych stateczków typu stand-by, które są postawione przy platformie w celu zapewnienia bezpieczeństwa. Ponieważ w tym przedsiębiorstwie panowała bardzo familijna atmosfera (bardziej w stronę koligacji rodzinnych między członkami), taki brak profesjonalizmu, to mNie zaczęło w pewnym momencie denerwować, no i w 2000 r. znalazłem pracę na Morzu Północnym, na statkach stand-by. sześć lat spędziłem na Morzu Północnym, na brytyjskim off-shorze, pracując 4 tygodnie na 4 tygodnie. Dużą rolę odegrały finanse, bo zupełnie inne uposażenie miałem przez te 6 lat, i w 2005-2006 r. postanowiliśmy z żoną, że już więcej nie trzeba. ile by człowiek nie zarobił, to i tak wszystko zje. Nie ma co dalej tego ciągnąć, bo im dalej się to ciągnie, to tym trudniej zrezygnować. Nadarzyła się okazja: Urząd Morski ogłosił, że poszukuje [kandydata] na stanowisko inspektora prostej kontroli. zgłosiłem się, zostałem przyjęty i od tego czasu pracuję w administracji morskiej. Jak wspomniałem, dzięki swoim kontaktom z poprzednim przedsiębiorcą, Petrobalticą (obecnie: Lotos) miałem okazję wyskoczyć sobie na trzy miesiące do Azerbejdżanu na statku też takim stand-by-owym. W Urzędzie inspekcjonuję statki obcych bander, sprawdzając ich zgodność z przepisami. Certyfikaty są wydawane raz na pięć lat, co roku odnawiane, i między tymi okresami PSC jest po to, żeby sprawdzać, czy to, co jest w certyfikacie jest zgodne z rzeczywistością.

MB: Duża część pańskiej aktywności zawodowej była z Bałtykiem związana. Jakby Pan określił, jakie to jest morze? Trochę czasu Pan tam spędził…

P: Bałtyk jest wyjątkowo trudnym i wymagającym morzem. Przede wszystkim ze względu na pogodę. Ja się przyzwyczaiłem do życia tutaj, w Gdyni i mam okazję teraz (z racji swojej pracy) jeździć po wielu portach bałtyckich (praktycznie wokół całego Bałtyku), bo konferencje i seminaria, w których moja praca wymaga uczestnictwa, odbywają się czy to w Lubece, w Kalinigradzie czy w Kłajpedzie, w Rydze, w Talinie w Helsinkach… O ile się nie mylę, Kłajpeda bodajże jest nazywana „Miastem wiatrów”. Efektem tych wiatrów są warunki pogodowe, które panują na Bałtyku. Spędziłem trochę czasu na Morzu Północnym (panuje teoria, że na tamtym morzu są tylko 3 miesiące złej pogody, a reszta roku to są sztormy). Z kolei u nas, powiedzmy, tych sztormów może nie jest tak dużo, aczkolwiek ich dotkliwość – myślę – jest dużo większa niż na Morzu Północnym. Ono jest morzem otwartym, na którym jak się wybuduje fala, jest ona długa. I okres wahania statku (który wynika z długości fali) jest zupełnie inny. Bałtyk jest morzem zamkniętym i u nas ta fala jest może nie tak wysoka ale krótka i to kiwanie jest bardzo nieprzyjemne. Nie ma ludzi, którzy nie reagują na kiwanie. mnie to męczy, boli mnie głowa; nie mam problemów z sensacjami żołądkowymi. Mimo tego uważam się za osobę ułomną, bo każdy człowiek, który ma zdrowy błędnik, tak reaguje i na tym polega trudność Bałtyku. Lepsza jest długa fala, nawet wyższa. Druga rzecz, jest to płytkie morze. Przez tę płytkość (mówię tu z perspektywy mojego drugiego zawodu – inspektora na statkach) jest morzem bardzo zanieczyszczonym. Do 2000 r. można było łowić łososie na Bałtyku. teraz tego nie ma. Dorsza można było łatwo złapać (teraz to jest problem). Ja to widzę.

MB: Na skutek zanieczyszczenia?

P: Nie wiem, może; zanieczyszczenia, przełowienia. Bałtyk jest przełowiony. Nasze duże kutry odławiają szprota, a łosoś żywi się szprotem. To taki łańcuch. Kolejna rzecz: bałtyckie łososie nie rodzą się na wolności. Są one wypuszczane (w ramach zarybiania) przez Szwedów i Norwegów; to są łososie z Morza Północnego.

MB: Jak morze wpływa na człowieka?

P: Statek to jest miejsce pracy, odpoczynku, rekreacji. Mam takich kolegów, którzy źle się czują w domu. Jeden z nich rozwiódł się z żoną, a dorosłe dziecko nie chce z nim mieszkać, bo się nie mogą dogadać (mieszka sam, bo się nie może dogadać z rodziną). Po trzech tygodniach on się już w domu źle czuje: obejrzał wszystkie filmy z wypożyczalni. Na internecie ile można siedzieć? Nie ma co robić w domu, bo sprzątnął. [Więc] pcha się z powrotem na morze, bo tam ma pracę, z tym się utożsamia, tym żyje. Ja to też odczuwam: gdy byłem na statku to byłem całkowicie związany z tym co robię, 24 godziny na dobę. Cały czas w stanie gotowości. Teraz, w domu, jak w nocy się wyłączy lodówka, to ja się budzę, bo nie ma hałasu. Zmiany są głębokie, jak to się [żartobliwie] mówi: dla kapitanów na emeryturze żona szykuje balię z wodą, jakieś w tym ziarenko prawdy jest. Przez wiele lat podlega się określonemu reżimowi, tak więc zmiany są głębokie. Jak dostałem ofertę pracy w Urzędzie Morskim, ja się w ogóle nie zastanawiałem, pomimo tego, że moje zarobki spadły pięciokrotnie.

MB: W jaki sposób morze wpływa na rodzinę?

P: Kobieta musi wymieniać korki, naprawiać samochód (te czynności, które w normalnych rodzinach przejmuje mąż – ojciec – głowa rodziny). Powstaje zderzenie: ja, starając się odciążyć żonę, wchodzę (niechcący) w jej kompetencje. Dochodzi do nieporozumień, kłótni. Trudno to zrozumieć, bo ja chcę dobrze, a druga strona odbiera to zupełnie inaczej. Napięcie występuje przed wyjazdem: niedługo się rozstajemy i ona znowu będzie musiała wszystko… Takie prawo Murphy'ego: jak ja wyjadę, to się wszystko psuje: pralka, piec, samochód, psy zrobią komuś krzywdę… Żona jest córką marynarza, wiedziała więc, co ją czeka… W pewnym okresie były z dziećmi problemy wychowawcze (też spowodowane tym, że mnie nie było). Myślę, że Freud miał rację: na każdym etapie rozwoju dzieci, oboje rodzice są niezbędni.

MB: Niektórzy mówią wprost: albo pływanie, albo rodzina.

P: Tego się nie da połączyć. wie pan, to jest jednak patologia. Bo wchodząc potem w odczuwanie moich dzieci i ogląd mój przez ten czas, kiedy mnie nie było: one strasznie tęskniły, tak samo żona. Ja wracałem do domu i moja postawa kłóciła się z tym, czego one oczekiwały. Ja nie spełniałem ich oczekiwań, nie potrafiłem tego zrobić. Znam wielu pływających, którzy uniknęli takich przejść, jakie myśmy mieli. potrafili to w sposób lepszy rozwiązać te problemy; ja nie potrafiłem, nie umieliśmy z żoną. Jedynym lekiem była rezygnacja [z pływania]. Udało nam się; ja się nie wstydzę tego: zawsze się bałem [pływania], zawsze źle to znosiłem. Żałuję tylko, że tak późno. Ale ciężko było, zwłaszcza w tamtych czasach. Ja Panu powiedziałem: patrzyłem na życie takie luksusowe rówieśników, którzy mieli wszystko; zazdrościłem im tego. Zapłaciłem za to (nie tylko ja, ale moja rodzina) dużą cenę. Choć powiem szczerze: teraz mam takie relacje z obojgiem dzieci, które, doprawdy, życzyłbym każdemu. My możemy na każdy temat porozmawiać. Owszem, są trudne sytuacje, ale oni mi ufają, wie pan – i to jest dla mnie fenomen. Nie ma rzeczy, o których nie mówimy sobie. Nie kryją się, pomimo że wiedzą, że ja na pewne rzeczy nie zgodzę się. Komunikacja jest najważniejsza. Skype, telefon komórkowy nie przytuli, nie wysłucha…

MB: Wracając do Bałtyku – pamięta pan jakieś dziwne czy niesamowite historie?

P: W ratownictwie okrętowym uratowałem życie foce. [śmiech] Na Bałtyku. To było w ’88 roku, pracowałem w Porcie Północnym, na statku Neptun. Pełnił on rolę zabezpieczenia pożarowego w Porcie Północnym jak przypływały tankowce (asysta pożarowa i antyrozlewowa). To było w kwietniu. Jako załoga obserwowaliśmy żniwa śledziowe – śledzie szły przez Zatokę i było mnóstwo wędkarzy, rybaków łowiących te śledzie – my szliśmy oglądać ich efekty. Na pontonie takim drewnianym w porcie leży jakaś taka poduszka biała. Zaciekawiło mnie – podchodzę, patrzę, a to mała foka! Do połowy wypierzona. Była tak wycieńczona, że dała się wziąć na ręce. Wzięliśmy ją na statek, zadzwoniliśmy do zoo (to były czasy, kiedy jeszcze nie było fokarium na Helu). Przyjechali z zoo, zabrali ją – w nagrodę cała załoga dostała roczną wejściówkę do zoo.

MB: Przczynił się Pan do odnowienia populacji. Teraz to jest jeden z priorytetów.

P: One się gdzieś tam wykluwały – w Zatoce Fińskjiej, czy coś i potem płynęły, migrowały. Ona po prostu była taka bardzo mocno zmęczona. A stąd wiem, bo ci właśnie pracownicy [ogrodu zoologicznego] określili jej wiek na kilka miesięcy. Druga rzecz, pracując w Petrobalticu na tych małych stateczkach, miałem okazję kąpać się na środku Bałtyku. Ładna pogoda, ciepło – skorzystałem z okazji. Na morzu o głębokości ponad 80 metrów. Z pracy przy wydobyciu ropy: jest taka awaria, która nazywa się rozbieganiem silnika; silniki dieselowskie, wysokoprężne, mają to do siebie, że – lubią się rozbiegiwać, ponieważ napęd tej pompy, która wtryskuje paliwo jest ściśle mechanicznie związany z obrotami silnika, więc silnik, który nie ma urządzeń kontrolujących prędkość – im szybciej pracuje, tym więcej paliwa sobie dostarcza i to jest taka spirala, że może się rozbiegać do nieskończoności. I to jest taka bardzo rzadka awaria na statku (dzięki zabezpieczeniom). Miałem okazję na Bałtyku, dwa razy na tym samym statku, na tym samym silniku (co już wykracza poza wszelkie rachunki prawdopodobieństwa)… mieć taką awarię. To wydobycie ropy u nas, na Bałtyku… no jest tej ropy trochę. Dziwię się, że tylko jedno przedsiębiorstwo się tym zajmuje. Warto byłoby eksploatować ten Bałtyk bardziej efektywnie.

Siwy dym

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
30.11.2011 Świbno koło Gdańska

Miejscowość, w której znajduje się mały rybacki port rzeczny. Wywiad przeprowadzono w tym właśnie porcie podczas postoju kutrów. Miejsce zaniedbane, którego „czasy świetności” przeminęły prawdopodobnie wraz ze śmiercią Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w której to gospodarce istotną rolę odgrywały państwowe przedsiębiorstwa związane z rybołówstwem. Pozostałości infrastruktury są na bieżąco reperowane, chociaż całość sprawia wrażenie, że może za moment runąć. Na kutrach kilku starszych wiekiem mężczyzn reperuje sieci. Pozostali rozmawiają obok kutrów na przystani. Toczą się rozmowy dotyczące dnia codziennego. Siwy dym jest pseudonimem rybaka, który aktualnie dorywczo zajmuje się poławianiem ryb.

Siwy dym: Nie było takich łódek jak teraz. Same wiosłówki tylko były. Trzeba było linkę… nie było silników. Na wiosło. Bamber ma taką fajną książkę… Dostał w prezencie Bamber, bo tam oni, jeden, drugi i trzeci – oni się utopili na morzu we trójkę. Bamber miał dwa miesiące jak jego ojciec i jego kuzyn się utopił. Moja matka i jego matka to dwie siostry.

MB: A co się stało?

ŚD: Sztorm przeszedł, taka dwunastka. No i się potopili. Ja bym ci taką książkę przyniósł – wielką, grubą – tam jest opisane wszystkie nasze zdarzenia, co tu były. Tylko Bambra [teraz] nie ma, przyjedź, jak on będzie. Wszystko tam jest, co tu się działo.

MB: A niech pan powie, pierwszy kontakt z rybołówstwem?

ŚD: Ja zacząłem jak miałem 12 lat.

MB: No właśnie.

ŚD: Bo tak było. Ojciec chodził do knajpy (tu, do „Bałtyckiej”). Tu był Dom Rybaka kiedyś. To ja miałem, ile, osiem lat. To już śpiewałem w Domu Rybaka. Paczki tu dawali ładne ze spółdzielni dla dzieciaków. No i później płaciliśmy cztery, cztery kilo węgorza musimy oddać na spółdzielnię. Ale sznury mieliśmy trzy. No i firmę Haczyk sobie otworzyłem wtedy. 12 lat miałem wtedy. Dostałem łódkę od szwagra. No i pływałem, razem z moim kuzynem. No i tam żeśmy pływali, pływali tam po Przegalinie, no i mieliśmy trzy sznury. Łapalim po pięćdziesiąt kilo węgorza. To kiedyś ja uciekłem z domu (bo ojciec nie zarabiał tyle), to ciach. Dużo przepijał. Matula mi zmarła w ’74 roku.

MB: Ile Pan miał lat wtedy?

ŚD: Szesnaście. Jedna siostra, druga siostra, brat i brat. No i trzeba było… to ja musiałem później gotować wszystkim w domu.

MB: Najstarszy, tak?

ŚD: Tak od tyłu. Brat był najstarszy, bo brat był ’53 rocznikiem. No i zaczelim; szwagier dał mi łódkę, sznury. Drut załatwiliśmy. Taki kołowrotek miałem, to sobie rozstawiliśmy. I haczyki się nawiązało, żeśmy łapali w te sieci. W jednej i w drugiej mieliśmy po 20 kg węgorza. Wtedy jeszcze milicja była, nysami jeździli. (…) Milicja zjeżdża, to ja się w krzaki schowałem. A Rysiu był starszy (mój kuzyn), to tam został. Namiot tam żeśmy mieli. Do domu nie chodzimy, żarcie se przynosimy, wszystko tam. Patrzę: ojciec przyjechał.

MB: A co, was szukali? Milicja wtedy szukała węgorza. Wtedy węgorz był po 11 złotych, a teraz kosztuję stówę. Ale wędzony. No i żeśmy z Bambrem siedzieli. Później żeśmy jeszcze całkiem inny numer robili… Trzeba było jakoś z czegoś żyć, nie? A co mieliśmy? Do szkoły chodziłem, kiełbasa była tylko raz – na święta. A tak to tylko margaryna z chlebem i marmolada. Jak do szkoły chodziliśmy, to chleb z margaryną tylko był, bo nie stać było nas na kiełbasę.

BRAT: Mnie było stać, bo ja blisko rzeźni mieszkam. Ja zacząłem pływać z Bambrem, jak dostałem łódkę. I żeśmy jednego razu tam łapali z Bambrem (ile było tego – z 50 węgorza. Później Bamber odszedł ode mnie, to ja z Filetem wtedy, z Waldkiem, tu żeśmy siedzieli, na tej skarpie. Łapaliśmy kury i je piekliśmy. Potem chodziłem na kolej, i jeszcze tu łapałem na spławach. Kiedyś nie wolno było tu [łowić], tylko do WOP-u. Musiałeś wejść tu, na bosmanat, i się odmeldować, no i na WOP-ie się odmeldować. Strefa przygraniczna. Pierwszy raz wypłynąłem na morze, jak miałem 12 lat, z ojcem. Schowali mnie za workami, bo by mnie [WOP-iści] nie puścili. Takie zakazy kiedyś były. W stanie wojennym jak pojechaliśmy na piwo do Mikoszewa (bo tam było piwo od 9-ej), a u nas było od 13-ej. Wzięli Waldka łódkę (taka na korbę zapalana), zapalili, pojechali do Mikoszewa. Z jednej strony milicji pełno, z drugiej strony milicji pełno… I nas wtedy w kajdanki zakuli, mnie i Kotura. Powiedzieli, że do Szwecji chcielim uciec. Tamte chłopcy, co uciekli do Szwecji tym TIR-em, to im się udało. A my tylko na piwo pojechaliśmy do Mikoszewa. A później to na spławy, na dorsza… Ja to pływam non-stop na spławach tutaj. Na 61-ce pływałem, u Wróblów pływałem, nawet na 46-ce u Jarka pływałem, u Wróblów na ósemce. A teraz łowię troć. Troć, nic więcej, nie ma łososia.

BRAT: No, kurwa, gównem zarybiają.

ŚD: Właśnie. Jak on takim łososikiem, takim małym łososikiem zarybia. To on już będzie dziki. On już nie urośnie. A żeby go trzymali do takiego, żeby się wysrebrzył (on się musi wysrebrzyć), wtedy takie będą rosły. A tera nie rosną, jak on takiego puszcza – kormorany zjedzą, mewy zjedzą. A oni powiedzieli, że puścili teraz półtora miliona tych łososi.

BRAT: W dupie.

ŚD: Jak pójdziesz nad Wisłę, to musisz tam nieźle kijem machać, żeby kormorany nie zabrały i mewy. Jakbyś przyjechał na wiosnę, zobaczyć jak zarybiają, to łososiki takie pływają przy brzegu. To zaraz wszystko wytną. Nie ma nic. On nie urośnie, nie pójdzie w dół; skarłowacieje. Jutro możesz ze mną pojechać na łódkę, zobaczyć, jak się łapie ryby na spławie. W spływie godzinę zbierasz. I z powrotem do góry i znowu rzucasz. A w morzu jest inaczej, pojedziemy na dorsza to tam 15 godzin trzeba siedzieć, nie. Niech Pan opowie, jak taka praca wygląda? Jak to jest? Na siatkach stoi wyciągarka na piętnastce, układasz te korki, łubianka sama spada, a dorsze na bok od razu odrzucamy i zaraz wybieramy wszyscy. Bardzo szybko trzeba wybierać – trzeba umieć jeszcze. Ja szybko te dorsze wybieram. Tyle lat jak się robi na tych dorszach, to już szok normalnie. Kiedyś myśmy na dorsza nie pływali – tylko na flądrę i na śledzia. Nikt nie pływał na dorsza – no bo to nie było opłacalne. My musimy pojechać aż pod Hel.

MB: Paliwo kosztuje?

ŚD: Teraz już nie. Teraz ceny są. Głównie karma. Ale kiedyś też nie było fok u nas. A teraz jest 20 fok. Dlatego łososia im zabierają cały czas, nie? Nie łapią. Te 20 fok… same głowy tylko wystają do góry; takie wielkie są, po 200 kilo ważą, no.

MB: A jak teraz wygląda sytuacja w porównaniu do lat sześćdziesiątych? Opłaca się bardziej?

ŚD: Kiedyś była certa tu, na Wiśle. A teraz certy nie ma. Teraz rzuciliśmy certówki, to złapalim dwie certy. A kiedyś było prawie 800 kilo ze spławu certy. Mieliśmy w domu takie wielkie miski do kąpania, bo tu wody nie było. Jedna pompa tu, jedna – koło przedszkola, u dziadka w kuźni była jedna. W zimie chodziłeś z sankami do tych pomp. Na sankach kociołkiem woziłeś, a w miskach się kąpałeś. U nas wodę to założyli dopiero w ’70-ym roku… No to my certę soliliśmy normalnie w miskach w piwnicy. Miałeś pełne miski certy solonej normalnie, to było co jeść. No bo jak certę sobie zasoliłeś, to jak śledzia sobie robiłeś solonego.

MB: Można było przechowywać.

ŚD: Wszystko było w piwnicach chowane. Teraz, przez tą tamę… parę sztuk się trafi. W morzu szybciej. Nie ma cert. Ze śledziem też słabo. Prawie zero. Tylko że dorsza było trochę w tym roku. Ani jedna łódka, ani druga łódka, ani trzecia łódka, ani czwarta łódka nie może pływać bo dostają z Unii dotacje.

MB: Za te limity, tak?

ŚD: Tak, na dwa miesiące dostali. Nie mogą wypływać, zdali licencję. Może sobie popłynąć na spacer, ale nie może mieć ani jednej siatki.

MB: Co za pierdolnięty kraj. Ochronę dają na węgorza i nim nie zarybiają.. .. Jest ministrem od rolnictwa i rybołówstwa, a nawet wędkę nie umie złapać.

ŚD: Oczko jest 20 na węgorza teraz, ale jak się złapie taki mały? [Przepisy mówią, że] takiego węgorza na zarybienie. Przecież węgorz rośnie siedem lat, może więcej, żeby dojść do kilograma. Węgorz bardzo długo rośnie. Węgorz się tu nie trze, tu nie złoży. A oni mówią, że kupują takie małe węgorze na zarybienie! Czego tu nigdy nie zarybisz, zanim wyrośnie, to trzeba dziesięć lat, żeby taki urósł.

ŚD: Na jeziorach mogą spróbować. Ale na chuj ta ochrona? W jeziorach urośnie… ale za ile lat? Za dziesięć? [Poza tym,] i tak ten mały więcej kosztował jak ten duży. Ja sprzedawałem węgorza po 11 złotych – łosoś był droższy od węgorza. A teraz węgorz jest dwa razy droższy od łososia. Dwa razy, bo węgorz teraz kosztuje 55 [za] kilo.

MB: W sklepie czy tu?

ŚD: Od rybaka. [Dawniej] 25 zł za kilo łososia. A węgorz 50. A kiedyś węgorz był tańszy, łosoś był droższy. Ale było węgorza kiedyś… Ja pamiętam, jak moja ciotka wędziła węgorza, to wędziła 300-400 kilo dla Wolonina… To jeszcze Kamiński wtedy był. I Kamiński przyjechał i tego węgorza zarekwirował. A stary Wolonin przyjechał: „Dlaczego węgorza zabraliście?”. Bo nie było ludziom wtedy nawet wolno wędzić węgorza – trzeba było mieć zgodę na wędzenie. A ciocia moja wędziła po 300, po 400 kilo węgorza… Rysiu miał takie dwie beczki wielkie, dwusetki, i Rychu dwie beczki wędził na okrągło. Jeszcze na wędzarni, na Górkach [Wschodnich], jak wędziliśmy tam makrelę na zimno, to też tam żeśmy robili na Górkach. [Następnie nawiązuje do zaniechanej technologii łowienia pasami – wspomniana już na początku wywiadu] Jak pojechałem kiedyś na Szewce, to od razu 3½ tony od razu na Szewcach, na kopycie, pod lodem. Pod lodem przeręble są tylko takie małe, lód taki gruby. Trzeba się nakłóć tego lodu, o losie: siekiery-lodówki no i ciach. Się nakulim tych dziur do oporu… Następnie trzeba było linkę przeciągnąć, przeciągać aż do księżyca (trzeba było dojść do końca). I w tym księżycu się wtedy wyciągało. Myśmy tam byli, było -17 stopni. I mnie Waldek wpadł w tego księżyca. Na dół tam wpadł do tej dziury. Patrzę: jakoś się odbił od dna i wyskoczył do góry – wyciągnelim go. „Jak tam wpadłeś?” On mówi: kazałeś mi linkę podać. On mu linkę podał i Waldek kroka zrobił tylko. I wpadł w tego księżyca. Bo tam na końcu trzeba wyciąć taką wielką dziurę, żeby łup wyciągnąć. To wyciągnelim tego włóka tam. Było 3½ tony, ale to nie idzie tak wyciągnąć naraz – to trzeba po kolei. Po troszku, po troszku wysypać. Sankami, wannami woziliśmy. Na ziła wtedy przyciągnelim tu, Mikołaj nam przywiózł tu do magazynu tą rybę. Ale było!.. szczupaka to 21 kilo. Trzy i pół tony żeśmy tu przywieźli, zdali na magazyn. Chociaż z Waldkiem węgorza dużo łapałem – po trzysta, po czterysta kilo… Mieli taką czarną łódkę, smołowaną…

MB: Panowie, a powiedzcie, praca na morzu jest ciężka, trudna?

ŚD: Bardzo ciężka jak jest zimno. Przyjechałem tam na Górki Zachodnie do Straży Granicznej, podjechaliśmy tam (bo tu nie szło wejść, bo tu jest za płytko). Nie ma jak się schować przed wiatrem, a w rękawiczkach też nie porobisz… [Ktoś] założył dwie pary [rękawiczek] gumówek na ręce i sobie ręce odmroził – a ja nie – ja szmaciaki i wtedy gumówki. Przyjechaliśmy i tam było już -26 stopni – Zatoka nam zamarzała. Dwa kutry płynęły przed nami, to my stanęliśmy z 500 metrów za Strażą Graniczną, na Górkach… To lisy po lodach latały, a ja nie mógł se obrócić łódką w ciągu dwóch godzin w jednym miejscu – tak lód szybko zamarzał na Górkach tam. Nie mogliśmy się obrócić – i jeszcze przez radio nadawali, żeby tam się obrócić do Straży Granicznej. I wtedy się wrócilim, i ja się pytam: „Ile jest mrozu?” Minus 26 stopni. A ja i Lechu tak: jedną kurtkę skórzaną, drugą skórzaną, puchówkę, i jeszcze kondona miałem na sobie – wszystko miałem zamrożone. Tyle było mrozu. Tutaj zawsze uciekniesz – pół godziny [połowów] i wracasz z powrotem. [Ogólnie, ale są tak silne, że] często pracujesz na kolanach. A na morzu wszystko na kolanach – tam nie idzie inaczej robić. Tam jest dziesięć godzin i dziesięć godzin trzeba robić tylko na kolanach. Tylko [nie] ten, co przy wyciągarce stoi – on się ma czego trzymać. A ta załoga z jednej strony, z drugiej – dziesięć godzin na kolanach. W kościele żem tyle nie klęczał, co na łódce. (Śmiech) Bywa że i piętnaście, siedemnaście godzin. I to piętnaście godzin prawie na kolanach. To nie raz nóg nie idzie wyprostować. Siedzisz i dłubiesz cały czas. A wstać później to się nie możesz wyprostować, bo ci nogi ścierpną całe. Ale trzeba kiedyś się wyprostować – od czasu do czasu wstaniesz tam.

MB: Gdzie tu pływacie, do Helu, czy tam dalej?

ŚD: Na dorsza aż pod Hel. A tu na flądrę tu po brzegu, wczasowiczów jest dużo, tylko na flądrę polecisz, ile tam, trzy godziny i wrócisz z powrotem. [Nie wszyscy dobrze znoszą morze. Nie zabieram takich, co rzygają – bo jak zaczną, to cały czas będą. Jeden taki po powrocie przez trzy godziny nie mógł dojść do siebie – zielony był]. Zamiast uciekać na tył (mniej buja) – on poszedł na dziób. Jeszcze gorzej. Jak Bambra wyrzuciło dwa metry do góry, w powietrze, na fali, to Bamber myślał: spadnie na łódkę czy nie spadnie na łódkę? Ja na tej [łódce] sześć lat pływałem, na piętnastce. Na czternastce dwa lata robiłem. Baba chciała sprawdzić tego męża, co on łapie. A on na węgorza jeździł – na flądrę wtedy pojechał. I [morze] zaczęło jebać, ona wsiadła i zaczęła się na głos modlić, i: „Już więcej nie popłynę”. A nie mówił ci Domator?

MB: Że kobiety pływają? Nie. Kobiety. Walkowa pływała. Moja matula pływała. Wilczyca pływała. Jak Walkowa przypłynęła na 44-ce, to ona była taka baba, że męża brała na barana i go do domu niosła. Wilczyca, ona potrafiła. Ten skurwiel, jej mąż, stał tylko za sterem, a ona to ujebała, do korków nie poszło. I kurwa mać, byś nie uwierzył, dwadzieścia metrów, mace wyciągamy, a tam, kurwa, z jednej macy 800 kilo. W dwóch siatkach. …mojego szwagra trzy łódki utopił. Tyle śledzia nabrali, dostał tyle fali (takiej niedużej), no i łódka poszła na dno. Później dwunastkę utopił, co z Markiem Jaskulskim pływał. Tak samo. Szóstkę, dwunastkę i dwadzieścia trzy. A Waldek, w tej sterówce, na dwunastce jak był, jak dwunastkę utopiło, to Waldek ze sterówki wypłynął do góry. A Moncisz już Maryśkę holował do brzegu. I Moncisz Maryśkę holował i dwa łososie jeszcze pod pachą jeszcze miał takie. I do Mikoszewa uciekli. I Waldek wtedy wypłynął, a łódki wszystkie utopione, jedna, druga, trzecia. Jak się Raczyńskie utopili, wszystkie we trzech, na morzu? Też przy brzegu. Wilczyca. To nie była potężna baba. Przez całą łajbę 35-metrowy wałek idzie. I to jeden [z załogi] podnosi taki wałek, a drugi pomaga. A jeszcze trzeci musi pomóc, żeby przyjść, żeby to odrzucić, jak będą wyciągać z dwóch siatek 800 kilo. To są takie oczka małe. I w każdym oczku śledź siedzi – tyle śledzia było. A teraz 3,5-4 tony śledzia. Ile mieliśmy? 4? 5? 6 siateczek tylko mielim, 3,5 tony żem przywieźli. A teraz chuj, nie ma śledzia. Paszowce dzwonią i nie ma nawet tego kitu [ryb pośledniego gatunku z przeznaczeniem na paszę czy nawóz]. Dorsza nie ma.

MB: Ryb w ogóle brakuje czy co?

ŚD: No nie ma narybku tego, szproty, śledzika tego małego, żeby dorsz go atakował.

MB: Jak morze wpływa na człowieka – taka praca na morzu? Co robi?

ŚD: Normalnie, bardzo fajnie tam jest. Tylko gorzej jakby fal dużych nie było – wtedy jest dobrze, bo tak to się nie idzie utrzymać. Na nogach. Ja jak [byłem] na trale, to od razu spałem. Nie wiem dlaczego mnie to usypiało. – Ale muszą przyjść teraz, bo ptaszniki. Ptaszniki nie pozwolili pogłębiać, bo mewy się lęgną. A teraz mają takie same kamienie przywieźć tutaj i rzucać te kamienie, jeszcze mają przedłużyć, ja wiem, z 500 metrów. Nie chodzi o kopanie, tylko o układanie tego nowego falochronu. Bo tu jak przejdzie wiatr, to tu już nie wpłynie – jak tam jest tyle wody, o. Uderzy cię o dno. Zaraz przyjadą i zaraz Wisłę będą pogłębiać. Przez to te powodzie mają u góry. Dlatego, że Wisła jest za płytka. Ja pamiętam inne czasy. Nie powinno być żadnej zapory na tej rzece i gdzieś od Torunia ona powinna się poszerzać, żeby tu mieć szerokość około 2 kilometrów, żeby uciekała. To wtedy ta woda by zdążyła schodzić. Pamiętam, jak kiedyś we Włocławku zapory nie zrobili, to tam nie było powodziów.

MB: No i też ryby więcej było, nie?

ŚD: Certy? Ile kiedyś certy było, Adam, nie? Ze dwadzieścia, już zaczynają się ruszać.

MB: To przez tą zaporę, tak?

ŚD: Jak Włocławek zrobili, to ciach. Wtedy się certa urwała. Moja matula tu łapała – to 800 kilo na bawełniane siatki. Kiedyś nie było siatek, gdzie… bawełniane na strychu musiałem suszyć. Wszystkie siatki były stale na strychu. Nie było innych siatek. I każdą jedną siatkę trzeba było wziąć, wybrać certę. Jam je suszył na strychu (strych mam bardzo duży). Mój stary w kominie bursztynem palił – nie wiedzieli, co to jest jeszcze. Stary tu przyjechał w ’46 roku. [Bursztyn był / płonął] jak żywica. Po sztormie mieli tyle bursztynu, że się w pale nie mieści. To bursztyn do pieca, a księdzowi ja bursztyn nosiłem, do kościoła, na kadzidło Nie wkurwiaj mnie o tym, nie przypominaj mi. Bo to się tak topi. Drobniutki bursztyn. Przyszedł Wołoc do Stacha Wójtowicza, kurwa mać, to daliśmy mu ten drobniutki bursztyn. On mówi: „Dajcie mi większe klocki, a nie takie gówno.” Jak pójdziesz kiedyś jak dwunastka wieje, nie, bo żadna łajba [wtedy] nie wypływa, to wtedy przychodzi ta wielka gruntówka i bursztyn wyrzuca – żaden rybak nie jedzie na wodę. Wszystko idzie nad morze, na bursztyn wtedy.

MB: A są jakieś przesądy jak się wypływa?

ŚD: Nie wolno gwizdać! W życiu!

MB: A co się może stać wtedy?

ŚD: Na wodzie się nie gwiżdże. Nie wolno, bo będzie wiatr wiał. Sera na wodę nie mogę wziąć, bo nie będzie ryby. Ale jak pojechałem wtedy na wodę z Bacą (Baca miał ser i ja miał ser), 900 kilo ryby wtedy mieliśmy. A Jasiu mówi: „Nie wiem, że Siwy z Bacą mają takiego farta”, mówi. „Ser wzięli i mieli ponad 900 kilo dorsza, ale flądry było 600”. Razem 1 500 kilo, a byliśmy tylko w trójkę. 1 500 kilo, Leszek, wybierz. Przejebane wybieranie flądry. Dorsze to tak.

MB: Wplątuje się czy?..

ŚD: Nie, nie idzie przeciągnąć jej. Tu [sieci] mają 72, a tu 55 [średnicy] oczko. To tak cię palce bolą, jak wybierzesz tyle ryb. A musisz więcej oczek nawybierać, bo jak pojedynczo byś wybierał to byś [nieczytelne]. A jeszcze jak [to] zimową porą, to już całkiem przerypane. A zobacz, jak my śledzia wybieramy, nie. Normalnie jest mróz. Śledzia wybieramy tu, śnieg pada i mróz. To normalnie z początku jest zimno w ręce. A później, jak się ręce zagrzeją przy śledziu, to aż paruje ci z rąk. Ale tylko trzeba się przyzwyczaić. Kiedyś, jak żeśmy wybierali śledzia, to mielim tu koksownik na tym pomoście. To w koksowniku palili[m], wiadro wody stało w koksowniku na okrągło. Na moment wkładasz tylko do wody gorącej [ręce] – tak samo kobity, jak pracują przy rybach. Teraz jakieś inne rękawiczki załatwili. W tych ręce tak nie marzną. Ale jak gumówkę założę, to w gumówkach zaraz sztywne [dłonie] robią.

MB: Bo tam nie ma co grzać.

ŚD: Trzy i pół tony – kto wybierze? Nikt nie wybierze. Mieliśmy dwie i pół tony tam u Lufy. Wybieramy do drugiej w nocy. Światło zapalili na łajbie, wybieramy. No i co? Wybralim do drugiej? Nie wybralim. Przyszlim na drugi dzień. Najgorzej, jak to po sztormie przyjdą, o losie, sama tuczka. Najgorszy do wybierania wtedy jest. Tu jeden na drugiego musi patrzeć. Muszą się wszyscy pilnować. Nie ma żadnych kłótni na łódce, nie wolno się kłócić nikomu. Tam jest taka kultura na łódce… tam nie wolno nikomu się kłócić. Wszyscy muszą być tak zgrani… To nie ma, że ktoś na kogoś krzyczy. Tam nie wolno. Tu mogą sobie gadać w porcie i na kei ile chcą. Ale na łódce to nie ma nikogo. Tam nie wolno się nikomu odzywać – każdy jeden musi siedzieć cicho. I każdy musi wiedzieć, co robi.

MB: Każdy ma swoje zadanie.

ŚD: Jak do portu zawiniemy, to możemy się pokłócić. Na lądzie. A tam, na wodzie, nie ma. Tam każdy jeden cichutko siedzi. Najlepiej mi się pracowało z Wojtkiem. Od razu wiedział, że musi postawić pół litra.

Brat: Mi z Admirałem.

ŚD: Z Admirałem też. Pojechałem na spława z Admirałem. Tylko, że Kuropatwa nas wtedy sprzedał, bo nas przerzuciło przez te kamienie na drugą stronę, do Karalucha. Siedliśmy na kamieniach (dobrze, że się nic nie stało). I łódkę podniosło do góry i przelecielim Karalucha. I siatki obleciały naokoło, na siódemce były. My – cicho. Wisła – tam na dole – najgorsze, co może być. Bo płytko i fale są wielkie. Zamienia się jedna na drugą od razu – nie wiesz, kiedy ci wleje. Dwudziestka, wiatr przy brzegu; nie mogłem zdążyć wylewać wody, tak nam wlewało. Na wszystkich tutaj żaglówkach pływałem. I zobacz, pracowałem na kolei, to robiłem 12 godzin na kolei, 48 miałem wolnego. To tu na spław wtedy łowiłem, cały czas. A jak nie pojechałem na kolej miesiąc czasu, bo mi się nie chciało, tam mi podpisywali listę, a ja tu robiłem na spławach. Mam te [przepracowałem] 25 lat, to do emerytury mi starczy. Tylko wiek muszę mieć. A tyle mi starczy, bo tu nie dorobię. Jakie stare książki znalazłem – tak stare, że Mikoszewo mam w geografii. Z lat pięćdziesiątych. Piosenki są tam dziwne, ja takich nie znam… Przyjedziesz, Marcin, to ćwiartkę jedną, drugą…

MB: Nie ma za bardzo nic innego do roboty?

ŚD: Ja mogę siatki szyć. Bo ci dadzą 30, 40 siatek do uszycia – to se siedzę w domu i se siatkę szyję. Bamber żaki szyje – jeden żabki, drugi siatki. Nowe siatki dają do szycia, bo te się zaraz zedrą. Już ma do obcięcia wszystkie siatki. No to ja sobie w domu szyje – tak 40, 50 niech uszyję przez zimę. Starczy. Mamusia pracuje, pół biedy. Ja sobie 40 siatek uszyję, za jedną biorę 25-30 zł (zależy, komu szyję).

MB: A to długo zajmuje?

ŚD: Trzy siatki dziennie uszyje.

MB: No to można zarobić

ŚD: Ale to cały dzień muszę poświęcić. Ale w międzyczasie wnusię pilnuję, zapalę sobie, kawa, w piecu napalę… A tu se przyjdę w zimę, ustawię siatki… Złapię ze 4-5 łososików takich, na sprzedaż. Jakoś przeżyjemy do wiosny. Jak przyjdą śledzie wtedy już jest inaczej.

MB: Cały rok się łowi?

ŚD: Prawie cały. Tylko teraz te dwa miesiące przerwy i ja wyjeżdżam na dorsze z powrotem.

MB: A co? Limity?

ŚD: [Program pieniężny Unii Europejskiej] papiery do Inspektora w Gdyni musisz oddać… Ale popłynąć możesz. Jak chcesz ze mną pojechać, jak przyjedziesz – popłyniemy na zielonej łódce na spława. Zobaczysz, jak to się łapie. – Siwy to jest siwy; jeszcze mam czapkę, Kapitan Portu, Siwy Dym. Mam pięć gwiazdek.

MB: A jak z kobietami, które pływają? Bo kiedyś to tak było, że niedobrze było, gdy kobieta była na… [pokładzie]?

ŚD: Czemu?

MB: Nie wiem. [A może ta grupa przesądów odnosiła się do żeglarzy morskich, a nie rybaków? Spekuluję, nie jestem ekspertem].

ŚD: Wilczyca miała szczęście. To nie jest tak [jak zakładasz w pytaniu]. Jak przyjdzie baba pierwsza rybę kupić do ciebie – o, wtedy jest źle. Facet ma przyjść kupić. Tylko że kiedyś, jak spółdzielnia była, im nie wolno było ani jednej ryby sprzedać. On musiał na magazyn zdać, magazyn musiał mu ją sprzedać i dopiero po tym pieniądze dostał. A później było tak: oni zdawali na żywca; każda ryba ważona na wadze. I każda kartka musiała być napisana – czyja to jest ryba. Tu jest inaczej, bo troć łapie na żywo. I oni wrzucają do basenu, on wywozi te ryby i oni tych ryb im nie oddają, bo idzie na firmę wszystko, ta ryba. Jak miałem w grudniu, tam w basenie, 50 sztuk chyba samych sarniaków. Wszystkie sarniaki poszły ciach, na firmę. Oni za te ryby, co łapią na żywo, nawet złotówki nie mają. A tu nie było tak. Jeżeli trzy jednostki łapią, to powinny oddać rybę całą, jak w spółdzielni było. Na wszystkich to szło. Trzy jednostki łapały, czy cztery, a ten facet, co tu był – jemu nie wolno łapać. Zapłacił kasę za cały rok i jemu nie wolno łapać. A w spółdzielni było inaczej – łapały dwie i dwie. Bo jeden dzień te, drugi dzień te. Ale ta ryba wszystka szła na wszystkich ludzi, w spółdzielni, na wszystkich. A tam nie – oni łapią, biorą dla siebie. Zda jedną rybę na żywo (czy dwie). Przedwczoraj zawiozłem żywą, Rysiu ją utłukł. „Po co wam dawać, jak ta ryba nie wraca do mnie?”

MB: No tak.

ŚD: Idzie na spółdzielnię. A ZUS muszą i tak sami zapłacić. Tam jest księgowa, dają jej pieniądze i ona opłaca. [Trzeba samemu wyłożyć]. On pojechał [wypłynął] wczoraj. Kiedyś Franek pozwolił mu łapać, raz. A że mu wczoraj nie pozwolił, to go chciał zwolnił. Zobacz, przecież ja z Adamem łowię na tamtej łódce… Bo kawior na auto potrzebuję – kawior jest droższy od łososia. Kawior trzy dychy już tam u nich teraz, kurde. Niech oni sobie w dupę wsadzą te małe ziarenka. Łosoś 25, a kawior 30 zł. [Za] sandacza biorą już 25 zł. Kawior… Ja poczekam jeszcze na nich – jeszcze są takie niedobre. Tu jestem codziennie. A gdzie pójdę? Do domu? A co mam w domu robić? Pies by cię zagryzł. [Pies] czternaście lat ze mną do portu przychodził. Czternaście lat. On wie, na której łódce pływał. Wie, na którą łódkę ma przylecieć. Siwy tu na wszystkich łódkach pływa.

Piotr (oficer)

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
14.12.2011

Wywiad odbywa się w Gdańsku w mieszkaniu, w którym zamieszkuje badany. Znajdujemy się w dzielnicy Chełm, która charakteryzuje się typowym budownictwem z wielkiej płyty. Piotr jest oficerem Marynarki Wojennej, który w ciągu kilku lat swojej kariery zawodowej większą jej część spędził na okrętach wojennych.

MB: Przedstaw związek swoich losów z morzem. Jak doszło do tego, że Twoja praca bezpośrednio wiąże się z morzem?

PIOTR: Wszystko się zaczęło od mojego brata, który był pasjonatem marynarstwa. W latach osiemdziesiątych sklejał kartonowe modele okrętów, plastikowe samochodów, różne rzeczy… Obcowałem z tym (imponowało mi, że brat buduje takie rzeczy) i stwierdziłem, że sam muszę w to wejść. Z różnym skutkiem budowałem te modele – i w pewnym momencie zacząłem się interesować tym, co buduję. Co to jest? Jaki to okręt? Jaka jest związana z nim historia? Sklejałem modele związane z historią wojen na morzach. W Nowym Modelarzu było bardzo dużo polskich okrętów, które z różnych względów zapisały się w historii. Zacząłem się nimi coraz bardziej interesować, zacząłem czytać książki związane z naszymi okrętami. Wchodzę bardzo mocno w Marynarkę Wojenną, która bardzo mocno związana jest z Bałtykiem. Pod koniec szkoły podstawowej zacząłem czytać coraz więcej książek związanych z historią wojen na morzu. Jerzy Bendek, Koziarz, Wisowski. Połykałem te książki w całości. Zacząłem odnosić sukcesy w modelarstwie. Postanowiłem związać przyszłość z dziedziną, która mnie pasjonuje. Żeby się nie męczyć w pracy, trzeba robić to, co się lubi – to jest jasne. W szkole średniej zdecydowałem, że będę zdawał egzamin na Akademię Marynarki Wojennej.

MB: Jeszcze wtedy egzaminy były?

P: Tak, egzaminy zawsze są. Postanowiłem bezpośrednio związać moje życie z morzem. Zawsze imponował mi sprzęt wojskowy, szary kadłub…

MB: Dla niewtajemniczonych – co to ten „szary kadłub”?

P: Istnieją pasjonaci (shiplovers), którzy fascynują się statkami różnej maści, ale statkami cywilnymi. Podobają im się tankowce, ciekawe konstrukcje pływające po morzu i tego typu rzeczy. Mnie pasjonują okręty wojenne ze względu na system uzbrojenia, ponieważ jest to nieustanny wyścig – kto kogo przechytrzy, pokona pod względem siły, kto jaki system uzbrojenia zastosuje, by być zawsze krok przed przeciwnikiem w trakcie jakiegoś starcia. Coś w tym takiego po prostu jest, że mi imponuje. Nigdy mnie nie interesowało pływanie w cywilu, ponieważ wiążę się to z dłuższą rozłąką z rodziną – a wtedy relacje pomiędzy członkami rodziny są w dużym stopniu zaburzone (przynajmniej moim zdaniem).

MB: Potwierdzam.

P: Właśnie, wiesz, o co chodzi. Nie chciałem iść w tym kierunku. Jeżeli chodzi o polską marynarkę wojenną, to ta praca na morzu nie jest związana z aż tak długimi okresami poza domem. Jest parę okrętów, które od niedawna – od czasu wejścia Polski do NATO partycypują w różnego rodzaju przedsięwzięciach. Pewne okręty zostały oddelegowane i przebywają w zespołach i tam nieobecność – rozłąka jest troszeczkę dłuższa. Ale to nie jest w układzie pół roku – pół roku czy 3 miesiące – 3 miesiące, tylko po prostu jeden okręt, raz na kilka lat idzie w zespół NATOwski (jak choćby ORP Ksawery Czerwiński, na którym miałem przyjemność służyć), i, powiedzmy, przez rok jest w tym zespole. Czasem załoga się podmieni po pół roku, czasem nie. Mamy też fregaty rakietowe, które też partycypowały w siłach szybkiego reagowania NATO, ale z tego, co pamiętam, wyjścia trwały bodajże 3, maksymalnie 5 miesięcy. Tak więc nie ma tu takich zagrożeń dla życia prywatnego jak w przypadku floty cywilnej. Za pierwszym razem nie zdałem egzaminów. W 2000 r. dostałem się z konkursu świadectw na oceanotechnikę na Politechnice Gdańskiej. Chciałem zobaczyć, jak to jest. Całkiem nieźle mi tam szło, ale stwierdziłem, że nie odpuszczę i w następnym roku, bo widzę siebie w Marynarce i koniec. W 2001 r. udało się, zdałem egzamin i dostałem się do Akademii Marynarki Wojennej. Składałem dokumenty na wydział Nawigacji i Uzbrojenia Okrętowego. Czyli byłem kształcony na oficera-nawigatora morskiego z przeznaczeniem do służby na naszych okrętach (ponieważ tam jest jeszcze drugi kierunek, mechaniczno-elektryczny i kształceni tam oficerowie służą pod pokładem). Studia trwały pięć lat i zostały ukończone pracą magisterską To już był etap szkolenia do pracy na morzu. Studia to przygotowanie dowódcy oddziału-specjalisty, dowódcy plutonu, oficera do kierowania ludźmi na okręcie na morzu. To jest jednocześnie żołnierz, który podlega pod Regulamin Ogólny Sił Zbrojnych, ale także pod Regulamin Służby Okrętowej. Jesteś tutaj nie tylko żołnierzem, który przestrzega drygu, musztry i innych rzeczy, związanych z byciem żołnierzem, ale – w odróżnieniu od zwykłego żołnierza wojsk lądowych – tutaj mamy przed sobą żywioł morski. Poprzeczka jest moim zdaniem wyżej ułożona przy pracy na morzu w porównaniu do wojsk lądowych, ponieważ wykonuje się te same zadania, co oficer po Akademii Marynarki Wojennej – dowodzi ludźmi, żeby wykonać zadanie przede wszystkim (przy pomocy ludzi, przy pomocy sprzętu), ale jednak na morzu, gdzie będąc na tym kadłubie, jest się w zamkniętej strefie i na niewielkim obszarze. Musisz współpracować z ludźmi, których widzisz non-stop (nie możesz przed nimi uciec, nie możesz się okopać), powiedzieć: „Mam dość, zmywam się”. Za burtą jest woda. Co więcej, ten okręt się kiwa, on pracuje na fali i nie każdemu łatwo przychodzi służba, zwłaszcza na tych okrętach niewielkich – mam na myśli trałowce czy okręty rakietowe. Jest falowanie i związana z nim choroba morska, na którą nie ma mocnych. Trzeba się przyzwyczaić i trzeba szanować to morze. Mam przyjaciół, którzy ukończyli Akademię Marynarki Wojennej, ale bardzo mocno chorowali i nie potrafili tego przemóc. Dobrze się uczyli, zaliczali, ale po krótkich, bardzo krótkich epizodach na okręcie stwierdzali, że chcą pracować dla Marynarki Wojennej na lądzie. Po pracy magisterskiej nadchodzi czas na przydział do jednostek wojskowych. Ja trafiłem do Ósmej Flotylli Obrony Wybrzeża w Świnoujściu.

MB: Trafiłeś już do służby zawodowej?

P: Tak, bo przez pięć lat studiów jest się kandydatem na żołnierza zawodowego. Dostaje się żołd, takie sprawy, awansuje się… Po dobrze zaliczonych egzaminach awansuje się na [stopień] Starszego Marynarza, itd. Jesteś tym żołnierzem, nosisz mundur, ale jesteś ciągle kandydatem, nie jesteś w służbie stałej. Dopiero jak awansujesz na stopień podporucznika, zostajesz oficerem. Rozkazem personalnym jesteś mianowany przez prezydenta Rzeczypospolitej na pierwszy stopień oficerski, zostajesz żołnierzem służby stałej, no i dostajesz przydział do jednostki wojskowej. W Marynarce Wojennej na szczęście nie ma rozrzutu po całej Polsce (jak kończysz Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Lądowych we Wrocławiu, to cała Polska – możesz wszędzie trafić). Tu zawsze właściwie gdzieś wzdłuż Wybrzeża. Zdecydowana większość z nas po promocji chciała wybrać Gdynię, bo to jest jednak duża aglomeracja miejska. W Świnoujściu, Kołobrzegu czy [na] Helu fajnie jest przez 2-3 miesiące w roku, a potem życie zamiera (miejscowości turystyczne). Trafiłem na okręt wsparcia logistycznego Kontradmirał Ksawery Czerwiński, na dowódcę działa artyleryjskiego. W praktyce sprawdzałem moje umiejętności w dowodzeniu ludźmi, znajomości sprzętu i uzbrojenia, nawigacji. Ponadto, oprócz bycia dowódcą działu II artyleryjskiego (czyli zajmować się uzbrojeniem), moim obowiązkiem było prowadzenie samodzielnej wachty morskiej. Przychodząc na okręt miałem do zaliczenia znajomość jego budowy. Każde pomieszczenie, gdzie jest gaśnica, wszystkie dane okrętu – cały okręt musiałem mieć w małym palcu.

MB: Opowiedz o relacjach między członkami załogi. Mówisz, że one są bardzo hierarchiczne…

P: Oczywiście.

MB: Czy to ich jedyna cecha?

P: Wojsko jest instytucją hierarchiczną – jeżeli nie będzie hierarchii, nie będzie wojska. Utrzymuję dyscyplinę na okręcie, nie spoufalam się z podkomendnymi. Dotychczas wszystkie powierzone mojej załodze były oceniane pozytywnie po wykonaniu, a ja nie miałem żadnych problemów natury dyscyplinarnej, co uważam za mój osobisty sukces. Oprócz dyscypliny, liczy się empatia oraz to, by rozkazy były możliwe do wykonania, o realistycznym stopniu trudności.

MB: Jakie znaczenie ma dla ciebie morze?

P: Przede wszystkim miejsce pracy. Poszedłem do wojska tylko i wyłącznie bo chciałem pracować na okręcie i na morzu.

MB: Co jest takiego fascynującego, co cię pociąga w morzu?

MB: Żywioł, walka. Ten moment, jak już okręt wyjdzie na morze, tracimy z widoku brzeg i nagle słyszysz ten wiatr, jak on wieje, jak on gwiżdże z ogromną prędkością. Fale zaczynają rozbijać się o kadłub. To jest taka ogromna siła. Nieważne, czy jest się na lotniskowcu, czy na kutrze rybackim. Człowiek zostaje rzucony na kolana przez ogrom tej natury. Obcowanie z taką siłą fascynuje. Zawsze największy szacunek będę miał do podwodniaków – moich kolegów służących na okrętach podwodnych. Oni wykonują najcięższą pracę. Morze hartuje ducha. Na okręcie znajduje się dużo ludzi na niewielkim obszarze. Takie warunki często powodują powstawanie napięć, a rolą oficerów jest opanowanie tego wszystkiego. Mój najdłuższy rejs trwał dwa miesiące. Po trzech tygodniach przebywania w takim niewielkim, zamkniętym miejscu na morzu, gdzie nie było jak zejść na ląd [a] ludzie przebywali ze sobą po 24 godziny na dobę – powodowało to napięcia, zrozumiałe, z punktu widzenia ludzkiej psychiki (a oficer powinien być psychologiem). Trzeba z tym walczyć, zajmując ludzi różnymi rzeczami i rozmawiając z nimi…

MB: Opowiedz mi jakieś niesamowite opowieści związane z Bałtykiem.

P: Kiedyś rozmawiałem z podoficerem amerykańskim (przyszedł do nas na cykliczne ćwiczenia BALTOPS amerykański krążownik rakietowy), no i ten podoficer z dosyć dużym doświadczeniem morskim, od wielu lat pracując w US Navy, pierwsze co powiedział, to że on nienawidzi Morza Bałtyckiego. Że to jest najgorsze morze, po jakim miał sposobność pływania, ze względu na to, że jest to akwen niewielki ze specyficzną, krótką falą. Powoduje to, że okręt długością się nie jest w stanie wpisać w okres fali [i] co chwilę skacze na tej fali. To powoduje, że choroba morska jest wyjątkowo ciężka i wyjątkowo dokuczliwa na Morzu Bałtyckim; ta fala jest nieregularna – nie rozkłada się jak na Oceanie Atlantyckim czy na jakimś większym akwenie. Amerykanin był przerażony (oni przyszli dużym okrętem – krążownikiem), wszyscy się porzygali. Bardzo chorowała załoga tego okrętu, bo była nieprzyzwyczajona do tak krótkiej fali; błędnik ludzki nie był się w stanie szybko dostosować. Baltic Sea no more! Jak weszli do Gdyni, ucałowali ziemię – przestało falować. Może nam to łatwiej przychodzi, bo my codziennie obcujemy z tym morzem i rzadko wychodzimy na inne akweny. Ale jak wpływaliśmy na Morze Śródziemne, to nawet te biskaje nie były aż takie straszne; duża fala, długa, ale ten okręt jest się w stanie w nią wpisać, i choć przechyły są dosyć duże, nie ma takiego skakania po tej fali.

MB: To jest dodatkowo niebezpieczne też dla okrętu?

P: Może nie ma takiego zagrożenia… Bałtycka fala jest tylko bardzo niewygodna i nieprzychylna do współpracy (tu już trzeba by było poczytać o hydrologii Morza Bałtyckiego). Te fale się rozchodzą, uderzają od różnych brzegów (bo ten akwen jest niewielki), te fale się spotykają, w różnych kierunkach chodzą… Dlatego tak ze wszystkich stron ta fala uderza w burtę.

MB: Opisz dzień pracy na morzu.

P: W zasadzie każdy dzień na morzu jest taki sam. Wszystko jest zdeterminowane rozkładem obowiązków wynikających z wachty morskiej. Załoga okrętu, jak i statku handlowego jest podzielona na wachty; zazwyczaj jest to wachta trzy-zmienna, trwająca po cztery godziny. Wchodzi się dwa razy na dobę na swoją zmianę i realizuje się swoje zadania. Człowiek wstaje o nakazanej porze, myje się, je, wychodzi na tą wachtę, wraca, kładzie się, śpi, je… Organizm się tak przyzwyczaja momentalnie, że… każdy dzień jest taki sam. Wpada się w taką monotonię – robi się cały czas te same czynności. Może stąd się pojawiają te napięcia? Po dwudziestu dniach robienia dokładnie tego samego i przebywaniu z tymi samymi ludźmi… Niektórzy ludzie nie znoszą takiej monotonii. Inni się przyzwyczajają od razu. Jest okręt – okręt idzie z punktu A do punktu B, zatem wykonujemy cały czas te same czynności. Dookoła prawie nic się nie dzieje, w zasadzie tylko oficer nawigacyjny musi dużo myśleć, bo jeżeli jest duży ruch wokół okrętu, to musi podejmować jasne i zdecydowane decyzje, żeby na nikogo nie wpaść. Ale każdy dzień wygląda tak samo. Czas jest „umilany” różnego rodzaju okrętowymi ćwiczeniami bojowymi. Jeżeli załoga zbytnio się nudzi, to organizuje się ćwiczenie bojowe, które ma podtrzymać poziom umiejętności do wykonania zadania na morzu, ale też rozbić monotonię. A jest monotonia na morzu.

Rysiek

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
30.11.2011 Świbno koło Gdańska

Miejscowość, w której znajduje się mały rybacki port rzeczny. Wywiad przeprowadzono w tym właśnie porcie podczas postoju kutrów. Miejsce zaniedbane, którego „czasy świetności” przeminęły prawdopodobnie wraz ze śmiercią Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, w której to gospodarce istotną rolę odgrywały państwowe przedsiębiorstwa związane z rybołówstwem. Pozostałości infrastruktury są na bieżąco reperowane, chociaż całość sprawia wrażenie, że może za moment runąć. Na kutrach kilku starszych wiekiem mężczyzn reperuje sieci. Pozostali rozmawiają obok kutrów na przystani. Toczą się rozmowy dotyczące dnia codziennego.

Pan Ryszard jest emerytowanym marynarzem. Wywiad odbywał się na terenie jego posesji.

MB: Gdyby mógł Pan opowiedzieć o swoim kontakcie z morzem?

RYSIEK: To zaczęło się, jak chodziłem do liceum. Ojciec rybaczył, oprócz tego, że pracował jako mechanik na promie. I jako 16-letni praktykant u ojca robiłem – zawsze te kieszonkowe miałem. A później do wojska.

MB: A gdzie Pan był w wojsku?

R: W Słupsku, w niebieskich beretach. Wtedy tę jednostkę zakładali, 63 rok i wtedy powstała Siódma Łużycka Desantowa. Jak stamtąd wyszedłem, to ojciec mi załatwił [posadę] do Żeglugi Gdańskiej, bo on tam tyle lat pracował. To się załapałem, tak zwana „żegluga szuwarowo-bagienna” (na barkach bez napędu pływałem), bo wtedy tylko takie były barki bez napędu plus holownik. Tam zaczynałem.

MB: A co zadecydowało?

R: Tu się wychowałem. Tu całe towarzystwo to masz samych rybaków. Chciałem być marynarzem i nim zostałem. Dwa lata siedziałem w PŻM-ie. Kiedyś wszystkie masowce były w PŻM-ie, a drobnicowce przyjmowało PLO. Przeszedłem do PLO w 1970 r. Tam siedziałem, w 2003 r. to byłem już u Greków. Wypadek miałem później (trzy lata nie pływałem w ogóle), później złapałem się na jeden kontrakt, to taki krótki był. Poszedłem na emeryturę…

MB: Tutaj Pan też łowił ryby?

R: Ryby to u ojca, jak byłem praktykantem. Tu nie miałem żadnych pieniędzy, bo tu już mnie nie przyjmowali (za stary dziad byłem, żeby gdzieś siedzieć na kontraktach), to tu pomagałem kuzynowi. Jeździłem w morze z nim. Jak PLO mi się kończyło, 20 lat miałem, no to poszedłem do „Pewexu“ pływać; akurat się dostałem na Greki. Przez „Pol-serwis“ to wtedy było. Na Grekach siedziałem. W osiemdziesiątych latach chyba poszedłem do „Pewexu“. Tak siedziałem do 2003 r.

MB: Jak wygląda taka praca na morzu?

R: Rano śniadanie, bosman drze gębę (to ci jeszcze sternik opowie) i do roboty: to malowanie, skrobanie, miniowanie. A jak w porcie, to siedziałem na masowcu, to mało co masz do roboty. A na drobnicowcu to: badać ładownie, zobaczyć, aż kończy się jakaś robota, czekać… Latać z farbą i oznaczać worki (bo się jutowe worki kładło), odciągnąć dany towar od następnego – i tak wachta ci zlatuje.

MB: A taka praca jak tu, jak Pan ryby łowi?

R: O piątej rano sprawdzić zastawne siatki. Wypatrujesz siatki, płyniesz i od razu wybierasz rybę. Ile zdążysz, tyle zdążysz, przyjeżdżasz do portu, mocujesz, i wtedy dalej wybierasz tą. Nieraz przyjdą kolesie, ci pomogą, nie. Nieraz jak im pokażesz, że masz flaszkę to od razu chętnych masz pełno. Butelka jedna to za mało.

MB: Stosunki koleżeńskie na morzu – jak to wygląda?

R: To wszystko zależy od ludzi. Są tacy, że ciężko się z nimi pracuje, a są tacy, co wszystko biorą lekko. To z takimi najlepiej. U nas się pracowało w soboty 4 godziny, w niedzielę w ogóle, a u Greka to zapierdalałeś po 12 godzin dzień w dzień. Sobota, nie sobota, w niedzielę się też zasuwało. Tam stary jak był w porządku, to niektórą niedzielę dał ci wolną. A tak, to cały czas robisz po 12 godzin.

MB: Jakieś przesądy związane z morzem?

R: Gwizdać nie wolno na statku.

MB: Dlaczego?

R: Sztorm się przynosi. Gwizdać na pokładzie to może taki facet, który… ma tutaj za uchem sól morza, to znaczy [taki], co przepływał Cap Horn. Taki może chodzić i gwizdać po tym. Normalny to nie ma prawa gwizdać. I jak się idzie i pluje to zawsze na zawietrzną, a nie wietrzną.

MB: To już wiadomo… Jakby Pan określił, czy praca na morzu jest trudna czy łatwa?

R: To zależy. Jak ktoś jest bystry, to tam dla niego to nic nie jest. A jak ktoś będzie gamoniasty, to to już będzie czy na lądzie, czy na morzu… to mało kiedy daje radę.

MB: Jak morze wpływa na człowieka?

R: Na mnie dobrze. Zakonserwowany człowiek jest. Mówi się: jak w żyłach jest trochę soli, to zawsze się będzie dobrym marynarzem.

MB: A po czym można poznać, że ktoś jest dobrym marynarzem? Albo że się średnio nadaje…

R: [To widać po tym,] jak staje do roboty, jak zna przepisy. Staje tak, a tak nie wolno, zaczyna piwo żłopać… O, chłopie! Za długo tu nie będziesz… Albo miałem takiego wieśniaka z Białostockiego, bracie: tu manewry, cumowania, a ten lata z aparatem fotograficznym. Ja mówię: „Słuchaj, ty tu do pracy czy jako fotoreporter?“. Skacze przez te liny… Trzeba uważać, bo jak to jest: jeśli się za mocno [na]ciągnie [liny], puści trochę, poderwie go, w jaja dostanie i facet wypadnie za burtę albo mu połamie nogi. Ja mówię: zawszę chodź pod liną. A niektórzy: przed liny.

MB: A jakieś nietypowe zdarzenia może Pan pamięta z pobytu na morzu?

R: Nadgorliwy byłem i poszedłem na fali kotwice mocować, bo zaczęła tłuc się. Jak fala mnie pizła, to przycisnęła mnie do windy kotwicznej. Nogę miałem połamaną. Tylko zdążyłem się łańcucha złapać i widziałem, że fala leci, więc przysiad zrobiłem. A wstać nie mogłem. A bosman się zdążył schować, „Uważaj, Rychu, bo idzie fala!“. Ja spojrzałem i było za późno, bo ona już była nade mną. Jak mnie przykryła, to mówię „Kurwa mać, chyba się utopię“. Ale miałem olejarza z kapturem, to powietrze to trzymałem tak, że jeszcze można było oddychać. Przeszła fala, ja mówię: „Chyba mam nogę złamaną, nie mogę się podnieść”. Złapał mnie za portki, wciągnął… Fala następna przyszła, poleciał po chłopaków. Chłopaki zanieśli mnie do kabiny. Miałem nogę złamaną, z pęknięciem stąd do kolana. 12 dni z taką połamaną nogą – a to się stało jak myśmy wychodzili z Kanału Panamskiego. Grek oszczędny, zamiast (bo tutaj do bazy amerykańskiej na Kubie, tam by mnie opatrzyli raz-raz), to tak jeździłem połamany. Dobrze, że miałem rum…

MB: [śmiech]

R: …ze stewardem: jemu szklaneczkę i sobie szklaneczkę. Także nie czułem tego bólu. Potem mnie zawieźli do szpitala w Hamburgu, gdzie obejrzał mnie chirurg. Spytał, czy zgadzam się na operację. Mówię „Tak, innego wyjścia nie mam“. Dziesięć śrub mi włożył. Śmieli się, że teraz, jak pójdę na statek i mi lina uderzy w nogę, to lina pęknie, a noga będzie cała. Ale mi to przeszkadzało i u nas kazałem sobie te śruby wyjąć. Najbardziej w kolanie. Taka Niemka codziennie mi przynosiła dobrą kawę w termosie i ciasta. Ona była kiedyś z Gdańska, to wiesz, uważała mnie za swojego… Jej mąż też leżał w szpitalu – jemu przynosiła i mi przy okazji przynosiła.

MB: Proszę mi opowiedzieć o tym, jak łowił pan ryby na barkach.

R: Na barkach to woziliśmy do Malborka, do Elbląga… Z Nowakowa to się woziło buraki cukrowe, bo tam zawsze rolnicy je z Żuław zrzucali. Holownik nas ściągał do Malborka (tam do tej pory jest port śródlądowy). Tam się wyładowywało (bo tam zaraz cukrownia). I konopie się woziło też. Bo tam jest suszarnia. Na konopiach to jeszcze człowiek zarobił, bo jak pomagał im wrzucać do barki, to zawsze tam parę groszy ci wpadło. To był sezon, barka za barką szła, a tych konopi to było zatrzęsienie. Trzeba było to szybko załadować. Później piasek woziłem z Grudziądza, z Elbląga… Życie to było, wiesz… Parę groszy się wydawało na jedzenie. Zarabiałem tysiąc złotych, a jak byłem starszym marynarzem – 1400 zł. Siatki miałem i z barki ryby łowiłem, to też się dobrze sprzedawało. Zaraz do rolnika i wymieniałem na kaczkę, mleko, jajka… takie rzeczy.

MB: To było w latach osiemdziesiątych?

R: Nie, to były lata sześćdziesiąte. Wtedy komuna rządziła. Tak narzekają na komunę, ale za komuny każdy miał robotę. Tutaj teraz to tylko to rybołówstwo, no i rolnicy są. Ale chętnych tak do pracy nie… Rolnik to ci za dużo też nie da na godzinę. Teraz jak ci daję dychę na godzinę, to też nie ma chętnych. I do tego dostajesz koryto. A ci, co tu u tych robią, to przecież wszystko na czarno. Pięć złotych na godzinę. Jemu już się nie opłaca płacić ubezpieczenia. A tu działała spółdzielnia rybacka. Jak był jeden prezes, to jeszcze jako-tako było. A później zmiana była, to się znalazło trzech prezesów. I rozpieprzyli, sprzedali te wkłady, co rybacy mieli, przynależną im część wypłacili i to wszystko. A też sprzedawali na rynku. Najpierw w spółdzielni rybackiej musiałeś wykonać plan. Jak żeś to zrobił, mogłeś rybę sprzedać na lewo – nawet prezes ci nic nie powiedział. Ale swój plan musiałeś zrobić. A teraz wszystko na lewo sprzedają. I jakie ceny, trochę przesadzają. Myśmy z kuzynem sprzedawali, to śledzik po trzy złote, flądra. Łososia kiedyś się sprzedawało po 10-15 zł, a teraz już 25 zł. Ja się śmieję: nigdy nie zarobicie. Jak masz większą ilość, mówię, to sprzedaj taniej, ale zawsze: sprzedaj. Jak hurtownik, to mu flądrę sprzedaje po 1.80 zł…

MB: A jeszcze te limity mają dodatkowo?

R: Tak. Chociaż te małe łajby mają mniejsze limity, bo oni nawet jak ochrona jest, to mogą łowić. Dorsza nie, ale flądrę mogą. I jeszcze zmniejszyli, bo kiedyś [można było łowić] flądrę do 25 cm, a później ten przyszedł i mówi: Możecie już tylko 15 [cm] brać. Mieliśmy centymetr na pokładzie. Człowiek mało zarabiał w PLO tych dewiz, ale zawsze na ten garuch starczyło. Kiedyś PLO nam dawało przecież, te, „Leśne Owoce“. Zmienili to i później w butelkach nam dawali. Polskie wino z jagód. Zawsze w kuchni [pokładowej] było. Dawali nam po szklance, potem zmniejszyli do 100 gram. A tak to była szklanka. Ja tam dwie szklanki dostawałem. Chłopaki mówili, „Dlaczego on dwie?“. A steward mówił: „Jak będziesz sprzątał tak jak on, to też dostaniesz“. Ja zawsze jak schodziłem z wachty to zamiatałem w messie, myłem talerze. On nie musiał o szóstej rano wstawać, ja go budziłem o siódmej. Za to dostawałem dwie szklanki. A u Greka było inaczej… On Rusków brał. Jak ruski oficer zarabiał tyle co ja jako starszy marynarz, to się wcale nie dziwię. Ja dostawałem 1200 dolarów i ruski oficer tyle samo. Zatrudniał także Filipińczyków i Indonezyjczyków, którzy dobrze znają angielskimi i są uzdolnionymi żeglarzami. Takie małpy że nie wiem. Jak mieliśmy awarię podczas załadunku węgla brunatnego. Było pełno tych butli, co naprzynosili. Filipin zginąłby pod tą butlą, nie mógł się podnieść. Ważą po czterdzieści kilo. Czterdzieści kilo to jeszcze podnoszę. [opisuje swoją sprawność w układaniu szkunerki – potrafi pracować dwukrotnie szybciej od Filipińczyków]. Tam trzeba mieć wprawę. Tam dużo ludzi było przypadkowych, już nie mówię nawet o rybołówstwie…Taksówkarz, kurwa, spod Warszawy… Była inspekcja z Urzędu Morskiego (ten tam siedzi jako mechanik), ten z Urzędu Morskiego patrzy się na niego i mówi: „A pan skąd ma te papiery?” A ja mówię: „No, jak to skąd ma? Warszawska Szkoła Morska. Kupowali papiery w Panamie, po pięćset dolców… A to trzeba się znać. Nawet jak był mechanikiem samochodowym, to nie jest silnik okrętowy. [Opowiada o zaimpregnowanych nasionach a'la Monsanto – do jednokrotnego zasiewu. Do rolnika, potencjalnego kupca:] „Tylko ty tego nie bierz do skupu, bo powiedzą, że kradzione. To się nadaje wyłącznie na paszę albo na mąkę.”

MB: Czy praca na morzu wywarła jakiś wpływ na pańską rodzinę?



R: Wpływ był taki, że mieli pieniądze. „Morze żywi i bogaci, mąż zarabia, baba traci”. Tak zawsze było, kurwa. W domu człowieka nie ma. Kiedyś to było jeszcze: rok pływania, miesiąc urlopu. A później wprowadzili to, że za nadgodziny ci dawali dni wolne to [i] pół roku pływałeś, a pół roku siedziałeś w domu. Za to ci płacili. To było za długo. Człowieka samego ciągnęło, żeby spieprzać. Bo to dostałeś tylko gołą pensyjkę, tysiąc ileś tam, a wszystko też szło do góry. [Dorabiałem też przyjmując wachty na statkach stacjonujących w Gdańsku.] Często było tak, że jakieś imprezy były, a nie może wyskoczyć, bo wachtę ma. – „Rychu, pójdziesz?” „Pójdę, tylko wiesz, wybulisz. Jak od szesnastej przejmuję wachtę do następnego dnia to, mówię, to bulisz dwie stówki, bo taka stawka była. I, mówię, z Baltony przynieś flaszkę, żebym nie rozchorował się tu na pokładzie”. Sama naga pensja, a tak miałem swoje kieszonkowe. To było dobre. Wachtę przyjąłem w Gdyni, Święta Wielkanocne. Ja trzymam wachtę, nie ma nikogo – miał przyjść i nie przyszedł. Następna wachta, nie ma nikogo. Idę do oficera wachtowego, mówię: „Panie drogi, wybaczy pan, ale ja tutaj już trzeciej doby nie będę zapierdalał. Bez przesady.” – „To co zrobimy?” Ja mówię: „Zadzwoń pan do WOK-u, niech przyślą jakiegoś żołnierza. Chłopaka nauczy, przyjdzie WOK, PLO obciąży… Bo i ja podpadnę.Ile mogę chodzić po tym pokładzie?” Zadzwonił do WOK-u, powiedział, jaka jest sprawa… Przyjeżdża samochód, wyskakuje z niego trzech oficerów czynnej służby… Zapisali, sprawdził w grafiku, i mówią: „W porządku.” Przychodzę do pani Ireny, a ona mówi: „A co tam za aferę pan zrobił?” A ja na to: „A co to, ja nie mam świąt?” Tym bardziej, że ja to nie załoga. Żeby chociaż przyszedł i powiedział: „Słuchaj, coś się stało, tego… Ale nie, ma w dupie. To ja też. Dzwoniłem po WOK, przyjechali i z głowy. Żebym ja był w porządku (jak cię złapią, zabiorą ci, kurwa, książkę trafową) – a ten gdzieś tam bawi się. Takie były czasy.

Pan Krzysztof (motorzysta)

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko
21.12.2011 Gdańsk

Wywiad odbywa się w mieszkaniu badanego w Gdańsku. Pan Krzysztof jest emerytowanym motorzystą.

MB: Pańskie życie z perspektywy morza. Jaką rolę ono odegrało?

K: Marynarzem zostałem zupełnie z przypadku. Pomimo tego, że urodziłem się w Gdyni, okupację niemiecką spędziłem w Bydgoszczy i Toruniu (były to tereny wcielone do tzw. Grossdeutschland). Po wyzwoleniu skończyłem szkołę podstawową w Bydgoszczy i poszedłem do technikum mechanicznego. A ponieważ szykowała się tam reorganizacja (mieli nam przedłużyć naukę), zdecydowałem wraz z moim kolegą, że idziemy do Szkoły Morskiej. Zaczęło się od kursu teoretycznego, organizowanego dla młodych chłopaków przez Ligę Morską: żagle, węzły… Praktyczne zajęcia [także], ale „na sucho”. A latem, po skończeniu roku szkolnego, kurs pracy morskiej w Kruszwicy (to była szkoła średnia). Tam przyjeżdżali fachowcy morscy, przeprowadzali pewnego rodzaju selekcję, przede wszystkim zdrowotną. Na miejscu 30-40% odpadało. Drugi etap selekcji to były egzaminy. Chcieli się zorientować, czy to zupełna ciemnota. Matematyka i język polski. Po zaliczeniu tego kazali się zameldować w Domu Żeglarza w Gdyni. W międzyczasie, ten mój kolega, zanim dotarł na kurs, pojechał na jakieś wczasy harcerskie i się wypiął. Poznał tam jakąś dziewczynę i koniec, nie pojechał. Ja zostałem sam, a to on był motorem i inicjatorem tego wszystkiego. Trzy lata spędziłem w Szkole Morskiej. Potem był okres, który pan też może znać tylko z lektury: nakaz pracy. Obowiązek – po skończeniu [nauki] dostawało się przydziały w różne miejsca. Ja dostałem do PLO – Polskie Linie Oceaniczne. Ale ja nie byłem marynarzem z powołania.

MB: O, to ciekawe.

P: Nie byłem, to kolega był inicjatorem. Pociągnąłem to dalej. W Szkole Morskiej też była reorganizacja, przyjęli nas od razu na trzeci rok (nauka trwała pięć lat). Trzy lata tam odsiedziałem i do roboty. Młodo się ożeniłem. Popływałem trochę i rozstałem się z PLO. Pracowałem w porcie, na holownikach, już jako mechanik dyplomowany (po kolei robiłem te dyplomy). Potem wracałem do PLO, [bo] zarobki gdzie indziej były mizerne. Później „w kratkę”: parę lat pływania, parę lat na lądzie, w inspektoracie technicznym. Nie mogę powiedzieć (jak inni), że spędziłem życie na morzu. Ja przeszedłem wszystkie szczeble (na niektórych z nich drabina się łamała): zaczynałem od prymitywnych statków parowych Narwik. Zdobyłem tam pierwsze szlify (pierwszy rejs – do Chin, pół roku).

MB: Pierwszy kontakt z morzem – te początki – czy to było trudne doświadczenie?

K: Doświadczenie jako takie nie było trudne, bo myśmy byli przygotowani przecież przez tą szkołę (była praktyka, na bardziej nowoczesnym statku, do Chin i z powrotem). Był Dar Pomorza na Bałtyku… Ale co się będzie działo i jak to będzie wyglądało, to myśmy mieli ogólne pojęcie, ale było to praktycznie cholernie trudne (Narwik był statkiem z demobilu amerykańskiego, maszyna napędzana parą, kotły prymitywne i węgiel). 10 czy 15 (w zależności od jakości) ton węgla szło na dobę, pracowało się [w systemie] 4 godziny pracy – 4 godziny wolnego – 4 pracy… Jak morze było spokojne, to nie było żadnych sensacji, ale jak zaczęło porządnie kiwać, no to i ciężko spać, i ciężko pracować (tam straciłem wszystkie włosy od razu, bo nie było się gdzie myć). Ciepłą wodę robiło się z wypustu pary z kotła (tej przemysłowej), a ona była tak chemikaliami nasycona… Długo trwała ta pierwsza podróż, ja na tym statku pierwszym wytrzymałem półtora roku. I to był prawdopodobnie najdłuższy okres mojego zaokrętowania. Potem to już było krócej… W latach 50-60-tych flota się naprawdę błyskawicznie modernizowała. Te wszystkie dziesięciotysięczniki polskie – w ciągu roku [wodowano] 5-7 statków nowych.

MB: Nowoczesnych?

K: Na owe czasy nowoczesnych. Silniki spalinowe, fiaty… Warunki socjalne były wspaniałe w stosunku do pierwszych (pojedyncze kabiny). Zarobki były wyjątkowo mizerne, ale się kombinowało.

MB: Pan zaczął pływać w…?

K: W 1954 r. skończyłem szkołę.

MB: Czyli był Pan świadkiem tych wszystkich przemian?

K: Tak, i postępu we flocie, i rozwoju, i zmian. Np. byłem świadkiem jak w 1956 r. stały ruskie okręty tu na redzie, a Gomułka w Warszawie „zmieniał” system… Byliśmy grupą, wie pan, wybraną, ale dowcip polegał na tym, że my mieliśmy kontakt ze światem.

MB: No właśnie.

K: W owym czasie śmiertelnik nie brał dowodu, paszportu i nie jechał, gdzie chciał. To było dla niektórych. Dla mnie nie, przez rodziców wiedziałem, że świat jest inny). Politrucy w Szkole Morskiej wkładali nam do głów, że „wszystko, co zobaczycie, to są atrapy. Owoce… to nie jest prawdziwe”. Po październiku ’56, ci tzw. oficerowie kulturalno-oświatowi zostali zdjęci – nie było ich na statkach. Pracowałem, robiłem kursy, zdobywałem dyplomy (doszedłem do dyplomu mechanika okrętowego I-szej Klasy) i dostałem to najwyższe stanowisko na statkach – starszy mechanik w dziale maszynowym (nade mną był kapitan, który rządził wszystkim).

MB: Proszę opowiedzieć o okresie, kiedy pływał pan po Bałtyku?

K: Ja nie pływałem po Bałtyku jako takim, tylko nieraz. Przedsiębiorstwo było tak zorganizowane: linie dalekowschodnie, śródziemnomorskie. W PLO w ogóle nie było linii krótkich, bałtyckich, w tym rodzaju (tym się zajmowało PŻM), a później powstało w Kołobrzegu to promowe. Pracowałem kiedyś na zastępstwie na promie, który pływał z Gdańska do Helsinek (dwa tygodnie na promie, dwa tygodnie w domu), ale, wie pan, to nie ma nic wspólnego z marynarstwem. Próbowałem raz pływać na obcych statkach i wróciłem po pół roku – jako pasażer, bez grosza. Po pól roku oczekiwania dopiero przysłali za ten okres zarobki. Niektórzy dobrze trafili, ale Bałtyk sam, jako taki nigdy nie było tak, żebym pływał wkoło, jak hanzeatyckie statki.

MB: Ale jakieś trasy Pan robił – trzeba było wypłynąć z portu, itd.?

K: Z Gdyni podróż pamiętam. To był nowobudowany statek: tutaj w stoczni w Gdańsku, nazywał się Chopin (z kolei – bo tych Chopinów to było bardzo dużo, co najmniej kilka). Na tym statku popłynęliśmy do Murmańska w ’56 r. Jako asystent zamustrowałem na pierwszego Batorego, który w tym okresie (letnim) woził polonijne wycieczki z Francji tu po Bałtyku: po fiordach, Norwegia… Chodziliśmy tam daleko na północ (zresztą, stamtąd mam też ten świstek, który każdy marynarz sobie ceni – przekroczenie kręgu polarnego).

MB: No to rzeczywiście daleko na północ.

K: Rejs był dosyć sympatyczny. Choć z drugiej strony dla pracownika, dla marynarza) dosyć trudny okres, bo nie było kiedy spać – cały czas słońce. A widoki… przepiękne! Było co podziwiać.

MB: Zna pan jakieś ciekawe historie, opowieści dotyczące Bałtyku?

K: Na emeryturze to zasmakowałem, mam trochę literatury; nautyka mnie interesuje. Literatura jest bogata – ale ja osobiście jakiś takich przeżyć, które mi utkwiły w pamięci – ja osobiście to nie.

MB: A w ogóle na morzu? Jakieś dziwne sytuacje, które utkwiły Panu w pamięci?

K: Sztormy przenajróżniejsze… szczególnie Biskaj (to znane przejście z Morza Bałtyckiego, przez Kanał Kiloński na Morze Północne) i przez La Manche na Atlantyk. I tam, na Atlantyku daje często ten Biskaj popalić – ciężkie są warunki nieraz. Ale technika jest dzisiaj tak rozwinięta, że naprawdę trzeba wyjątkowych zbiegów okoliczności, żeby się coś złego stało.

MB: Czy zna lub pamięta Pan jakieś przesądy?

K: Dużo tego. Nie wolno gwizdać. Zna pan to; mówili o tym. Kiedyś były załogi liczniejsze – nieraz coś zaczynało się psuć po wyjściu – no to się wtedy mówiło: „Cholera, jest Jonasz na statku”.

MB: A co to oznacza?

K: Biblijna postać: Jonasz, który przynosił nieszczęście. I żeby go odczarować, to trzeba wyrzucić buty za burtę. I niektórzy złośliwcy polowali na czyjeś tam najelegantsze, najporządniejsze buty. Facet dostawał ataku wściekłości, wszyscy mówili: „A, widzisz? Skończyło się. Nie ma”. [opowieści:] Nieżyjący już mój kolega z roku pływał na liniach śródziemnomorskich i to był chłopak z fantazją: w Turys w Albanii potrafił jakoś załatwić (jak – tego nie wiemy do dziś) konia i na tym koniu wjechał do komitetu Partii w Turys, na pierwsze piętro. Sensacja nie z tej ziemi. Ludzie z fantazją; kilku było takich. Niestety, szybko z tego świata zeszli (jednego zadźgali…). Życie nie było nudne, chociaż zależy… W owym okresie pływałem na Puławskim, a Kanał Sueski był zamknięty. Turbinowiec, stary statek, ale możliwy standard. Turbinowce są cichutkie, tylko szum słychać, nie ma tego ciągłego walenia, komfort dużo wyższy. Płynęliśmy koło Afryki do Chin, to można zwariować z nudów. Na statku wszyscy się znają, wszyscy o wszystkich wszystko już wiedzą.

MB: Jak morze wpływa na człowieka? Co z nim robi?

K: To już na pewno pan słyszał: kto naprawdę pływał kupę lat, to po 20-30 latach pływania trudno go nazwać normalnym człowiekiem. Miałem na ten temat opracowania różnych socjologów…Miałem kolegę (w Poznaniu, na uniwersytecie pracował), który bardzo dogłębnie się zajmował sprawami postaw, charakterów, sytuacji społecznych, powiązań… Zresztą, Fleszarowa–Muskat dużo na ten temat pisze w literaturze popularnej… To nie jest takie proste; odbija. Faceta nie ma 10 miesięcy w domu i nagle przyjeżdża. Zaprowadzić chce swoje porządki. Ten zawód na pewno ma duży wpływ na charakter, na widzenie, na postawy… Jest to specyficzny zawód… Obchodziliśmy pięćdziesięciolecie ukończenia Szkoły Morskiej było spotkanie – co miesiąc się spotykamy. Wśród moich kolegów z roku są ci, którzy szkołę kończyli, ale nie dostali tzw. „prawa pływania” – nie mogli okrętować na statki wychodzące na rejsy zagraniczne. I dostali przydziały pracy np. do Polskiego Przedsiębiorstwa Robót Czerpalnych i Podwodnych; czyszczenie portów, pogłębianie itd… na holownikach specjalnych; oni na Bałtyku dużo pracowali, m.in. rozminowywali…

MB: Praca na morzu – czy miała wpływ na Pańską rodzinę?

K: Trudno ocenić… na pewno jak wracałem to syn się bardzo cieszył, bo zawsze były prezenty. Zresztą, tak jak mówiłem na wstępie, ja nie pływałem tak bardzo dużo, żeby to miało jakiś negatywny wpływ na rodzinę; wręcz przeciwnie. Gdybym pływał więcej, to niewykluczone, że materialnie byłoby lepiej… Trudno mi ten wpływ ocenić.

MB: Jak wyglądały stosunki koleżeńskie na statku? Mówi pan, że wszyscy się znali?

K: Bardzo różnie. To był ten okres, system polityczny, właściwie do końca (byłem na ostatnim lub przedostatnim statku, jak ogłosił Jaruzel stan wojenny). Pamiętam, wracaliśmy ze Stanów i do Hamburga lub do Bremenhaffen wchodziliśmy. Było na tym statku wtedy kilku młodych ludzi (wtedy, w stosunku do mnie, absolwentów, dopiero co rok-dwa lata po skończeniu Szkoły Morskiej). Wszyscy zostali w Hamburgu. 6 czy 7-u ludzi, natychmiast. Uciekali, bali się powołania do wojska. Myśmy przecież zostali odcięci od świata wówczas (jeżeli informację, to przez Wolną Europę).

MB: A Pan zdecydował się wrócić.

K: No tak. Mając żonę, dzieci. Bardzo dużo zależało od personaliów na statku: jeżeli była załoga mniej-więcej zgrana (ludzie po szkole, czy po Marynarce Wojennej)… Bywało gorzej, bywało lepiej; na to przede wszystkim ma wpływ długotrwałość rejsu, bo do miesiąca-dwóch to się nic nie dzieje, ale już czwarty piąty miesiąc w morzu, to już wygląd pana zaczyna drażnić jednego drugiego, nie mówiąc już o zupie, która w ogóle przestaje smakować. Wiadomo było, że w tym okresie na każdym statku było ucho (musiało być, bo taki był system). Dowcip polegał na tym, że większość zawsze wiedziała, kto jest kto. I się organizowano, wszyscy wiedzieli, że jak przychodzi „Franiu” to należy mówić o pogodzie czy o tym, gdzie-co-ile kosztuje, a nie na tematy światopoglądowe. Teraz też się zmieniło, w tej chwili załogi są zredukowane do minimum. A kiedyś, na dziesięciotysięcznikach (budowanych tu, w Gdańsku), trzydziestu czterech (o ile dobrze pamiętam) liczyła załoga. Teraz to załatwia czternastu.

MB: Jak wyglądał dzień pracy mechanika?

K: Zaczynałem na stanowisku węglarza, na parowcu. Potem z angielska zmieniono to stanowisko na trymer. Jeszcze później – na wiper. Ciężka praca fizyczna. Człowiek nie miał czasu o niczym myśleć, tylko poszedł spać, bo wiadomo było, że za 8 godzin znowu harówa. Potem, jako asystent maszynowy w systemie wachtowym, 4 [godziny] pracy, 8 wolnego. I w zależności od tego (bo asystenci jeździli zawsze z mechanikiem; dwuosobowe te wachty były), więc w zależności od tego, z jakim się mechanikiem jeździło (drugi, trzeci, czwarty), to drugi miał te najlepsze godziny (od 8 do 12-ej w dzień i od 20-24), także to było najbardziej komfortowe. A czwartym mechanikiem jak byłem, to dla niego jest ta psia wachta (najgorsza): od 0 do czwartej rano i od dwunastej w południe do czwartej po obiedzie. Najpaskudniejszy czas pracy, [ciężko] fizycznie się przestawić, no i na tych ostatnich statkach, które robiły 21-23 węzły na godzinę, to 7 dni przez Atlantyk do Kanady, do Stanów, [a] co dobę godzina zmiany czasu. Człowiek chodził otumaniony zupełnie. Romantyzm to był, proszę pana, jak ja zaczynałem pływanie, np. do Indonezji, Dżakartu… Piękna roślinność, piękne otoczenie, dziewczyny, ludzie. I statek trzy tygodnie w porcie. To wtedy można było wszystko poznać, wszędzie pójść… Nie było [dużych] pieniędzy, ale kombinowało się – co przemycić, co sprzedać, co kupić… A później, gdy zostałem najwyższym (starszym mechanikiem) to jest kierownik działu, który nie chodzi na wachty tylko pracuje od świtu do nocy, albo w ogóle nie pracuje. Mechanicy młodsi (niżsi) mówią: „jest ten urzędnik”, bo wtedy o fizycznej pracy nie ma w ogóle mowy, no chyba, że jakieś awaryjne, szczególne sytuacje, ale za to biurokracji sporo. I, mimo wszystko, odpowiedzialność – ludzie bardzo różni. Ja na szczęście nieczęsto trafiałem na alkoholików (to jest ogromna odpowiedzialność, bo nie wiadomo, co z takim facetem zrobić – nie ma możliwości „idź sobie do domu, a ja zadzwonię, przyjdzie ktoś inny”). Albo samemu trzeba było zastępować, albo przedłużać godziny pracy innym. Ostatnie lata pracowałem w inspektoracie technicznym, to polegało na tym, że nadzorowałem kilka (7-8) statków: dokumenty, zaopatrzenia – techniczne itd. Pływałem po Bałtyku – cały rok szkolny byłem nauczycielem w szkole jungów, w szkole morskiej. Statek stał na Skwerze Kościuszki w Gdyni, był przebudowany na internat; młodzi chłopcy, to był poziom szkoły zasadniczej. Oprócz tego, że byłem starszym mechanikiem (no, bo ta siłownia tam istniała, trzeba było ich tego uczyć), ale oprócz tego ładownie przebudowano na internat. Oni spali, żyli, byli karmieni na tym statku, bo to był system skoszarowany. To się nazywało Liceum Morskie czy coś takiego. Wyszliśmy w „rejs przyjaźni” po Bałtyku; Helsinki, Lulea i jeszcze kilka portów – a statek był w zasadzie zdezelowany (wał śrubowy miał drobne uszkodzenia), ale jakoś wycieczkowo wlekliśmy się. Chodziło o to, żeby nie rozwijać całej mocy i rejs się odbył, owszem. Uczyłem turbin, kotłów parowych i BHP, ale zbrzydło mi to po roku. Teraz na statek wrzuca się paręset kontenerów w kilka godzin i odjazd. Mechanik nie ma możliwości dokonania przeglądów.

Drugi oficer emeryt

Osoba przeprowadzająca wywiad: Marcin Boryczko

Emerytowany drugi oficer. Wywiad odbył się w Gdyni Chylonii, w mieszkaniu badanego.

X: Pływałem do Kaliningradu – woziłem stamtąd konie rzeźne do Francji. Z Polski żeśmy wozili i właśnie stamtąd.

MB: No właśnie, bo oni tam koninę jedzą.

X: Te konie pędzili gdzieś aż z Syberii. Statek, którym pływałem mógł pomieścić około 190 koni, plus jeszcze porodówkę (bo niektóre konie oźrebiły się). Powyżej pięciu stopni w skali Beaufforta nie wolno nam było jeździć – te konie by się pozabijały. – Statek był cały czas w ruchu, bo gdy konie zaczynały chodzić to było tak, jakby statek był na ogromnej fali.

MB: Czy mógłby Pan opowiedzieć, jaką rolę w Pana życiu odegrało morze? Kiedy miał miejsce i jak wyglądał pierwszy z nim kontakt?

X: Urodziłem się w Gdyni przed wojną, w 1937 r. Okres okupacji spędziłem nieopodal Warszawy, ale od 1945 r. właściwie cały czas jestem nad morzem. Zacząłem pływać w 1962 r. na linii Polskiej Żeglugi Morskiej z węglem – do Danii i z powrotem, przez Bałtyk. Te wszystkie Bełty – Małe, Wielkie, itd. I w zimę też – to była taka sroga zima z 1962 na 1963 r., gdzie lodołamacze polskie i szwedzkie robiły tutaj drogi, żeby można było tam do Danii dojechać. Całe Bełty i Sund zostały odcięte…

MB: Proszę wyjaśnić.

X: To są cieśniny pomiędzy Morzem Północnym a Bałtykiem. Wzdłuż Danii znajduje się Wielki Bełt i Sund, to jest koło Kopenhagi. Oprócz tego, na samej krawędzi jest kanał, który się nazywa Falserbo i można tamtędy przechodzić małymi statkami jeśli te wszystkie małe cieśniny są zawalone lodem i krą. Było bardzo niebezpiecznie, bo nieraz jak były duże wiatry to kra, która piętrzyła się przy burcie wchodziła na nasze statki i musieliśmy szybko ją wywalać, dlatego, że statek mógł zatonąć lub przewrócić się. Potem pływałem na linii do Finlandii, Szwecji… W tamtą stronę woziliśmy z Polski wszystko, co było możliwe: cement w workach, różnego rodzaju żelastwo. A stamtąd braliśmy celulozę, którą wyładowywaliśmy w Gdańsku. To były takie małe stateczki ze specjalnie (na lody) wzmocnionymi dziobami. Płynęliśmy wzdłuż Finlandii, na miejscu rozładowywaliśmy żelastwo i cementy (nawet wódkę woziliśmy w tamtą stronę). [Płynąc] wzdłuż Finlandii można nie wychodzić w ogóle na Zatokę Fińską, tylko [płynąć] pomiędzy tzw. szkierami (takimi wysepkami) można było dojść aż nad Zatokę Botnicką, nie wychodząc prawie na ląd. Zatoka Botnicka jest stosunkowo słodka, tak jak tamtejsze porty. Podobnie jak Ruleia na samym końcu Finlandii – Szwecji, na samej górze Zatoki Botnickiej. Tam można było dostać się tylko w czasie, w którym nie było kry. Lodołamacze brały nas w tzw. „lejce”: dziób wchodził im w tył, na linach się cumowało no i ciągnęli nas w tych lodach aż do portu.

MB: Skąd decyzja: na morze?

X: Miałem już sporo latek i trzeba było jakoś pracować. W wieku 25 lat wyszedłem z wojska i nie wiedziałem, jak złapać tutaj pracę. Złożyłem papiery do Polskiej Żeglugi Morskiej, przyjęli mnie i tam pływałem. Potem skończyłem kurs – jeden, drugi, trzeci – i zostałem oficerem. Jako drugi oficer pływałem jakieś 20 lat. Potem już na tych większych statkach, 75 000 (tak jak to po Bałtyku), dookoła świata także pływałem… Ale jeżeli chodzi o Bałtyk, to byłem marynarzem najpierw, potem byłem bosmanem na tych małych stateczkach – przeszedłem wszystkie te szczeble.

MB: Czyli można powiedzieć: urodził się Pan nad morzem i…

X: No tak, w szkole jeszcze – w ogólniaku – przychodziliśmy i jachty żeśmy tutaj czyścili. Bo można tutaj było zarobić w kilkanaście godzin. Za te kilkanaście godzin można było potem wypłynąć jachtem na Zatokę – pod okiem WOP-istów. W latach 50-tych pilnowali, by za daleko (na Bornholm czy do Szwecji) nie wypłynąć. A zdarzały się takie ucieczki jachtami – m.in. ojciec mojego kolegi. – Potem – studiowałem. Niestety, zrezygnowano ze mnie na drugim roku medycyny; nie miałem do tego za bardzo powołania.

MB: A miał Pan powołanie do morza?

X: Tak, jak najbardziej. Właśnie tam mnie ciągnęło cały czas. Dlatego się cieszyłem, gdy mnie przyjęli [do PŻM]. Ożeniłem się w 1963 r., miałem trzy córki. Tory wodne na Bałtyku. Z Zatoki jak się wychodzi, to ona jest tak pocięta drogami wodnymi, że nie można z nich zejść. Powyżej Redy, jak jest tor wodny, jak się z Gdyni wychodzi to są płycizny, które – gdy statki je omijają – wchodzą na mieliznę. I koniec, ładne potem kłopoty są. To samo jest [przy wyjściu] z Gdańska. Wzdłuż całego polskiego wybrzeża znajdują się zrobione przez wojsko akweny – (czasami ostrzeżenia są, że „w tym akwenie rozpoczynają się strzelania” – i trzeba je z daleka omijać).

MB: Czy można powiedzieć, że to jest trudne morze?

X: Tak, bo jest płytkie. Duże statki nie chodzą załadowane całkowicie, bo nieraz jest tak zwana „płytka woda” (jakieś odpływy – sztormy np. tzw. „cofkę” robią)i jest 20, 30 czy pół metra [głębokości] różnicy. A pół metra to jest dosyć duża różnica i statek załadowany nie wejdzie – musi więc czekać na tzw. dalekiej redzie (potem zbudowali Port Północny – tam głębiej jest). Gdynia ma Nabrzeże Francuskie, które znajduje się koło Dworca Morskiego. Jest to najgłębsze nadbrzeże w całym porcie gdyńskim (ok. 15-16 metrów głębokości).

MB: A czy praca na morzu należy do trudnych?

X: Tak, jak najbardziej. Dlatego, że nie wszyscy znoszą na przykład ciśnienie. To się tak mówi, „zmiana klimatyczna”, która się bardzo szybko przemieszcza. Tutaj, na Bałtyku, to się tego nie odczuwa. Wystarczy wypłynąć na Morze Północne i Zatokę Biskajską – słońce jest inne, ciśnienie jest inne. Gorączka się zaraz robi. Czy też gdy się idzie w kierunku Stanów Zjednoczonych, co drugi dzień zmienia się godzinę czasu [strefę czasową]. Na Zatoce Meksykańskiej woda ma 35 stopni, a w powietrzu panuje skwar. Nie wszyscy wytrzymują takie temperatury, zwłaszcza, gdy się pracuje w maszynowni. Gdy byłem drugim oficerem, do mnie należała cała apteka, cała izba chorych na statku – tym też musiałem się zajmować.

MB: Proszę zatem opowiedzieć więcej o pracy drugiego oficera.

X: Wachty miałem od północy do 4-tej rano i od 12-tej do 16-tej. W przerwach musiałem poprawiać mapy; cała nawigacja była w moich rękach. Najgorzej szło mi właśnie to poprawianie map: przychodziły stosy pism i te wszystkie poprawki trzeba było nanieść na mapę (w tym miejscu leży jakiś wrak; ten akwen należy omijać; w tym miejscu kładą jakiś kabel). To wszystko musiało być na bieżąco, szczególnie tzw. mapy trasowe. Na małym statku nie było tak źle, ale na dużym miałem tych map 200-300. Wszystko to musiałem poprawiać. Dochodziły jeszcze książki nawigacyjne oraz ciągle uaktualniane ustawy morskie w języku angielskim. W porcie do moich obowiązków dochodziło pilnowanie rozładunku i załadunku – sprawdzałem, czy statek nie został podczas tych czynności uszkodzony. I tak to szło. Szybko czas leciał – ¾ roku pływałem, ¼ roku byłem w domu.

MB: Proszę rozwinąć temat wpływu pracy na rodzinę. Dużo czasu spędzał Pan przecież poza domem.

X: To prawda. Gdy dzieci były małe, starałem się nie wypływać za daleko, by co tydzień – dwa tygodnie – być w domu (chociaż na dzień czy dwa). Starałem się być z moimi córkami jak najwięcej. A jak się już zrobiły z nich duże panny, to ja nie byłem im za bardzo potrzebny. [śmiech] Szczególnie, gdy przez jakiś czas pływałem na obcych statkach. Wtedy w ogóle nie mogłem bywać w domu (ale żona do mnie przyjeżdżała). Pomiędzy 1984-1985 r. pływałem na tankowcu na obszarze Zatoki Perskiej. Trwała wtedy wojna, a my żeśmy tylko patrzyli, w co uderzy następna rakieta i odmawialiśmy Zdrowaśki. Wracaliśmy przez Grecję i tam do mnie żona przyjechała. Dużo wówczas żon przyjechało na statek i przez półtora miesiąca była u mnie. Dzieci też były ze mną w rejsie, najstarsza i średnia córka. Był to dwumiesięczny rejs na trasie Włochy – Zatoka Meksykańska – Nowy Orlean i z powrotem (przez Szkocję) do kraju. Ani razu nie miały choroby morskiej.

MB: W jaki sposób morze wpływa na człowieka?

X: Bardzo dużo ludzi nie wytrzymuje – bardzo dużo. Pamiętam ludzi, którzy chcieli skakać za burtę.

MB: Aż tak?

X: Osobiście ściągałem zza burty. Co prawda, było to w redzie w Świnoujściu. Ktoś musiał zostać na statku. Kapitan i ja z oficerów, ale z marynarzy musiało być przynajmniej dwóch. No i ten jeden, kiedy motorówka odpłynęła, dostał jakiegoś amoku czy czegoś – on musi jechać do domu i koniec. Ubrał się i chciał wyskoczyć. Kiedyś było bardzo dużo sygnałów odbieranych, teraz to już jest skomputeryzowane. [Członkowie załogi] musieli mieć słuchawki i odbierać tamte sygnały. I bardzo często dostawali jakiegoś… no, choroby jakiejś takiej. Kiedyś na jednym statku przychodzę na wachtę, patrzę – coś mi się rusza na dziobie. Co to jest? Wysyłam marynarza, on mówi: „Radzik chodzi po dziobie i mówi, że musi jechać do domu”. Ściągnęliśmy go w parę osób, do portu – a stamtąd – do kraju.

MB: Radzik?

X: Kiedyś była funkcja radiooficera. Odbierał wiadomości, łączył z krajem rozmowy prywatne i służbowe. – Kto jakoś potrafił – miał dosyć wewnętrznej siły… Niektórzy nie wytrzymywali i – w alkohol. Co jeszcze kiedyś nie było tak ścigane, więc pili na umór, a później, (gdy za picie już wyrzucano z pracy), to się zmniejszyło. Problemy były też z dewiacjami seksualnymi – po prostu z pedałami.

MB: Tak?

X: No przecież to były komedie całe! Trudno nawet to opisywać, bo to się w głowie nie mieści. Na jednym statku mieliśmy stewarda – chłop prawie metr dziewięćdziesiąt no i miał [upodobanie] szczególne do tych młodych chłopczyków. Został wybrany delegatem załogowym przez załogę, żeby załatwiać różne sprawy w biurze w imieniu załogi. Ci chłopcy przychodzili do mnie: „Zrób coś! – No co ja zrobię?”. On robił jeden rejs na statku i zmieniał, schodził. Nie wiedzieliśmy, czemu od razu go mustrowali na kolejny. Aż się dowiedzieliśmy, że dział kadr to była cała właśnie sitwa. „Koledzy”. Dopiero później ich wywalili stamtąd, ale przez 2-3 lata to tak było. Ale to byli często nieszczęśliwi ludzie.

MB: Wymienił Pan choroby i dewiacje. A czy morze ma jakiś pozytywny wpływ?

X: Na niektórych tak. Niektórzy mieli [źle] w domach [rodzinach] – to oni czekali, żeby wyjechać, spokojnie w morze i już nie słuchać brzęczenia żony, dzieci… Dużo takich właśnie. Niektórzy bez morza nie mogli żyć. Trudno powiedzieć – ja pływałem chyba na pięćdziesięciu statkach. Za każdym razem był ktoś nowy (rzadko mi się powtarzali) – załoga się zmieniała. Najpierw [nowa, niezgrana załoga] to tak chodzili koło siebie, a tu: „Kto gra w brydża? Kto w szachy? Kto w bierki?” I książki czytano. W ten sposób zabijano czas.

MB: Zna Pan jakieś przesądy związane z morzem?

X: Tak. Na każdym mostku wisi nieheblowana deska (do odpukania, jak w przesądzie). I wszyscy normalnie w nieheblowaną dechę pukali. A w sobotę czy niedzielę to po obiedzie przychodziło do mnie na wachtę bardzo dużo osób. Szczególnie na Atlantyku, gdzie było spokojnie, nie było żadnych ruskich statków, na które trzeba by uważać (każdy sobie swobodnie szedł). Moskwa nie pozwalała zmieniać kursu – taki szedł, nie patrzył na nic – zatopiłby statek. Takie u nich przepisy były. Opowieści, anegdoty, kawały – to rozładowywało napięcie wśród załogi. Pamiętam, jak przed naszym dziobem zatonął statek. Był jakąś milę przed nami, na Morzu Śródziemnym. Nie zwróciliśmy na to w ogóle uwagi. Dopiero, jak zobaczyłem, że ktoś nadaje „SOS” jak dopływaliśmy w to miejsce. No to zaraz stop maszyna, alarm, „człowiek za burtą!”. No i wyłowiliśmy taką tratwę z trzema Grekami. Okazało się, że tam już pływali tacy specjaliści, którzy cztery czy pięć statków podtopili – i za to otrzymywali pieniądze.

MB: Od ubezpieczyciela.

X: Tak. Parę jachtów żeśmy znaleźli też (opuszczonych – bez ludzi). Najczęściej na Śródziemnym – urywały się [z przystani]. W Kategardzie zatonął polski statek – cała załoga zginęła. Morze wyrzuciło potem parę osób – do Szczecina trafiło siedem ciał. Był wśród nich mój kolega, z którym wcześniej pływałem. Byłem na Kubie, 3 miesiące żeśmy stali. Nie było co jeść (akurat nam chłodnia nawaliła – ktoś wypuścił freon). Rozpacz. Dopiero statek inny z Polski przyniósł nam pod koniec trzeciego miesiąca jedzenie. Na Kubie dźwigi portowe nie działały – i musieliśmy ręcznie, wiaderkami, rozładowywać trzysta ton węgla z ładowni. Miesiąc nam to zabrało.

MB: Pamięta Pan jeszcze jakieś historie, z takich dziwnych, niespotykanych, niebezpiecznych?

X: Niebezpieczne to tylko na Zatoce Perskiej, kiedy przed nami pikował samolot. „Zaraz nam rakietę pośle, nie ma co”. Pilot zobaczył, że [statek jest] pusty (bo żeśmy właśnie go wyładowali), a przed nami płynął kontenerowiec, no to ten samolot jego zaatakował. Z tego kontenerowca nic nie zostało (widocznie amunicję wiózł). Samolot był irański. Starałem się zawsze Boże Narodzenie spędzać w domu. I jak pływam 37 lat, to 4 czy 5 razy nie było mnie w domu w to święto. Nie lubiłem pływać w czasie zimy; to było makabryczne. W okolicach Brazylii – to jeszcze można było. Ale tutaj? Po tych zakątkach tutaj no to makabra.

MB: Na Bałtyku ciężko?

X: Ciężko. Lody, grube. Szczególnie Zatoka Botnicka, Zatoka Fińska. Tu, pomiędzy Gotlandią a Szwecją – wszędzie lody takie, że tam się nie przebije [ich]. Można było płynąć tylko środkiem, ale trzeba było uważać, żeby nie wpaść w krę i się nie uszkodzić. Statki były ze wzmocnieniem dziobowym, ale i tak trzeba było uważać.

MB: Jakby Pan określił: czy życie marynarza należało do łatwych czy do ciężkich?

X: Ciężkich. Szczególnie ci przy maszynie czy na pokładzie mają bardzo dużo pracy. Tam nie ma litości. Trzeba te osiem godzin przepracować – często dłużej. Czyszczenie ładowni. Robiła to załoga pokładowa – sprzątanie po węglu, cemencie, Bóg wie czym. To wszystko trzeba było robić niezależnie od pory dnia. Ładownia musiała być na ósmą rano gotowa pod załadunek. No to załoga zasuwała non-stop; nie ma litości – (najwyżej krótkie przerwy). Jeszcze gorzej bywało w zimie. Mróz -30°C, -40°C i trzeba było zasuwać. Pół godziny pracy na mrozie, wpadało się, herbatę ze spirytusem i na mróz. Bardzo dużo było odmrożeń rąk, nóg, twarzy… Najgorzej to było, gdy przychodziły skrzynie na pokład – to wszystko trzeba było linami powiązać. Te liny to twarde (mróz); wszystko na mrozie.

MB: Mówi Pan o zmianach (na przykładzie Gdyni – mówi Pan, że stocznie zamknięte). Co na przestrzeni lat, na przykładzie własnego życia – jakie zmiany zaszły w pracy na morzu?

X: Bardzo duże. Kiedyś na przykład nie było (kiedy ja zacząłem pływać) żadnych urządzeń nawigacyjnych – był tylko sekstans. No i sekstans na słońcu i na gwiazdach robiliśmy pozycje. Później wprowadzono omegę – już były takie, że drukowała maszyna mapy, i można było w przybliżeniu pozycję wyznaczyć. A gdy pojawił się GPS… koniec. Tak samo, jak poszło potem z mapami: były specjalne telewizory, gdzie włączało się taką płytkę, gdzie były mapy, już poprawione. Widoczny był kurs – było to wielkie ułatwienie. Jak miałem 40 lat to popsułem sobie oczy od tego telewizora.

MB: A jeżeli chodzi o kwestie zatrudnienia [czy coś się zmieniło]?

X: Kiedyś na takim statku to było dużo ludzi. Potem – połowę. Niby praca jest taka sama, ale na przykład kiedyś było dziewięciu ludzi na pokładzie, to zredukowano do pięciu, sześciu – a nawet trzech na tych mniejszych statkach. Przy cumowaniu pomagali stewardzi, ale tylko wtedy. [Trzyosobowa załoga:] bosman i dwóch ludzi. To była makabra, bo cumowanie – mając tak pięćdziesiąt parę lat – czy marynarz, czy oficer – nie ma już takiej siły. A to niestety wszystko ręcznie trzeba robić: przycumować, sprzątać…

Wywiad z Bożeną Budzisz – latarniczką z Helu

Osoba przeprowadzająca wywiad: Agnieszka Wołodźko

BB: Skąd pani się o mnie dowiedziała? Ja tu pracuję dopiero od pierwszego listopada…

AW: Czy musiała pani skończyć jakieś kursy żeby zostać latarnikiem?

BB: Tak. To nie jest takie proste. Trzeba mieć SEP – to są elektryczne papiery. To taki egzamin jest… jak dla kobiety to jest też ciężkie… I trzeba mieć radiooperatora, VHS, BHP, P.-Poż. – wszystkie takie papiery…

AW: Gdzie się pani tego uczyła?

BB: Przy mężu, wszystko przy mężu. A egzaminy były w Gdańsku, Słupsku, Gdyni.

AW: Długo musiała się pani uczyć?

BB: Całe życie się człowiek uczy.

AW: A zanim dostała pani tę posadę, to gdzieś pani pracowała?

BB: Wie pani, to taka śmieszna historia jest… Gdy przeprowadziliśmy się do Helu w 1995 roku, tu w okresie lata Towarzystwo Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego wydzierżawia od Urzędu Morskiego latarnię i pracownicy udostępniają ją turystom do zwiedzania. To jest obiekt turystyczny w okresie lata. Zawsze mówiłam że pracuję pod latarnią, bo miałam krótki epizod, gdy sprzedawałam bilety turystom.

AW: Państwo tutaj mieszkacie. To jest mieszkanie służbowe?

BB: Już w tej chwili prywatne, ale było to mieszkanie służbowe. W ogóle jesteśmy związani z Półwyspem Helskim. Mój mąż pochodzi z Jastarni, ja z Gdyni. Tak więc morze, morze i jeszcze raz morze.

AW: Męża to był pierwszy zawód?

BB: Mąż po szkole pracował jako elektryk w Juracie w Neptunie, potem krótko pracował w wojsku jako pracownik cywilny. Potem bezpośrednio z wojska do latarni w Jastarni. I z Jastarni przyszedł do Helu.

AW: To pani mąż od którego roku jest latarnikiem?

BB: Od 1986 roku.

AW: Na czym ta praca polega?

BB: Przede wszystkim na pilnowaniu światła. Jak żarówka nie będzie się świecić na latarni, to pomimo że ludzie na statkach mają GPS-y, radary, to aparatura jest niezawodna czy zawodna? Czasami jest złośliwość przedmiotów martwych. Tak, że latarnia powinna się świecić.

AW: I ze statkami macie kontakt radiowy?

BB: Tak, prowadzimy nasłuch. Jak coś tam, to i Gdynia Radio jest, i Bosmanat… Trzeba pilnować służbę i w ciągu dnia i w nocy.

AW: Jak ta praca wygląda? To jest doba pracy, doba przerwy?

BB: To jest 12 godzin pracy, dniówki, na drugi dzień mamy nockę i 2 dni wolnego.

AW: Ile osób pracuje na tej latarni?

BB: Trójka. Przydałaby się czwarta osoba, bo jeden dzień lub nocka jest bez obsługi.
Z różnymi opiniami się spotkałam na temat naszego zawodu. Uważam, że latarnik to jest bardzo stary zawód i z reguły jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Miejmy nadzieję, że kiedyś nasz syn obejmie pracę po tacie albo córka najmłodsza.

AW: A ile mają lat?

BB: Najstarsza córka ma 31 lat, syn 28, a najmłodsza 19.

AW: I co? Któreś się skłania w tym kierunku?

BB: No, syn – wojskowy, a najmłodsza córka, dla niej to jeszcze dużo czasu…

AW: Tutaj był kiedyś teren wojska?

BB: Może nie tyle była obiektem wojskowym, ale nie była udostępniana turystom do zwiedzania. Tu wszędzie były druty kolczaste, za latarnią także. Nie wolno było podchodzić. Zresztą nasz dom jest w takim trójkącie, bo z jednej strony była żandarmeria, z drugiej – punkt obronny, z trzeciej – bunkry. Ale to było wspaniałe. Ja na przykład boleję nad tym, że już tego wojska tu nie ma. Po pierwsze, przez to, że wojsko się wyprowadziło, masę ludzi straciło pracę. I boleję nad tym, że cypel jest udostępniony do zwiedzania. Ludzie po to przyjeżdżają żeby na cypel wejść, ale niszczą go. Ścieżki, dróżki sobie wynajdują. Półwysep jest zadeptywany, przede wszystkim cypelek nasz ukochany.

AW: A tu są dzikie zwierzęta?

BB: Są zwierzęta: dziki, sarenki i codziennie rano z jednego końca cyplu na drugi, i z małymi… Mają swoją ścieżkę wydeptaną. Były okresy w Helu gdy dzików było bardzo dużo i były wywożone w jakimś okresie. Za dużo ich było. Podchodziły pod bloki, pod klatki, śmietniki rozwalały. Chociaż mi to nie przeszkadzało, bo my mieszkamy w lesie i tu zwierzyna powinna być. Ale czasami dojście do nas tą alejką, którą żeście państwo jechali, to też strach. Z żandarmerii do nas dużo ludzi przychodziło. Przeskakiwali przez płot, przez te druty. A najlepiej mieliśmy z kucharzami. Bo kucharzem w wojsku nigdy nie był kucharz prawdziwy, tylko jakiś masarzem albo inny pan, który nie miał pojęcia o gotowaniu. I przez te druty kolczaste przeskakiwali, żeby zapytać, jak się coś gotuje, co trzeba zrobić. I, pamiętam, raz była taka sytuacja, że kucharz chciał bigos ugotować. Ja się go pytam: „Co ty tam masz?”. On mówi: „No, wszystko.” No to ja mówię: „To weź wszystkie wędliny, mięso, kapustę, grzyby suszone do jednego gara. Ugotuj i na pewno będzie dobre.” Na drugi dzień w jakimś małym pojemniczku przyniósł mi ten kucharz ten bigos do spróbowania. Ja patrzę, a on tam ma groszek z marchewką. Ja pytam: „Coś ty tam dał?” On mówi: „Wszystko, co było. Ze słoika groszek z marchewką, nawet sosy pieczarkowe w proszku… Wszystko wrzuciłem. Ale wyszło, żołnierze zajadali.” Myśmy się czuli bezpiecznie jak tu było wojsko.

AW: To chyba tu było wtedy mniej ludzi?

BB: Turyści są tutaj tylko w czasie lata. A gdy tu było wojsko, to masę ludzi miało pracę cywilną, niektórzy po zasadniczej służbie zostawali na stałe. No bo jaką pracę można mieć? Rybołówstwo upada. Kutry są sprzedawane, dzielone na części, bo unijne pieniądze mogą za to dostać. Są ograniczenia co do połowów ryb. Tu kiedyś w Helu Koga, to tu była najważniejsza instytucja po wojsku. Koga zrzeszała rybaków, ale też na przykład księgowych potrzebowali. To była instytucja. A w tej chwili wszystko upadło. Praca w Helu to jest tylko na tej zasadzie, że ktoś otworzy sklep, jakiś prywatny interes.

AW: A ilu jeszcze rybaków zostało?

BB: Garstka. I to już są prywatne kutry, a nie zrzeszenie. W tej chwili gros ludzi pozbywa się. No wie pani, jeżeli on ma jakiś limit, ile może złowić… Wszyscy inni mogą łowić naokoło, tylko nie Polacy, tylko nie rybacy nasi. No, niestety. Smutne.

AW: A jak zimy tu wyglądają? Jak się tu mieszka zimą?

BB: Zima jest przepiękna. To nie jest to, co w górach, ale jest cisza i spokój. Ja uwielbiam każdą porę roku, bo każda pora roku ma coś w sobie. No, jesień, widzi pani. Jakie są piękne kolory. Wiosna budzi się do życia. Ludzie, którzy w życiu śniegu nie widzieli, to jak spadnie, to są w szoku. A ja każdą porę roku lubię. Latem trzeba zbierać pieniądze na życie, opał, żeby się utrzymać. Latem dorobić można dzięki wczasowiczom i turystom. To nam daje, całemu półwyspowi, jakąś szansę na przeżycie. Sezon już się zaczyna od 1 maja.; Już na ten długi weekend majowy turyści zaczynają przyjeżdżać. Od maja na krótki okres są otwarte : żegluga i tramwaje wodne z Gdyni, Gdańska – na weekendy. Potem tramwaje kursują od 24 czerwca już codziennie. I to życie tez uratowało tu – Helowi, Jastarni, bo masę turystów przyjeżdża. To jest tania linia. To funkcjonuje z trzy, cztery może lata. Taki kurs jest co dwie lub trzy godziny. Ten tramwaj to jest dobra sprawa, bo żeby się dostać do Helu to są wieczne korki. Bilet rodzinny tramwaju wodnego kosztuje 12 zł. Nie jest drogi, a frajda jest. One wypływają z Gdyni, Gdańska i Sopotu, któryś z nich jeszcze do Jastarni kursuje. Restauracje, bary na tym korzystają, no i pensjonaty, hotele. Plaża nasza na Helu jest najpiękniejsza, najszersza. Może z tą czystością… Hel się dopiero rozwija turystycznie…

AW: Bo od kiedy wojska tu nie ma?

BB: Bramę zlikwidowano… To był chyba 1996 albo 1997 rok? W Juracie była pierwsza brama, bo żeby wjechać do Helu trzeba było mieć przepustkę. Nie można było wjechać do Helu tak bez niczego. Trzeba było mieć przepustkę, pozwolenie. W Juracie pierwsza brama, w Helu – druga. Przejazd z jednej bramy do drugiej miał okres czasu ograniczony. Było wyznaczone, że n.p. samochód osobowy musi przejechać w ciągu dwudziestu minut, żeby gdzieś tam na bok nie zjechał. W Helu był druga brama, tam trzeba było te przepustką oddać i można się było poruszać.

AW: Czy z tego wojska coś zostało?

BB: Kto tam został? Jednostki polikwidowano, nawet żandarmerii nie ma. Żandarmeria poszła do Komendy Portu i teraz chyba mają likwidować jednostkę do końca grudnia. Ludzi tam już chyba nie ma, jeszcze tylko komendant. Myślę, że likwiduje jednostkę. Już chyba nie ma nikogo.

AW: I co z tymi budynkami?

BB: Pewnie pójdą na licytacje, albo będą niszczały… Tu jest masę działek do sprzedania, ale ceny też są odpowiednie. Kogo na to stać?

AW: W Juracie są takie ogrodzenia.

BB: To jest kancelaria prezydenta. To jest ogromny teren, tam są hektary… Grzyby, jagody… Gdy Bush był w Juracie, musieliśmy latarnię zamknąć, bo to było w okresie lata i przyszło zarządzenie z góry, żeby zamknąć latarnię o godzinie dwunastej czy trzynastej. Latały wojskowe helikoptery, żeby się nic nie stało. I pamiętam, wtedy nasz syn wracał na przepustkę z jednostki do domu i zatrzymano go w Juracie. Przez kilka godzin nie mógł się dostać. Wszystko było po zagradzane od strony Helu i Juraty. Jeśli chodzi jeszcze o kancelarię prezydenta, to w telewizji słyszę że prezydent jest w Juracie, a tak naprawdę terytorialnie to jest w Helu. To jest cały kawał za Juratą. Albo dziennikarze są niedoinformowani, albo chcą robić reklamę Juracie. Hel ma swój urok. Ja jestem urodzoną Gdynianką. Ale jak mam jechać do miasta, to już nie. Mieszkam 33 lata na Półwyspie Helskim i uwielbiam ten spokój i ciszę. Nawet jak musimy jechać na zakupy albo do rodziców, to jestem chora. Rodzice do nas przyjeżdżają, moja siostra. Rodzice, dzieci moje i moje siostry – bardzo często się widujemy, spędzamy wspólnie Wigilię w Helu.

AW: A pogoda tu nie dokucza jak jest sztorm?

BB: Ja jak jest sztorm, to nigdy nie wiem, czy na dziewiątkę, czy na dziesiątkę dostaję strasznej migreny. Ale piękne jest morze, jak jest sztorm. Jak są fale to jest coś niesamowitego. Trzeba stanąć sobie na brzegu… Przy falochronie pani nie stanie, bo zalewa. Ale jest przepięknie. Drzewa się kołyszą, niektóre drzewa padają. Tu jest podmokły teren. Woda gruntowa stoi wysoko, więc te wszystkie drzewa… Mało które stoi prosto, są pochylone. Na naszej posesji, gdy są sztormy, to co rusz mamy na ogrodzeniu jakieś drzewo leżące. I to nie jedno, czasami się zdarza, że więcej.

AW: Jak dziś wyjeżdżaliśmy z Gdańska, była straszna mgła.

BB: Nieraz jest coś takiego, że jest piękna pogoda, słoneczko piękne, widoczność tu, na dole jest dobra. Wejdziemy na górę, na latarnie – jest mgła na morzu. Albo odwrotnie – tu na dole mży deszczyk, a na górze – piękna widoczność. Latarnia się automatycznie włącza. Tam są dwie żarówki, każda ma po tysiąc VAT: jedna żarówka się pali, jedna jest rezerwowa. Jeżeli jedna się przepali, to automatycznie druga się włącza, ale trzeba iść na górę i żarówkę wymienić.

AW: A wieczorem pani włącza, czy to automatycznie działa?

BB: Automatycznie, jak robi się zmrok. Teraz jest to szesnasta, po szesnastej parę minut, To zależy od dnia. Jak jest słoneczko, to troszeczkę później, jak jest szarawo, to wcześniej. Jak jest ciemno, ulewa, to latarnia reaguje i się włącza. Kiedyś były buczki przeciwmgłowe ale teraz ich nie ma. Jak była mgła, to trzeba było te buczki załączyć. To było takie: buuuu. To wszystko miało swój urok. W tej chwili ze względu na oszczędności polikwidowali. Była tu jeszcze jedna latarnia Góra Szwedów- około trzy km stąd. I też do obowiązku latarnika należało chodzić tam co jakiś czas i sprawdzać. To się przez tereny wojskowe przechodziło, albo plażą. Latarnicy chyba musieli mieć jakąś przepustkę… A w tej chwili to jest już tylko szkielet. Ludziom się wszystko przyda. Kable wyrywali… Ona już bardzo dawno nie działa. Ale tam jest przepiękny widok, bo ona mieści się na takim wzniesieniu.

AW: A to jest pani biuro?

BB: Nie, to mojego męża, a my tu dyżurujemy.

AW: Tu jest radiotelefon, tak? A w tym dzienniku co się zapisuje?

BB: Wszystkie bardzo ważne rzeczy. Codziennie. Wpisuje się służbę, swoje imię i nazwisko, wpisuje się datę i godzinę W dyżurze wpisujemy w dziennik wszystko: swoje nazwisko, od której się pełni służbę, datę i godzinę zapalania i gaszenia świateł i ewentualne uwagi. Kiedyś słyszeliśmy: po co latarnicy, to już zbędny zawód. A latarnie były są, będą i muszą być. Mamy kolegę, który ma kuter w Helu – to był jedyny łososiowiec kiedyś. Musieli się przebranżowić na dorsze, bo też mieli limity, a z czegoś trzeba żyć, kuter trzeba utrzymać. To nie jest sztuka zlikwidować kuter, bo się dostanie z Unii jakieś pieniądze… I on zawsze mówił: „Niech się latarnia zawsze świeci, bo sprzęt jest zawodny. Jak widzę helską latarnię, to czuję się bezpiecznie, że wracam do domu, do portu.”

AW: Jaki tu jest sygnał?

BB: 5 sekund pali się latarnia i 5 jest wyłączona.

AW: Jak jest sztorm to kutry wypływają?

BB: Jak jest ogromny sztorm to jest zakaz wypływania na morze, bo to jest zagrożenie życia. Było ostatnio kilka wypadków. WŁA127 zatonął. To jest niebezpieczne. My mamy przyjaciół w całej Polsce i również na Śląsku i zawsze była licytacja, która praca jest gorsza: czy górnika czy rybaka? Oni mówili, że górnika, bo go zasypie, to są małe szanse na przeżycie, a rybak ma jeszcze gorzej. Jaką on ma szansę? Jak wpadnie w lodowata wodę, to ile? – Chwila i po człowieku. Ta dyskusja była zawsze zażarta. (Wyjście na latarnię)

AW: Ta latarnia jest bardzo wysoka.

BB: 41,7 metra.

AW: Czy od plaży ją widać?

BB: Tak, ale troszkę – czubeczek.

AW: Żarówka co jaki czas się przepala?

BB: Różnie. Tu chodźcie sobie. Zobaczcie (widok z latarni) – na morzu jest zamglenie, a z góry latarni nie ma mgły. Czasami przy bardzo, bardzo dobrej widoczności widać wieżę w kancelarii prezydenta. To nasze słynne jajo burmistrza, tam miała być marina helska. W tej chwili chyba nic, latem były dyskoteki, sklepy z bursztynem. Tam, to jest port Marynarki Wojennej. No, już nie ma żadnych okrętów. Tu był kiedyś radar i gdy w Czarnobylu był wybuch, to tu przychodzili panowie i badali powietrze, czy tam czegoś jeszcze nie ma. Nasz półwysep jest ładny, gdyby ludzie tylko szanowali ten cypel… Wcześniej Hel był zamknięty, wojsko trzymało pieczę nad półwyspem i nad Helem, i turystyka kulała. Teraz dopiero się tego uczymy. Dopiero jest kanalizacja robiona, chodniki. Plaża może nie jest tak zagospodarowana jak powinna być, ale myślę, że dojdziemy do jakiegoś statusu, że ludzie nie będą marzyli o niczym innym, tylko żeby przyjechać do Helu na wczasy. Ja jestem zakochana w tym widoku. Jak z Towarzystwem Przyjaciół Centralnego Muzeum Morskiego płynęliśmy promem do Szwecji, to jak dopływaliśmy z powrotem do Gdyni, to jak już helska latarnia była widoczna, to aż „serce się rwie, dusza do raju chce uskoczyć”.

AW: To gdyby miała pani jeszcze raz wybierać…

BB: Tylko latarnik. Szkoda, że to tylko na taki krótki okres czasu. Miejmy nadzieję, że życie się tak potoczy, że… No, ale chociaż, chociaż na tyle moje marzenia się spełniły. Mogło to być wcześniej, ale widzi pani, życie jest jakie jest… Nikt nam nie pisze scenariusza.

Rozmowa Agnieszki Wołodźko z Bożeną Budzisz

Wywiad z Karolem Kłosem – latarnikiem z Jastarni

Osoba przeprowadzająca wywiad: Agnieszka Wołodźko

AW: Od kiedy pan tu pracuje?

KK: W Urzędzie Morskim 25 lat, z tego 10 lat w Helu i 15 lat w Jastarni.

AW: Czemu Pan się przeniósł z Helu?

KK: Bo ja mieszkałem w Jastarni i jeździłem do Helu na latarnię, a inny kolega, który dostał mieszkanie w Helu. dojeżdżał do Jastarni i tak mijaliśmy się po drodze. Było to bez sensu i zamieniliśmy się miejscami pracy.

AW: Czemu Pan został latarnikiem?

KK: Przypadek. Pracowałem na budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu i tu akurat zwolniło się miejsce. Nie trzeba było dojeżdżać i tu przyszedłem do pracy.

AW: Pan stąd pochodzi?

KK: Tak, z Jastarni.

AW: Zadowolony jest pan z tej pracy?

KK: Praca daje dużo satysfakcji, wtedy gdy przychodzą turyści i dla nich latarnia jest ciekawostką czy jakimś celem do zdobycia i wtedy latarnik jest tym, który oprowadza, albo tym który stoi na warcie i wpuszcza. Tej latarni się nie zwiedza, jest za mała, niedostosowana do zwiedzania.

AW: Ile osób tutaj pracuje?

KK: 3 osoby. U nas jest jedna latarniczka, a w całej Polsce są 4 panie.

AW: Na czym praca tutaj polega?

KK: Przede wszystkim są to dyżury dzienne, nocne. Trzeba pilnować, żeby nic się nie stało, nic nie zepsuło. Jeśli się wypali żarówka, to trzeba pójść na górę i ją wymienić.

AW: Zdarzały się tu wypadki czy zagrożenia dla statków? vKK: Zagrożenia dla statków w czasie sztormów zimą… Jesteśmy biernymi obserwatorami takich sytuacji. Dzięki radiu możemy słuchać, jak statki wzywają pomocy. My pomocy nie udzielamy. Tutaj nie ma stacji ratownictwa. Latarnię się włącza na noc, po zachodzie słońca i do świtu się świeci. To jest na zasadzie fotokomórki. Jesteśmy jakby „stróżami”.

AW: Wszyscy Ci latarnicy mieszkają tu, na miejscu?

KK: Tak, wszyscy w Jastarni. To upraszcza sprawę, nie trzeba dojeżdżać zimą.

AW: A jak zima tu wygląda?

KK: Przytulnie… Mamy centralne ogrzewanie. Dbamy o to, żeby było ciepło. Cała konstrukcja latarni jest wykonana z metalu. Taka konstrukcja rzadko występuje, bo ona była wykonana z kiedyś istniejącego buczka mgłowego. Większość latarni jest murowana z cegły. Buczków już nie ma, one były importowane w latach 50-tych ze Szwecji. Buczki nie były już używane, bo złomiarze je kradli i na złom wywozili. Rozbierano kilkusetkilogramowe urządzenia ze stali po to, żeby ze środka wyjąć kilkunastogramowe części z miedzi czy z mosiądzu. I potem to urządzenie jest już do niczego. Np. aluminiowe kable z ziemi grubości takiej jak palec cztero-żyłowe przewody, które szły z Helu i również z latarni Góry Szwedów. Teraz to ona jest już nieczynna. Tam 4 km grubego kabla prowadziły. Traktorami je wykopywano i wywożono, po to, aby wywieźć na złom.

AW: Ale nikt tego nie pilnował? Jak można było tak ogromny buczek wywieźć?

KK: Nie da się upilnować całego lasu wzdłuż brzegu. Trzeba mieć zaufanie do ludzi. Najczęściej kradną pijaczki.

AW: Są tu, w Jastarni jeszcze rybacy?

KK: Są. Powoli rybołówstwo upada, a rybacy alarmują, że to się może kiedyś skończyć. Nie ma już tyle kutrów jak kiedyś. Myślę, że połowa jednostek rybackich została zezłomowana.

AW: To z czego tu żyją mieszkańcy? W Jastarni właściciele mają drobne działki, gdzieś koło domu, gdzie kiedyś może pasły się jakieś zwierzątka, a dziś buduje się pensjonaty. Na Juracie, gdzie większość była państwowa, to za czasów pierwszego sekretarza Gierka budowano tam ośrodki pensjonatowe, a potem zostały one sprywatyzowane. A tutaj, w Jastarni, nie ma gdzie budować. Na lądzie miasta się rozrastają np. Gdańsk, Gdynia i obwodnica – tam się rozrastają osiedla, a u nas nie ma na to miejsca.

AW: Jaka jest szerokość Jastarni pomiędzy jednym brzegiem a drugim?

KK: W Jastarni, u mnie koło domu jakieś 300- 400 m do plaży i 30 m do zatoki. Gdzieś bliżej koło centrum może kilometr albo półtora. Jak przychodzą sztormy, to większość mieszkańców obawia się, że może się coś stać. Jeżeli rozmywa wydmy, to w Jastarni dawną stację brzegową – takie domki, latem kawiarnie, które są tuż za wydmami, woda podmywa i wtedy trzeba workami umacniać, bo by rozmyło i zabrało te wydmy. A jak wydmy zostaną rozmyte, to już woda pójdzie raz dwa.

AW: Pan mówi, że z jednej strony ma pan 30 m do plaży i nie podmywa panu domu?

KK: Zatoka nie jest taka groźna, bo nie ma takich fal. Wodę na podwórku miewałem, nawet w dzieciństwie pływałem kajakiem przed domem, ale to nie jest takie groźne jak sztormy z morza.

AW: Sztormy są w zimie?

KK: Tak, od listopada do stycznia. Bywa tak że rybacy nie wychodzą przez dwa miesiące w morze. Te sztormy się zdarzają jedne po drugim, ale czasem jest tydzień, dwa tygodnie spokoju.

AW: W którym roku ta latarnia była wybudowana?

KK: Ta była postawiona w 1952 roku. Wcześniej była latarnia o konstrukcji ażurowo – metalowej, przed wojną postawiona i zniszczona w czasie działań wojennych. Tu jest Wojsko Ochrony Pogranicznej- punkt obserwacyjny Marynarki Wojennej, znaczy się WOP-u. Oni tam mają swoje dyżury. Jednostka wojskowa WOP była kiedyś w Jastarni.

AW: Jak Pan się zapatruje na przyszłość zawodu latarnika?

KK: To jest typowe pytanie o latarników. Rozmawiając z kolegami, naszą przyszłość widzimy w działalności muzealnej latarni morskich. Na turystykę się nastawiamy, nawet jak kiedyś przestaną działać. Większość już jest udostępniana do zwiedzania. Światła nawigacyjne pewnie będą cały czas. Kapitan statku patrzy i musi wiedzieć, gdzie płynie. Myślę, że latarnie będą. W Szwecji też są, z tym, że pewnie są bezobsługowe. Pewnie jest serwis, który naprawia, gdy coś się zepsuje. Być może u nas też tak będzie. Pewnie dzieciom i wnukom nie będziemy mogli tego zawodu przekazać, ale to jeszcze trochę potrwa. Latarnik dyżurny będzie jeszcze potrzebny.

AW: Jak często taka żarówka jest do wymiany?

KK: To też zależy od szczęścia. Jednemu się to przytrafi raz w miesiącu, a drugi przez pół roku nie musi wymieniać.

AW: A skąd się je sprowadza?

KK: Są sprowadzane ze Szwecji. Urząd Morski zamawia jakieś zakupy w większej ilości, bo ma na wybrzeżu tych latarni kilka czy kilkanaście i potem rozprowadza po obiektach.

AW: Jaka jest moc tej żarówki?

KK: 500 VAT. Jedna świeci naraz i są żarówki pryzmaty ze szkła pryzmatowego i rozpraszają to światło we wszystkie strony. Natomiast na innych latarniach jest tak, że jest ich kilka i są zamontowane na tablicach i obracają się w kółko. Ale w Jastarni, Helu jest jedna, która gasi się i zapala.

AW: Jaki tu jest sygnał?

KK: Już nie pamiętam, dwa krótkie, jeden długi. Jest 7 sekund całość i 2 sekundy światła. Błyski są trzy. Przerywacz jest elektryczny, a kiedyś był mechaniczny. Teraz wszystkim elektronika steruje. Może się zaciąć, jak każde urządzenie. Tutaj przygasa i zaświeca się. Jest bardziej zarażone na usterki. W razie awarii zasilania z sieci agregat prądotwórczy produkuje prąd. Rozdzielnia, w której się mierzy napięcie, natężenie prądu, włącza i wyłącza. Kiedyś tymi włącznikami włączano buczki mgłowe, teraz one nie pracują. To jest już urządzenie zabytkowe, ale jest modernizowane. Wyprodukowane bodajże w 1953 roku.

AW: Czyli te urządzenia są polskie?

KK: Nie, szwedzkie, tylko agregat jest polski. To urządzenie reguluje prace latarni. Na tej latarni morskiej latarnicy obsługują nie tylko samą wieżę latarni, światło nawigacyjne w porcie rybackim w Jastarni, ale także porty rybackie w Kuźnicy i Władysławowie. Czasami trzeba się wybrać w podróż służbową i tam iść popracować. Do Władysławowa jeździmy rzadziej, ale wtedy wszyscy i wtedy razem remontujemy tam coś czy czyścimy całą ekipą. A tutaj wtedy na kontrolę do portu w Jastarni może iść tylko jeden.

AW: Co to są te światła nawigacyjne?

KK: To są światła wejściowe do portu: czerwone i zielone.

AW: Gdzie one się mieszczą?

KK: Na końcu falochronu, po prawej stronie i lewej od wejścia do portu. Między nimi statki wchodzą do portu. Jeszcze zależnie od portu, są również światła wewnętrzne – zazwyczaj niebieskie, na końcówkach mola. Takie światło jest w Jastarni, Kuźnicy i w Władysławowie i są jeszcze światła nabieżników, czyli to są dwa światła umieszczone jedno wyżej, drugie niżej, które świecą nad sobą. Muszą być z morza widoczne, jeżeli kapitan statku widzi, że są nad sobą to znaczy, że płynie prosto do portu. Jeżeli by miał skręcić od portu, to światła by mu się odsunęły i wiedziałby, że płynie złym kursem. Dlatego są dwa: jedno wyżej, jedno niżej. Są to nabieżniki, które ułatwiają wejście do portu statkom. I też tam musimy żarówki wymieniać czy naprawiać. W Jastarni były wymieniane oba światła nabieżnikowe, ze zwykłych żarówek. Teraz są nowe, które mocniej świecą i są bardziej wytrzymałe.

AW: Jakie statki tu wpływają?

KK: Do Jastarni – kutry rybackie i żegluga biała z Gdyni. Czasami wodolot, tramwaje wodne też.

AW: Czy coś większego wpływało?

KK: Nie, większe nie. Przed wojną przypływały tu statki trochę większe, z tym, że one komunikowały się z brzegiem za pomocą łodzi. A tutaj większe to jakieś żaglowce, jak ten, który w Jastarni stał długie lata – Generał Zaruski. Nie ma tutaj warunków na duże jednostki. Tu jest mały port, płytko, za wąski.

AW: Jest jakaś obsługa tego portu?

KK: Tak, jest bosman portu, kilku bosmanów, którzy na zmianę. Zawsze musi ktoś być.

AW: Sprawa mundurów.

KK: Wszyscy pracownicy Urzędu Morskiego w Gdyni, w Słupsku i Szczecinie, i my – latarnicy, jako urzędnicy państwowi, mamy mundury. Te mundury są do sytuacji oficjalnych i do uroczystości. W zasadzie do zwykłej pracy też, z tym, że jak bosman pracuje przy biurku, to może pracować w mundurze, a jeśli latarnik ma wchodzić na jakiś nabieżnik, ma jakąś sprawę w porcie, to trzeba wtedy ubranie robocze ubrać i wtedy pracować.

AW: Czyli jest to służba mundurowa?

KK: Tak. Pomimo że latarnicy są pracownikami państwowymi i należą do służby mundurowej, to jednak z tego tytułu nie ma jakiś innych przywilejów, innych emerytur niż pozostali pracownicy. Skończyć pracę można w normalnym wieku. Były brygadzista – latarnik z tej latarni Edward Murza, tragicznie zginął w pożarze swojego budynku, który notabene sam podpalił z powodu problemów rodzinnych i emocjonalnych. Doprowadził do takiej tragicznej sytuacji i właśnie po śmierci tego latarnika ja zgłosiłem się tu do pracy. Takie tragiczne sytuacje się też zdarzają i dla latarników, którzy całymi nocami tu przesiadują i mają czas na rozmyślania, może to być powód do napisania opowieści grozy, która w tym roku na Hallowen została opublikowana w formie elektronicznej w zbiorze opowiadań pt.: „Hallowen po polsku”. Na platformie wirtualnej można za darmo tę książkę kupić. W Internecie na różnych profilach można o tym poczytać, bo wspólnie z kolegami – pisarzami polskimi poprzez Facebook się skontaktowaliśmy i w 25 osób ułożyliśmy zbiór 34 opowiadań.

AW: Jaki to jest pana opowiadania?

KK: „31.10 – Hallowen po polsku”. To jest na razie w formie elektronicznej. Na portalu wirtualo.pl

AW: Inni autorzy?

KK: Anna Krajzerowicz z Gdańska, są różni autorzy z całej Polski. Pani Witkiewicz, która napisała „Miluszka” i „Panne roztropne” – w Gdańsku były autorskie spotkania z tą panią.

AW: Czy to był pana debiut?

KK: Nie. Napisałem już parę książek. „Latarnik”- to moja pierwsza powieść. To także powieść grozy. Opublikowałem ją w 2010 roku w Wydawnictwie Poligraf. Także część drugą „Latarniczka”, wydaną w tym roku. Pierwszy tom jest zwłaszcza na temat pracy latarnika. Zacząłem go pisać jako zapiski, w formie dziennika. To nie jest typowy dziennik, bo jest dużo fikcji, ale jest dużo o pracy latarnika. Druga część jest kontynuacją, z tym, że tu jest więcej fikcji niż prawdy.

Rozmowa Agnieszki Wołodźko z Karolem Kłosem

Wywiad z Andrzejem Marczykiem – emerytowanym latarnikiem w Krynicy Morskiej

Osoba przeprowadzająca wywiad: Agnieszka Wołodźko
15.09.2011

AW: W którym roku oddano tę latarnię do użytku?

AM: W ’51, a ja przyszedłem w ’61. To dopiero miała 10 lat. Małolata była. Także tak się to jakoś pociągnęło. Jak to się mówi, człowiek przychodził na rok i został tyle, ile został.

AW: A, żeby jeszcze wrócić do sprawy poprzedniej latarni, z czasów niemieckich. Może mi pan powiedzieć, jak to było, że ona wyleciała w powietrze? Że co, Niemcy wycofując się…

AM: …zaminowali, a oni [żołnierze Armii Czerwonej] przyszli, tak jak to tam przekazują, że oni chcieli ją uruchomić.

AW: Armia zwycięska?

AM: Tak. Oni wracali do domu tędy. Kompania wojska wracała do domu.

AW: Radziecka?

AM: No, tak. I weszli do latarni, no i zrobiło bach, i nie było ani latarni, ani ich. Bo oni tutaj leżą na tym cmentarzu.

AW: Acha, tutaj, tak?

AM: Czterdziestu dwóch.

AW: Jezu, 42 aż wyleciało w powietrze?

AM: Kompania, no mówię, kompania wojska.

AM: Tutaj do jednego porucznika, to siostra przyjeżdżała, pani profesor z Uniwersytetu Moskiewskiego. W tym roku jej nie widziałem, ale w zeszłym roku była. Przyjeżdża odwiedzać. Jak to tam było, to nikt pani nie powie, bo nie ma świadków, bo wszyscy są w przestworzach. [Latarnia] była ładna. Dyżurka stoi na miejscu tutaj, na tych fundamentach starej latarni.

AW: To jest ta dyżurka tutaj, ten biały domek?

AM: Tak, ten biały domek. Z tym, że to był niski domek, a potem, tu pisze nawet, kiedy to podnieśli do góry i zrobili, ze dyżurka, pracownicy poszli na górę. Bo tak siedzieli, mówmy uczciwie, przy urządzeniach. I potem w czasie budowy, żeby nadajniki odseparować od pracowników, to zrobiliśmy klatkę Faraday’a.

AW: Co to jest klatka Faraday’a?

AM: Zabezpieczenie, żeby to nie promieniowało i prądy nie przechodziły. To się wkłada siatki w ściany, w sufity i odprowadza się uziemieniami do ziemi, żeby te prądy błądzące szły w dół, a nie szły na górę na pracowników.

AW: Skąd tu się biorą prądy błądzące?

AM: Tam były duże nadajniki radiolatarni, tablice, mówmy urządzenia, do buczków dźwiękowych. Te, które stały w porcie pasażerskim. Trzy głośniki tutaj stały – stoją jeszcze, nierozebrane, tylko nieczynne – na wydmie. Bo to latarnik włączał. Jeżeli widzialność nie przekraczała trzech mil morskich, to latarnik włączał buczki. Czy to były opady, czy mgła.

AW: Czyli na co dzień one nie działają, dopiero kiedy jest zła widoczność?

AM: Tak, kiedy widoczność nie przekraczała trzech mil. To znaczy latarnik, tu w Krynicy akurat, obserwował zalew i patrzył czy widać połowę, czy nie. Jak był pół zalewu tylko widoczne i coraz krócej się robiło, to wtedy włączało się buczki. Także latarnik był cały czas w obrotach, bo musiał pilnować. Miał radiostację, obsługiwał, pilnował radiolatarnię, czyli te nadajniki, które sygnały wysyłały. Tak, że tam nie można było wchodzić na teren, gdzie jest dyżurka, tam były tablice ostrzegawcze i zakazujące wstępu ludziom nieupoważnionym, bo tam było dosyć duże napięcie i prąd. Na tej antenie, a ta antena stała pół metra od ziemi i od dołu już nadawała.

AW: A to nie szkodziło, na przykład dla zdrowia?

AM: Wie pani co, nic nie będę się wypowiadał (śmiech). Ja prywatnie pani powiem, dobrze?

AW: Promieniuje pan pewnie w nocy?

AM: Inaczej pani powiem. Jak nadajnik pracował, się brało taką rurę jarzeniową, to z dwóch metrów rura w ręku świeciła. Tak, że każdy, kto przychodził, a dyskutował na temat lekkiej pracy, to jak się wzięło rurę, się poszło, to już nikogo nie było przy dyżurce. Wszystko wiało. Ta antena stoi w Rozewiu. To jest taki patyk z kulą na górze, z prętów.

AW: Jaka była jego funkcja?

AM: Nadawała sygnały radiolatarni. To znaczy radiolatarnia pracowała w odpowiednich godzinach i wysyłała swój sygnał pomiarowy, że jak statek płynął, to się namierzał – jak nie był nas widać. Brał ode mnie sygnał, sygnał z Helu, z Rozewia i wiedział, gdzie się znajduje.

AW: Czyli to było na dźwięk, tak?

AM: (przytaknięcie)

AW: A w nocy było światło?

AM: I w nocy, i w dzień.

AW: Więc to był jakby podwójny system sygnalizacji?

AM: Tak, bo w dzień się rozpoznaje po sylwetce i kolorze.

AW: Latarnię?

AM: Tak. W nocy po świetle i przy okazji radiolatarnia pracuje. W tej chwili też jest, tylko w innym już układzie. Ten patyk, co tutaj z prawej strony jest (wskazuje w górę). To jest właściwie radiolatarnia stała, tylko to jest nowy typ, bo myśmy mieli – Hel miał ich 6, u nas było 12 – szwedzkie nadajniki jeszcze na lampach. A latarnik jeszcze wtedy radiotelegrafistą musiał być. Miał uprawnienia. Bo to wszystko zależało od uprawnień. I obsługiwał radiostację nadawczo-odbiorczą, czyli rozmawialiśmy ze statkami z bosmanatami z kapitanami. Z tym, że to było w razie draki, jak coś się działo nie tak. Także latarnia w Krynicy była przekaźnikowa.

AW: Co to znaczy?

AM: To znaczy, że płynął statek, a nie mógł złapać łączności na UKF-ie, to my [działaliśmy] jako przekaźnik. Latarnik siedział, odbierał wiadomość z jednaj strony i przekazywał tę wiadomość dalej. Myśmy mieli daleki zasięg dość.

AW: Czyli na słuchawkach się siedziało?

AM: Nie, mikrofon i normalnie głośniki. Można było i słuchawki, ale po co. Tak, że latarnik, to miał dosyć dużo zajęcia.

AW: Czyli 24 godziny na dobę ktoś musiał siedzieć?

AM: Tak, po 12 godzin wtedy siedzieliśmy.

AW: To ilu wtedy było latarników?

AM: Trzech. I szef był czwarty. Także 12 godzin się siedziało w dzień i potem była przerwa i na drugi dzień się wchodziło na noc. I tak jechało w trybie, nie? Tam nikt nie mógł przebywać, bo tam musiał być spokój. Tam nie można było pogaduszek żadnych. Latarnik to samotnik no. (śmiech) Ale jaki spokój… (…)

AM: Zastanawia się pani, nie? Bo ja musiałbym pani rysować, jak to się pomiar bierze. Można z dwóch latarni zrobić pomiar, gdzie się znajduje na morzu, ale najbardziej dokładnie jest z trzech, jak się widzi trzy światła. Dlatego latarnie są tak poustawiane, żeby może je widzieć. Bo to przeważnie wszystkie widać z odległości, mówmy, 30 km. Z tym, że to jest jeszcze zabawa, bo te odległości się mierzy przy średnich warunkach atmosferycznych zasięg świateł. Metr nad powierzchnią wody, są takie klauzule, bo to jak będzie ładna, idealna widoczność, będzie dalej widać.

AW: I kto to mierzy?

AM: Hydrografia i nawigacja, czyli Marynarka Wojenna plus Urząd Morski.

AW: I przekazują do statków te informacje?

AM: Nie, w razie zmiany warunków to wychodzi taki zeszyt do loci, gdzie wszystko jest podane, co się zmienia…

AM: Pracownika nie może nic przerażać, bo on jest na wszystko przygotowany.

AW: No, ma żelazne nerwy?

AM: To ja powiem coś pani na wesoło. Jak akurat z nim [drugim latarnikiem] weszliśmy na górę i był wiatr 140 km/h. Wie pani jakie szybkie biegi mieliśmy z góry? Cała latarnia chodziła. Poważnie. Ona chodzi, ona się buja.

AW: Odchyla się?

AM: Tak. To z Gdyni do nas zadzwonili i powiedzieli, że tu jest wiatr 140. Myśmy się bali, że nam kopułę zdejmie. No nic się nie stało, ale jak to się mówi, lepiej siedzieć na dyżurce niż a górze. Myśmy tylko polecieli sprawdzić wszystkie urządzenia, czy działają i w długą, jak to się mówi.

AW: A były takie sytuacje, że jakaś taki porządny sztorm zaskoczył statki na morzu?

AM: Były. Były. To wtedy dyżurny, co trzymał służbę, jak już było za dużo tego dobrego, to wołał resztę załogi i, mówmy, cała załoga pracowała. Były takie zdarzenia. Ale to byście musieli do Urzędu Morskiego w kroniki zajrzeć.

AW: A żarówka kiedyś się przepaliła? Co tam jest w ogóle?

AM: Żarówki przeważnie wytrzymują trzy miesiące. Latarnik musi wymienić przed spaleniem się żarówki a nie czekać aż ją…

AW: …szlag trafi.

AM: To nie ja mówiłem. Aż się przepali. Ona się robi czarna wewnątrz, nie na zewnątrz tylko wewnątrz, od elektronów, które z żarnika się wybijają.

AW: A jaką ona ma moc?

AM: 1000 wat. Kiedyś był gaz, acetylen i żarówka. Bo tu stały butle trzy gazowe i rurkami szło to na górę, i latarnik musiał ganiać co najmniej raz w tygodniu czyścić palniki. (…)

AM: Przy moim zawodzie nie było bezrobocia.

AW: A ilu jest latarników w Polsce?

AM: Kiedyś było 150 nas, a teraz jest, ja wiem, połowa? Nawet chyba nie ma.

AW: Bo tyle latarni przeszło na automatykę, tak?

AM: Część przeszła na automatykę, potem zmniejszyli ilość obsługi, bo w tej chwili pracują limit godzin, nie tak jak myśmy pracowali. Myśmy po 240 godzin mieli w miesiącu. A w tej chwili nie, norma jest normą. 8 godzin. Jak ma nadgodziny, to ma wolne. To nie tak, jak za dawnych czasów.

AW: To kiedyś ile to wypadało w tygodniu godzin?

AM: Były dwa razy dzień, dwa noc. 48, 50.

AW: A mnie się wydaje, że większość latarni jest czerwonych.

AM: To znaczy, jak są z cegły, to tak.

AM: [Latarnia jest] czerwona, ale laterna jest biała. Ta cześć gdzie jest światło, to się laterna nazywa. Jest biała. Hel jest czerwony, ale cały.

AW: I po tym się poznaje?

AM: (pokazuje na tablicy) Rozewie ma zupełnie inną sylwetkę. Krynica jest czerwona, biała. Hel jest cały czerwony. Też inna sylwetka. Stilo jest czarno-biało-czerwony. No a Nowy Port to jest cegła i też inna sylwetka. Bo ta latarnia krynicka była rok po gdańskiej budowana. Tak, że wszystkie się różnią.

AW: Patrzą przez lornetki, tak?

AM: (przytakuje)Widzi światło, wie jaki cykl świetlny jest, mają pozycję tutaj, gdzie stoi. I światła. Rozewie ma sekundę, 2,9 sek. i 3 sek. jest cały cykl świetlny. I tutaj jest Krynica 2, (2), 2 sek, (6) – czyli 12 sek. To znaczy ta dwójka i szóstka, to jest przerwa w świetle.

AM: Co pani jeszcze chce wiedzieć ode mnie?

AW: Jakby pan jeszcze powiedział, coś nadzwyczajnego, co się wydarzyło.

AM: Takich rzeczy to raczej ja nie mówię, bo i po co… Kiedyś rybacy zgubili się w czasie sztormu. Pogoniło ich po Hel i wylądowali u sąsiadów na Półwyspie Kurońskim. I ich tu wszyscy szukali i nie mogli znaleźć. Przy dzisiejszych urządzeniach, to byśmy ich widzieli od razu. A przy tamtych nie. Ich prąd wygonił, bo to był duży sztorm południowy, wygonił ich aż pod Hel i prąd wiślany ich zaprowadził aż tam. To myśmy tu w trzech siedzieli i było cały czas szukanie, bo to i ratownictwo wyszło i wszystko. I nie znaleźli ich. Oni się sami znaleźli. Także to była wtedy wielka tajemnica, gdzie wylądowali, jak ich przewieźli.

AW: Przez zieloną granicę się przeturlali.

M: Morzem, nie? Tylko oni się sami zgłosili Rosjanom. A oni ich wsadzili. Nie będę mówił nazwiska. To był siedemdziesiąty… gdzieś tam jest w dziennikach, cała korespondencja, to wszystko. Bo latarnik ma dzienniki – tak przedtem było nie wiem, jak teraz jest – dziennik służby, dziennik radiowy i jeżeli się coś mówiło przez radio, to trzeba było wpisać w dziennik słowo w słowo. Nie można tam było sobie dołożyć, jak się mówiło. I odbierało się ze statku, czy ktoś coś do nas wołał, też idealnie słowo w słowo, bo to szło potem w razie draki do Izby Morskiej. A na dokładkę jeszcze było to nagrywane. Nie u nas, broń Boże, ale to było wszystko nagrywane przez Gdynię Radio, Polratok, Urząd Morski no i jeszcze przez takich panów w niebieskich mundurkach – oni też odbierali.

Rozmowa Agnieszki Wołodźko z Andrzejem Marczykiem

Wywiad z Andrzejem Włochem – czynnym latarnikiem na Rozewiu

Osoba przeprowadzająca wywiad: Agnieszka Wołodźko

AW: Kiedy pan przyszedł tu pracować?

A.Włoch: Po wojsku, po odbyciu służby.

AW: Od razu, tak?

A.Włoch: Tak, od razu.

AW: Czemu pan tak zdecydował, że po wojsku pójdzie pan na latarnika?

A.Włoch: No, wolny etat był, a w Krynicy z pracą ciężko. Się zgłosiłem i tak zostałem też.

AW: Trzeba było mieć jakieś specjalne umiejętności, żeby zostać latarnikiem?

A.Włoch: Kiedyś były wymagania. Musiał być co najmniej elektrykiem. To kiedyś tak było. Trzeba było znać obsługę agregatów, to znaczy znać się w ogóle na silnikach spalinowych, trzeba było przejść kurs. Zostałem i jestem już 26 lat.

AW: Podoba się panu ten zawód?

A.Włoch: Znaczy tak, przyzwyczaiłem się już i no, podoba. (…)

A.Włoch: Automatyka weszła. Kiedyś trzeba było ręcznie włączyć ją, wyłączyć ją ręcznie, agregat też ręcznie. A teraz wszystko automatycznie.

AW: A kiedy mniej więcej to było, jak się zmieniła ta technologia.

A.Włoch: Kiedy to było dokładnie? Hm… ’98 rok. (…)

A.Włoch: Znaczy obsługi raczej nie. Była tabela kiedy się zapala światła, gaszenia, wg wschodu słońca, zachodu.

AW: Teraz jest mniej pracy dla latarnika?

A.Włoch: No, trochę mniej, jak mówię, ta automatyka załatwia dużo, nie trzeba już tak pilnować. I w sumie jest dwóch latarników, kiedyś było czterech. Bo i tak musiał ktoś przyjść tę latarnię zapalić, a tak się sama włączy.

AW: I jak te dyżury wyglądają?

A.Włoch: To znaczy też po 12 godzin. No i 12 godzin w ciągu nocy. Przerwa 24 godziny. Potem 12 nocnych i 48 przerwy. I tak na okrągło.

AW: To musi być życie…

A.Włoch: No, można się przyzwyczaić.

AW: Ale urlopy są?

A.Włoch: Urlopy są, tak. Normalnie, tak jak się należy, przysługuje. (…)

AW: A jakieś tu wypadki się zdarzały?

A.Włoch: No, zdarzają się, teraz już rzadziej, ale kiedyś to częściej. Ten sprzęt też jest teraz lepszy i jest bezpieczniej po prostu. Od dłuższego czasu nic nie było, nic się nie działo.

AW: A jak duży sztorm jest, to jak to wygląda?

A.Włoch: Jak to wygląda? Woda na morzu, to praktycznie plaży nie ma, pod same wydmy podchodzi. A tutaj dmucha, latarnią trochę telepie, kolebie.

AW: Nie strach tak siedzieć tutaj w nocy?

A.Włoch: Ja siedzę na dole, na dyżurce. Tutaj się rzadko wchodzi. Tylko jakąś tam konserwację zrobić czy coś takiego, przegląd.

AW: A jak burza?

A.Włoch: Latarnia wysoka, ale pioruny raczej w nią nie uderzają. Jak ja pracuję 26 lat, to tylko raz uderzyło. Coś huknęło, błysku trochę i po wszystkim.

AW: I co, podoba się panu ta praca?

A.Włoch: No, podoba. Nawet jak by się nie podobała, to gdzieś trzeba pracować. Tu w Krynicy to raczej nie ma pracy, jedynie sezonowa.

AW: Czyli jednego ma pan zmiennika teraz?

A.Włoch: Na miejsce pana Marczyka przyszedł. Też kolega w moim wieku taki. (…)

AW: Która latarnia jest najbliżej?

A.Włoch: W Gdańsku. Gdańsk Północny.

A.Włoch: A następna jest po stronie rosyjskiej?

A.Włoch: Tak.

AW: I gdzie ona się mieści?

A.Włoch: W Batłtijsku.

AW: Macie jakiś kontakt z nimi?

A.Włoch: Nie, nie ma. Tak samo można było kiedyś przepłynąć tę Cieśninę Pilawską przez Zalew, ale teraz już nie puszczają podobno. Żeby tak Elbląg stał się portem morskim…

AW: I to będzie zrobione?

A.Włoch: Nie wiadomo. Co roku, czy co ileś lat to jakoś odżywa i nie wiadomo. Jedni są za, drudzy przeciw.

AW: Ale tutaj to szkoda, że nie ma tej komunikacji, nie?

A.Włoch: No szkoda.

AW: Mierzeja to piękne są tereny.

A.Włoch: Zobaczymy, może to przejście chociaż zrobią rowerowe. Bo idzie tutaj dołem taka leśna droga rowerowa. I to byłoby przedłużenie tej drogi.

AW: To świetne, można byłoby sobie wycieczki robić w tamtą stronę.

A.Włoch: Jak się uda zrobić to wszystko.

AW: Pogoda nam się psuje. Już z tamtej strony idzie mgła.

A.Włoch: Bo to z zachodu goni.

AW: Przed chwilą było Bałtijsk widać i domki, a teraz…

A.Włoch: …teraz już nie widać. Zaczyna padać. (Pokazuje lampę latarni)

A.Włoch: Ona na fotokomórkę się włącza. Jak się robi ciemno, nieraz w dzień też, jak chmury ciemne najdą burzowe to też światło się włącza, automatycznie.

AW: A teraz wieczorem, o której się włącza?

A.Włoch: Tak koło 20:00. W zależności od pogody. Teraz coraz szybciej, bo zimą to już ok. 15/16.

AW: To dzisiaj o której? Nie wie pan?

A.Włoch: No tak może być 19:00, 20:00. Takie żaróweczki 1000 Watowe.

AW: Czyli to są te dwie, które ewentualnie na zmianę się włączą?

A.Włoch: Jak się jedna przepali, to się automatycznie zamieni miejscami, żeby się cały czas paliło.

AW: I ona ma ten system przerywania?

A.Włoch: Tu jest elektronika w tej skrzyneczce, żeby właśnie zapalała się i gasła.

AW: To się nie zepsuje?

A.Włoch: Nie, nie. Raczej wszystko działa jak powinno. Kiedyś były takie styki i one się potrafiły zgrzać i ona cały czas świeciła, nie mrugała. Ale mieliśmy te styki tam na dole, to trzeba było od razu to przełączyć na drugi i przeczyścić. Teraz elektroniczne, to…

AW: To są polskie żarówki?

A.Włoch: Tak, te akurat polskie, były szwedzkie, a teraz już polskie.

AW: A co to jest ta rura?

A.Włoch: Ta rura to jak była kiedyś gazowa, bo tu była jeszcze żarówka i palnik, jak nie było prądu, to świeciła na gaz, żeby po prostu te wszystkie spaliny uciekały tam i temperatury.

AW: I tak zostało po starym systemie?

A.Włoch: Tak i w sumie odprowadzenie temperatury, bo żarówka tam trochę się nagrzewa.

Rozmowa Agnieszki Wołodźko z Andrzejem Włochem

Wywiad z Aleksandrem Krężałkiem – latarnikiem na Rozewiu

Osoba przeprowadzająca wywiad: Agnieszka Wołodźko

AW: Które latarnie w okolicy które latarnie są obsługiwane jeszcze przez latarników?

AK: Na Helu, Jastarni, Rozewiu, w Stilo, Krynicy, Porcie Północnym.

AW:To nawet sporo, bo jak rozmawiałam ze Szwedami to u nich już właściwie tego nie ma. Wszystko jest obsługiwane przez automaty. W czasie wojny Niemcy obsługiwali tutaj latarnie?

AK: Był tu pracownik który kiedyś pracował tutaj na latarni na nadzór niemiecki.

AW: A pan od którego roku jest?

AK: Ja jestem od 1971.

AW: To ile miał pan lat, jak zaczął tu pracować?

AK: 23.

AW: A czemu pan się zdecydował żeby tu pracować?

AK: To było w tym momencie kiedy ja wyszedłem z wojska i trzeba było jakąś pracę poszukać. No bo wiadomo w latach 70-tych… Poznałem obecną żonę. Ja pochodzę z południa Polski. Wróciłem na wybrzeże, bo byłem w Gdyni w wojsku i akurat się tak złożyło że było wolne miejsce tutaj na latarni. No i przyjęto mnie tutaj do pracy.

AW: A czemu pan z południa szukał pracy tutaj na północy?

AK: Bo panią poznałem.

AW: To miłość jednym słowem. (śmiech) A jak to jest że wszystkie polskie latarnie mają z czerwienią kolory? Czy to jest jakiś znak że to są polskie?

AK: Każda latarnia ma swoją charakterystykę. Światło jest białe, ewentualnie przysłona przechodzi koloru czerwonego albo zielonego. Jeżeli płynący z zachodu będzie widział latarnie i będzie widział sektor czerwony, to musi opłynąć tak żeby widzieć światło zielone albo światło białe, gdzie pozwala wejść do portu. Natomiast pozostałe latarnie mają światło białe, światło pulsujące, światło obrotowe, obrotowo- gasnące. Takie są charakterystyki latarni.

AW: Mimo GPS patrzą na latarnie?

AK: Każdy kto przepływa to na wszystko patrzy. Patrzy na komputer, w GPS i patrzy sympatycznie na widok z morza jak latarnia migoce, a nie jak pusto, ciemno.

AW: A jak przyszłość? Chcą ten zawód zlikwidować?

AK: Na razie nikt nic nie wspominał o jakichkolwiek likwidacjach w latarni. W jakiejś tam odległej przyszłości na pewno to nastąpi albo nastąpi to w jakiś sposób zautomatyzowane. Dopóki została podpisana konwencja międzynarodowa o zabezpieczanie wód. Dopóki wszyscy się nie zbiorą i nie wycofają z tego, no to niestety, ale każde z państw musi się zabezpieczać swoje wody. Bo statki nasze i obce pływają po naszych wodach, nasze statki po obcych wodach i też muszą korzystać z systemów nawigacyjnych czy satelitarnych czy naziemnych, dlatego trzeba to utrzymać. My teraz w Rozewiu mamy stacje z GPS, druga stacja GPS jest w Dźwinowie, a kiedyś pracowały po trzy radiolatarnie w systemie kluczu, gdzie zawsze dwie pracowały i statek mógł określić swoje położenie na morzu. Wszystko odbywało się: sygnał przychodził z lądu, a w tej chwili z lądy, z satelity statek odbiera, określa swoje położenie.

AW: A zdarzyło się ktoś pobłądził?

AK: Nie na Bałtyku nie można zabłądzić. Jak na mieliznę nie wejdzie, to na platformy się natnie, albo na wybrzeże Szwecji.

AW: To daleko stąd?

AK: Jakieś 80 km na północ. Tam są te wydobywcze.

AW: Czy na mieliźnie kiedyś osiadł statek?

AK: Tak, w 1975 roku. Wszedł na mieliznę 26 grudnia, bo płynął, a było minus20-ileś stopni mrozu. Dostał takiego ochłodzenia, że dostał przechył i puścili go w dryf, żeby gdzieś się zatrzymał. Zatrzymał się pod Karpią. Na tamte lata to był nowoczesny statek, bo w pełni automatyczny, było tylko tam 7 osób załogi. Załoga została zdjęta pod Jastarnią, a statek puszczony w dryf. Bez załogi poszedł. Potem, jak zatrzymał się na mieliźnie, barki przypłynęły. Najpierw z Urzędu Morskiego pilarze byli przerzuceni na statek i wycinali piłami ten lód ręcznie piłami motorowymi, żeby go troszkę odciążyć. Jak był już z tego lodu odkuty, to wtedy barki podpłynęły tyłem, wykopały taka rynnę pod nim i został ściągnięty. Wiózł chemikalia do Torunia. Dosyć niebezpieczne to było. Gdyby się rozlało, to w promieniu 10 km zanieczyszczało by się chemikaliami.

AW: Czy podoba się panu ten zawód?

AK: Skoro wytrwałem przez 40 lat, to na pewno, bo jako człowiekowi z południa wytrwać tyle lat nad morzem? Połowa z tych 40 lat przeżyta w samotności.

AW: Zdarzyło się kiedyś że wszystko siadło i przestało świecić?

AK: Może kiedyś tak raz było, że coś się stało z agregatem i wyłączyli, ale i tak był na to sposób żeby ta latarnia działała. Mieliśmy taki mały agregat 1800 VAT i podłączyliśmy i latarnia świeciła. Tutaj mamy historię Rozewia – w tym pomieszczeniu. Są tu makiety z 1821 roku, kiedy została wybudowana część murowana. Po wygaszeniu tego ogniska wybudowano latarnie i zastosowano lampy olejowe. Tak wyglądała latarnia po przebudowie, po wygaszeniu tego ogniska, które paliło się na szczycie. Wtedy tak latarnia świeciła do 1910 roku. W 1910 r. dobudowano część metalową stożkową. Podwyższono, zainstalowano reflektor. Wybudowano własną elektrownię, dwie maszyny parowe, prądnice, baterie akumulatorową zasilano latarnie. Nadano latarni charakterystykę 3 sekundy jeden obrót co 2 i 9/10 widzi żeglarz błysk latarni. Od 1910 roku codziennie od zachodu do wschodu słońca latarnia świeci.

AW: Ta elektrownia jeszcze jest?

AK: Tak. W tej chwili jest energia z sieci. Mamy agregat awaryjny, ale maszynownia jest. W 1978 roku ta latarnia została ponownie podwyższona. Pan Wzorek opowiadał, że Szwedzi starają się przysłonić światło latarni, ale naprawdę buki przerosły latarnie i dlatego latarnia została ponownie podwyższona. W ciągu jednego dnia 26 października podwyższono o 8 – metrowy cylinder. Rano zgasła stara latarnia, a wieczorem zapaliła się już nowa.

AW: Kto to wykonał?

AK: Mostostal Gdańsk. Musiał przyjechać wielki kratowy dźwig i z samochodu przywieziono mu ramię. On się złożył, podniósł do góry, cylinder już stał na placu (był przywieziony na platformie) i mniejszym dźwigiem był rozładowany. Wszystko już było w środku: instalacja. Jednego dnia było zdjęcie dachu, wymontowanie szyb, zamontowanie dachu na nowej części i do góry osadzenie, skręcenie, montaż szyb i wichura się zrobiła. Z trudnością zdążyli złożyć dźwig. 25 m/s zaczął wiać wiatr. Były problemy, żeby szyby powkładać, ale wszystko się szczęśliwie udało złożyć. To była akcja, żeby w ciągu dnia wykonać taką operację podwyższenia latarni.

(…) W tym pomieszczeniu była kiedyś dyżurka w latarni. Mieli możliwość obserwowania napięcia na zasilania latarni, zasilanie żarówki, silnika i jaki on prąd pobiera. Z maszynowni prąd był przesyłany tutaj. W maszynowni był zapalacz i pomocnik zapalacza. Oni obsługiwali maszynę parową. Pilnowali napięcia akumulatora, żeby latarnia dość długo była zasilana prawidłowo. Tu jest lampa – stara optyka z 1910 roku, ta która została zamontowana po podwyższeniu latarni. Ta część była przeszklona, na wysokości 27 metrów od poziomu ziemi świeciła latarnia. Światło obrotowe, ciągłe 3 sekundy jeden obrót co 2 i 9/10 sekundy było widać błysk latarni. Co obrót jest błysk. który widzi żeglarz. Żarówka o mocy 3000 VAT była. Zasięg był 30 mil morskich. To jest zasilanie latarni, sterowanie latarni. I tu są akumulatory zasilania awaryjnego. Jak nie ma napięcia, to przełącza się na akumulatory i do momentu jak agregat nie poda napięcia- świeci z źródła awaryjnego, później ponownie się przełącza. To jest ta optyka z 1987 roku, która po podwyższeniu została zamontowana. Różni się od tej którą wcześniej widzieliśmy: tam było jedno źródło światła, układ pryzmatów; tu mamy światło halogenowe, każdy z halogenów ma po 200 VAT, ma skupioną wiązkę we własnym lustrze i zasięg jednego halogenu jest 19 mil morskich. Tu mamy dwa dwustronnie, to tak jak tamta wykonywała 20 obrotów na minutę to ta wykonuje 10 obrotów na minutę, po to żeby uzyskać tą samą charakterystykę.

AW: Jak Pan jest na dyżurze to co Pan robi?

AK: Przede wszystkim nadzoruję prace wszystkich urządzeń: latarni, stacji GPS, agregat, żeby był w gotowości itd. To jest podstawa. Jak już to wszystko jest spełnione, to mamy trochę terenu na którym też musimy utrzymać porządek.

AW: Ilu latarników tu pracuje?

AK: Trzech.

AW: To jak macie zmiany?

AK: Co 12 godzin.

AW: O jakiej porze pan tak normalnie włącza?

AK: Tak o zachodzie słońca. Ja sam nie włączam, tylko automat- fotokomórka. Jak zapadnie zmrok, wtedy się zapala. Kiedyś w Rozewiu były dwie latarnie. Paliły się na naftę do 1910 roku.

AW: Czemu dwie?

AK: Kiedyś latarnie nie miały charakterystyki, więc żeglarze płynąc wzdłuż, widzieli obie. Nie mogli rozpoznać miejsca, w którym się znajdują. Dlatego w Rozewiu wybudowano drugą latarnię. Zainstalowano lampy naftowe na obydwóch latarniach i po dwóch źródłach światła żeglarze rozpoznawali latarnie z morza. Następną latarnią na Wybrzeżu była Latarnia Czołpino, która również paliła się światłem stałym. Żeglarze wtedy nie wiedzieli, czy są na wysokości Stilo, czy na wysokości Rozewie. Jak widzieli w odległości dwa punkty światła, to wiedzieli że to Rozewie.

AW: Pan z południa skąd pochodzi?

AK: Krosno, Jasło – Bieszczady, początek Bieszczad.

AW: Jakie są zalety tego, że Pan tu pracuje?

AK: Zdrowie, spokojna praca, odpowiedzialna.

AW: Gdyby miał Pan jeszcze raz wybierać?

AK: Gdybym wiedział na czym to polega to na pewno bym się zdecydował, bo przychodząc to nie wiedziałem. No, latarnia – latarnik pracuje. Ja jestem zawodowy elektryk, ale pracując jako elektryk w innej dziedzinie, to jest całkiem co innego, a tutaj wszystko jest wyłącznie związane z obsługą urządzeń. Te wszystkie urządzenia trzeba poznać, zasadę działania i zdiagnozowanie informacji w razie jakiejś awarii, samo usunięcie. Po czterdziestu latach zostałem nominowany na starszego latarnika. Jestem brygadzistą na latarni.

AW: Ilu jest latarników w Polsce?

AK: Trudno powiedzieć. Na zachodzie pozwalniali: w Stilo, Słupsku.

AW: A czy są kobiety latarniczki?

AK: Są. W Stilo jest pani Weronika i w Jarosławcu Janina, po mężu, który zmarł, została przyjęta. W Jastarni pani Grażyna.

AW: Obsługa buczków też należała do latarnika?

AK: Tak. Buczek mgłowy to jest sygnał dźwiękowy który podczas mgły, złej widoczności został uruchamiany. Sygnały dźwiękowe które ostrzegały że zbliża się ląd. (Wejście do środka) Tu są te buczki, tu jest to urządzenie które powoduje wydawanie tego dźwięku przez te tuby. Musi to być, bo gdyby powietrze by wpuścić, to ono by wyszło i „sss” by nie było żadnego dźwięku. Powietrze przechodzi przez komorę w której znajduje się taki wiatrak, który zawirowuje to powietrze i wtedy jest wydany dźwięk. A tu jest taki tłok był sprzężony przy pomocy cięgna i urządzeniem na którym jest kod. Przy pomocy tego kodu tłok był wypchnięty, puszczone powietrze zamknięto, otworzyło, i na takiej zasadzie mechanicznej działało to urządzenie.

AW: Kto takie urządzenie zbudował?

AK: Nie wiem. To zostało wybudowane w 1867 roku. I do dzisiaj stoi, nie zardzewiała, nic nie odpadło. Nic się nie psuje. Napompujemy powietrza do zbiornika, uruchomimy silnik to sobie pokręci, puści się powietrze: piękny, żywy, czysty dźwięk.

Wywiad z emerytowanym marynarzem – Jerzym Mehtą

Osoba przeprowadzająca wywiad: Agnieszka Wołodźko

Po szkole podstawowej chciałem iść na kucharza, ale nie dostałem się, więc złożyłem papiery do ZSBO – Zasadniczej Szkoły Budowy Okrętów. Skończyłem tę szkołę i miałem zawód montera rurociągów. Skręcałem rury w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Ale mój szwagier pływał i zapytał mnie się, czy nie chciałbym też popływać i zwiedzić świat. „Co będziesz zawsze te rury skręcał?” Ja powiedziałem: „Dlaczego nie? Zawsze byłem ciekawy świata, zwłaszcza, że w stoczni, na statkach patrzyłem przez bulaje i myślałem sobie: ciekawe jak to wygląda na morzu. Trafiła mi się okazja, to dlaczego nie skorzystać? Byłem ciekawy świata, lubiłem zwiedzać różne miejscowości. Bardzo często wychodziłem w porcie sam. Bo jechałem bez kolegów, z obcymi ludźmi. W Dunkierce na przykład sam pojechałem zwiedzać. To mi się podobało. Przytrafił mi się bardzo dobry zawód. Zwiedziłem bardzo dużo: oprócz Australii, Polinezji i Kanady, to zawsze kilka portów jest zwiedzonych i zaliczonych. Morze Śródziemne? – Znam jak własną kieszeń. Ile razy byłem tu: Wenecja, Barcelona, Włochy, cała północna Afryka to porty, w których bywałem.

W PLO pływałem od września 1973 do 1995 r., kiedy dostałem grupowe wypowiedzenie, bo wtedy zwalniali ludzi. Wtedy udało mi się trafić na zagraniczny statki i pływałem u angielskiego armatora na kontenerowcach. I znowu pływaliśmy między Europą Zachodnią po Morzu Śródziemnym. Tak pływałem do 2002 r.

Podobała mi się nawigacja. Lubiłem to jeżdżenie z arpe – arpe to jest taki radar antykolizyjny, na którym można sobie ustalić kurs i wiedzieć, jak dany statek płynie w stosunku do naszego statku, czy jest bezpiecznie. Ja byłem tylko marynarzem, ale ja to polubiłem. Nie byłem oficerem, ale wiedziałem, że z satelity mam pozycję wypisaną. Poszedłem, zdjąłem sobie pozycję na mapę. Patrzę: aha, jesteśmy tu i tu, czyli o tej i o tej godzinie, na przykład trzecia piętnaście w nocy, będziemy robili zwrot w prawo koło Sycylii, czyli koło Krety w lewo… Człowiek jeździł cały czas na tych liniach. Jak tutaj jeździliśmy Rawenna-Wenecja-Istambuł-Izmir-Pireus i z powrotem. A następna linia była Rawenna-Wenecja aż do Kajfa-Aleksandria-Limasol. Trasę na pamięć się znało. Nawet i blindy były. – To ci pasażerowie na gapę, którzy nam się trafili w Limasolu i wysadziliśmy ich w Rawennie. Portowcy ich podrzucali w porcie załadunku, przy największym zdenerwowaniu, bo to już końcówka, bo już zaraz wyjście w morze, w tym momencie on niepostrzeżenie z kei wskakuje na statek i w ten sposób mieliśmy trzech blindziarzy i zawieźliśmy ich do Rawenny. Tam ich przejęła międzynarodowa organizacja ONZ-owska, która się zajmuje sprawami ludzi. Oni byli z Iraku. To było też niebezpieczne, bo nie było wiadomo, czy nas nie wymordują. W ich kabinie były zaspawane bulaje i nie miało się wachty na mostku, tylko pod ich kabiną pilnowało się, żeby oni w nocy nie wyszli i nie wyrżnęli całej śpiącej załogi. Nas było tylko 10-11 członków załogi na tych statkach. To też była nerwówa i odpowiedzialność. A też mieliśmy taką przygodę… W osiemdziesiątym którymś roku byłem na Świeciu, to podebraliśmy z morza, z łodzi, która niby się zepsuła, uciekinierów z Wietnamu. Oni chcieli na Tajwan popłynąć. Podebraliśmy ich niedaleko Wietnamu, bo okazało się, że im silnik nawalił. To było trzydzieści siedem osób, w tym dwóch ludzi po Heine-Medina, którzy po trapie byli wnoszeni przez kolegów, a najmłodsze było chyba półroczne dziecko.

Ale nie powinniśmy byli tego robić, bo nie wiadomo było, czy tam nie był zamachowiec ukryty. Mogli mieć broń, sterroryzować załogę i uprowadzić statek. Wzięliśmy ich do świetlicy, tam siedzieli. Byliśmy niedaleko redy Sajgonu, więc kapitan zgłosił to do emigresy, więc wojsko wietnamskie przyjechało i zabrali ich. Po paru dniach nas wprowadzili do portu i następnego dnia o godzinie dwunastej okazało się, że przyszedł jeden tatuś z synkiem, że on chce jednak naprawdę uciec z Wietnamu. My staliśmy w porcie, tamtych wypuścili, a tu tatuś z synkiem przychodzi, że oni jednak chcą wypłynąć. Teraz chcieli legalnie-nielegalnie wyjechać. Żebyśmy ich zabrali.

No ale dzięki temu dużo się zwiedziło: Mur Chiński, Kanał Panamski… Mieliśmy wycieczki, trzydniowe wycieczki autokarem do Pekinu. Czasem w Szanghaju stało się miesiąc. Takie były wyładunki i załadunki. W tym czasie mogliśmy zwiedzać różne porty. Ale gdy były trzydniowe postoje, to też po skończonej pracy szliśmy sobie do miasta, żeby coś zobaczyć, a nie tylko siedzieć na statku. Ale były też przeloty przez Pacyfik od Kanału Panamskiego do Filipin przez 29 dni tylko woda i woda. Nudno było, ale trzeba było w tej gorączce, bo to strefa tropikalna, jakoś to przeżyć… Lubiłem chodzić i zwiedzać. Nawet się na ślub załapaliśmy w Wenezueli w kościele. Nie mówiąc o całej Europie Zachodniej, Hiszpanii, Portugalii. Stałem trzy miesiące w Rotterdamie i żona do mnie przyjechała, to potrafiłem dzięki żonie zwiedzić całą Holandię. Tez ciekawa jest Zatoka Botnicka, która w tamtych latach była zamarznięta nawet do połowy maja. 5, 70 i metr dwadzieścia gruby lód był. Lodołamacz musiał nam drogę utorować. Trzeba się było uzbroić w cierpliwość i nieraz czekać w nocy albo w dzień, żeby lodołamacz podpłynął i nas uwolnił z zatoru lodowego.

Zostałem raz wrobiony na statku, było nas tam dziesięciu członków załogi, wypływamy i się okazuje, że kucharz zostaje w szpitalu a ktoś musi gotować. Jest nas tylko dziewięciu członków załogi i „stary” skierował to na mnie, no bo ten małolat nie umiał gotować, ja tez nie byłem specem, bosman nie może, a oficerka robi swoje. No nic, zostałem zmuszony. No i tal wieczorem kolega do nie mówi: „Juras, trzeba chleb upiec. Znasz przepis?”. Ja mówię: „Nie, ale Heniu mi zawsze mówił, że mam, kurczę, wziąć przepis od niego na pieczenie chleba. Okazało się, że mam wziąć przepis od kucharza z jakiegoś innego statku. Kapitan wysłał faks na drugi statek. Tamten kapitan wieczorem o dwudziestej drugiej zawołał chiefa i mówi: „Słuchaj, tam mają kucharze, co nie umie chleb piec.” Tamten zrobił wielkie oczy. On mówi: „Słuchaj, tu pieczemy chleb. Podaj mi przepis.” Kucharz mówi: „Nie wiem.” „No to dawaj do kuchni, piecz chleb i zobaczymy, jak to się robi.” – On to robił na szklanki. To jest prosty przepis: półtora kilograma mąki… Nie, półtora litra wody, mąkę i drożdże. Dziesięć deko drożdży. To wychodziły cztery takie blachy chleba. No i wtedy wiedziałem, jak to mniej więcej wygląda i upiekłem ten chleb.

Wypłynęliśmy na Morze Jońskie i się okazuje, że jest dziewiątka. Fale są sześciometrowe i trzeba garnek przywiązać, żeby zupę ugotować. Ktoś to musiał zrobić, więc to robiłem. Pracowałem w kuchni. Obiad trzeba było załodze dać i kolację też na ciepło. No i jakoś tam cztery dni do Istambułu pokucharzyłem sobie, przyjechał kucharz i zdałem mu kuchnię. – takie są rzeczy ciekawe…

Ciekawe są krajobrazy tych miejscowości, gdzie człowiek wychodzi do portu i idzie, wtedy jeszcze nie było komórek, zadzwonić do domu. Patrzysz, a tu do najbliższego telefonu są trzy kilometry. Ale idziemy sobie na spacer, żeby zadzwonić do domu. No i tak się po prostu robiło…

Nieszczelne ładownie, nieszczelny magazynek. Raz właśnie mieliśmy 98 cm do lustra wody przy zanurzonym pełnym statku, a fala była czterometrowa. Tylko na pokładzie zebrało się 120 ton wody, bo ja stałem trzydzieści wyżej centymetrów na rurach i trzymałem się ringu, a wody miałem po pachy, wody miałem metr siedemdziesiąt. No i musiałem się utrzymać, żeby koledze w magazynku powiedzieć, że ma wylać wodę. Skończył pracę i powiedział: „Nie, nie będziemy ryzykować.” Były sztormy, był taki sztorm, że jedenaście metrów fale… Do Bilbao chcieliśmy wpłynąć, na Zatoce Biskajskiej – kręciliśmy się z dobę czasu, żeby zelżała fala, zelżał wiatr, żeby do portu wpłynąć, bo port był nieczynny. Było niebezpiecznie, ale kapitan dał bardzo wolno naprzód i cały czas płynął, bo nie mógł się nigdzie zatrzymać, bo to jest głębokie morze i co zrobić na środku morza? Musisz po prostu płynąć dalej, tak daleko jak morze, potem statek zawraca i płynie w drugim kierunku. – Tak krąży. I tak czekaliśmy dobę. A co zrobić? No dobra, skończył się sztorm, ale jest fala posztormowa i ona ma jedenaście metrów i ona schodzi teraz. A jak się wpływało za pierwsze falochrony, patrzysz, a tam sześciometrowe fale. Ja to widziałem, bo stałem na pokładzie i czekałem na pilota. Sześciometrowa fala przechodzi. – No, trzeba skoczyć do góry, żeby mnie nie zmyło.

Wypływamy z Liverpoolu, wypływamy Irlandia-Liverpool, za wyspę wychodzimy i jest fala ośmiometrowa, bo ona przecież maleje, żeby zejść do pół metra. Atlantyk zawsze ma falę pół metra czy metr przy spokojnym morzu. No więc też się płynie i też widać tę ośmiometrową falę. Wszystkie statki się kiwają mocno, bo mają z boku fale. Co zrobić? Trzeba przez trzy doby tak płynąć…

Jeden po czterech dniach po wyjściu z portu…

On zaokrętował chyba w Barcelonie, a w Istambule pojechał do domu, bo nie mógł znieść sztormu. Nic nie jadł, bo wszystko zwracał. Wujek go namówił na pływanie. On nie wiedział, że to kiwa na morzu. Nie sprawdził. Ale bywali i tacy. Miałem takiego kolegę, który przewalczył to. Zwalczył u siebie tą niemoc i przestał zwracać. Przestawił się o sto osiemdziesiąt stopni, że normalnie znosił sztormy i normalnie się zachowywał. Tak to wygląda…

Gdy pływaliśmy u armatora angielskiego, to cała polska obsada była. Niektóre zestawy załóg to było prawie jak w rodzinie. Tu nas było dziewięć, dziesięć, jedenaście osób na tych statkach. Ale w PLO bywały statki, gdzie nas było czterdzieści parę osób. Niektóre lepiej się wspomina, niektóre gorzej. Żona się dziwiła, że my się pamiętamy… Na przykład z 1975 r. my się spotykamy w 1989 r. Spotykam kolegę na ul. Świętojańskiej w Gdyni i ona mówi: „To wy się pamiętacie?”. W zeszłym roku spotkałem pierwszego kapitana, który w 1973 roku był na pierwszym statku. Jeszcze faceta pamiętam. Tak to jest.

A polubiłem i uważam, że zawód marynarzy to jest jak każdy inny zawód. Ten chce być kierowcą, ten chce być motorniczym, a ten chce prowadzić pociągi, a ten chce być pilotem, a ten jest kucharzem, a ten jest stolarzem. Każdy wybiera swój zawód. Kto jaki wybierze? A że ja to polubiłem? Mnie to pociąga. – Bardzo fajny zawód, bardzo interesujący. Tym bardziej, że jestem przymusowym turystą i wychodzę do miasta, żeby zwiedzić, skorzystać z okazji, że za darmo zwiedzam porty. Jak pływałem na Japonię, to w Kobe na przykład zgubiłem się. Pomieszały mi się ulice i nie wiedziałem, w którym kierunku idę. Ale jestem przy stacji metro, poszedłem do informacji i Japończyk wyszedł i mi pokazał, w którą stronę mam iść do portu. Cztery przystanki metra musiałem przejść, żeby wrócić do Kobe, do portu.

Przed wyjazdem na kontrakt z PLO dostałem dwuletni urlop na statki zagraniczne. W tamtym okresie siedziałem jedenaście miesięcy w domu i nie ckniło mi się. Siedziałem całe lato i na jesień wyjechałem. Wyjechałem piętnastego października. Akurat trafiłem na statek, który stał w Stoczni Remontowej w Gdańsku, taki masowiec dwadzieścia cztery tysiące ton i popłynęliśmy na Morze Śródziemne. I zacząłem: dziewięć i pół miesiąca na jednym statku, wróciłem. Miesiąc czasu byłem w domu, trafił mi się drugi kontrakt, więc trzeba było szybko jechać. Po miesiącu czasu pojechałem, byłem pół roku na semikontenerowcu. Poleciałem do Recife do Brazylii. Później wróciłem zimą. Trafiło mi się też z miesiąc czasu, pojechałem na dziewięć i pół miesiąca do Rotterdamu na kontrakt następny. W ten sposób wykorzystałem te dwa lata urlopu na zagraniczne statki. Swoje wywalczyłem, wracałem do domu i się wyłączałem. Tak, jest przerwa półroczna… Później, jak trafiłem do tego angielskiego armatora, to też – pół roku na statku, pół roku w domu. Cisza, spokój. Aha, pakować się – w porządku. Pakuję się. „Córa, do widzenia, żona, do widzenia.” Jadę na pół roku, za pół roku wracam. Jak wracałem, to wyłączałem się. Przestawiałem się na życie na lądzie. Żony też nie mają słodko. One też muszą się przestawić.

Żona załatwiła przeprowadzkę na nowe mieszkanie. Wyjechała z Gdyni, przeprowadziła się do Bydgoszczy, a ja w międzyczasie byłem w rejsie. Ale ona miała wszystko nagrane. Miała pójść do bazy transportu PLO i był samochód, żeby ona tym samochodem mogła rzeczy przewieźć. Byłem długoletnim pracownikiem, więc w PLO mi pomagali. Żona kupiła mieszkanie, samochód akurat tego dnia jechał do Warszawy, więc żona zapłaciła za transport tylko w jedną stronę. Żona się spakowała, zwołała wszystkich znajomych. Miała czterech chłopaków, więc Basia tylko pokazywała, które kartony, skrzynki, meble zabierać z tego mieszkania. Tam pojechali, zapakowali meble do mieszkania. Oczywiście obiad postawiła, kawę wypili, ciastko zjedli, podziękowała i to wszystko. Basia była twardą osobą i zorganizowaną. Jak się wprowadziła, ja wróciłem po dwóch tygodniach. Basia mówi: „Chodź, mam segment kuchenny do kupienia.” Poszliśmy, powiedziałem: „Mi się też podoba.” Spakowaliśmy, kupiliśmy, przywieźliśmy do domu, ustawiłem. Powiedziałem: „Wiesz co, ja nie mam czasu na wieszanie teraz. Bez tych szafek przeżyjesz przez 37 dni, a ja jadę na drugie kółko statku na Morze Śródziemne. Postawiła mi kawę i wsiadłem w pociąg i wróciłem na godzinę 16-tą do pracy. Tak, o dziewiątej rano w sklepie, o jedenastej pijesz kawę i o wpół do dwunastej wyjeżdżasz z Bydgoszczy na statek. – Trzeba żyć. Mieliśmy taki kołnierz wkoło księżyca, on się nazywa halo. On zwiastuje, że za 24 godziny będzie sztorm. I faktycznie, jak wpływaliśmy z Morza Jońskiego przez Cieśninę Mesyńską do Gioia Tauro we Włoszech, tam jest baza kontenerowa, to tam właśnie na podejściu, wieczorem dmuchnęła nam dziewiątka. Ja widziałem jak to wygląda. A kolega, taki marynarz, który na jachtach pływał, on mi wtedy pokazał pierwszy raz, co to jest halo. To się sprawdza.

Też ciekawe zjawiska to są refrakcje – dodatnia i ujemna. Dodatnia jest taka, że jest ostre powietrze i na przykład u nas w Gdyni z bulwaru bardzo dobrze widać bardzo daleko. Na przykład bardzo wyraźnie widać drzewa na Helu. Całą bazę widziałem, szpredery – dźwigi do kontenerów w Porcie Północnym – widziałem je z bulwaru w Gdyni. Było tak, że my płynęliśmy górą Bornholmu, przyszedłem o dwunastej w nocy na mostek, bo do czwartej rano miałem wachtę. Jest piętnaście po dwunastej, było takie właśnie ostre powietrze, początek listopada, ja mówię do drugiego oficera, że niedługo zrobimy zwrot.

On mówi: „Jurek, idź zobacz na mapie, gdzie my jesteśmy. Jest refrakcja. Jest jeszcze pięćdziesiąt mil do zwrotu.” A wydawało się, że zwrot będziemy robić za godzinę, że to jest odległość jakiś dziesięciu, dwunastu mil… Jak płynęliśmy z Chin na Morzu Południowochińskim, była ciemna noc i było tyle glonów, że woda wyglądała jak mleko. Ciemne niebo i płyniesz w mleku. Kapitan nam to powiedział przez rozgłośnię o dziesiątej wieczorem, że mamy wyjść na pokład zobaczyć co się dzieje. – Faktycznie, płasko jak stół, ciemne niebo i białe mleko wylane…

Chrzest morski to się przeszło, tak, na reju. Nie było litości. Jak pierwszy raz mijaliśmy równik. Nie było pobłażania. Kanapka była smaczna – tam były różne rzeczy: i ketchup, i tawot i musztarda, wszystko tam było. Napój tez był ostry: sok pomidorowy, woda morska, doprawili jeszcze octem. Trąby powietrzne na Morzu Śródziemnym. Przekonałem się w 1996 i 1997 roku, jak płynęliśmy na Morzu Egejskim między małymi wyspami do Turcji, na Morze Marmara, to było widać trąbę powietrzną jak ciągnie wodę z morza przed wyspą, a my jesteśmy dosłownie ze trzysta metrów od niej. Kilka razy widziałem trąby powietrzne różnej wielkości, ale jedna była naprawdę przeogromna i kapitan zrobił zwrot o dziesięć stopni w lewo, bo po prawej ona była. Jak podpłynęliśmy tam za dwie godziny, to zobaczyliśmy, jaka ona była szeroka i woda podrywała się do góry na dwa, trzy metry – tak ją wiatr ciągnął. Przepływaliśmy obok niej, jakieś sześć mil od niej to zobaczyliśmy, jaka była szeroka. Jak byśmy się tam znaleźli, to może by nam trochę kontenerów ściągnęła.

Na Morzu Śródziemnym tez była burza. Piorun nam zszedł po kontenerach z lewej burty. Cały ogień szedł z góry na dół z czterech kontenerów do samego pokładu. Jak walnęło w antenę, to ją spaliło.

Lało tak, że szpicgaty nie przepuszczały wody i przez otwór wentylacyjny woda się nam przedostała do kabiny nawigacyjnej. Nakrywaliśmy elektryczne rzeczy, żeby nam ich nie zalał deszcz.

Mieliśmy też pożar śmieci na pokładzie. Widziałem, jak się karbid nam zapalił, bo nam dwa dni deszcz na to padał. 30 września nam załadowali wszystko, wypłynęliśmy z Szanghaju i po dwóch dniach, była sobota, niedziela… Myśleliśmy: spokojne morze, sztormu nie było. Były deski, kantówki na tych śmieciach. Sobota, godzina dziewiętnasta: słyszymy krzyk. Patrzymy, a tu zobaczyliśmy, że zaczynają się fajczyć śmieci pod deskami. Poderwaliśmy się i na pokład, te deski, które się paliły – od razu za burtę. Później sprawdziliśmy, a pod pokładem, w ładowni były same kartony i plastiki – zabawki z Chin. Piłki pingpongowe i takie rzeczy – akurat łatwopalne. Dobrze, że jeszcze było trochę luzu między kartonem a pokładem. Dzięki temu nie zajęły się kartony. Karbid się zapalił. Jak się na karbid leje wodę cały czas, zamknie się to w plastikowej torebce, to samo wybuchnie. Kapitan dał za szybko wodę. Jeszcze więcej zaczęło wybuchać. Przystopował wodę, szuflami wyrzuciliśmy śmieci i wtedy dopiero puściliśmy wodę na pokład.

Gdybym mógł drugi raz wybrać zawód, to na pewno bym wybrał ten sam. A posterować statkiem? – Mogę w każdej chwili. Czułbym się na siłach to zrobić. Będę wiedział, po pójdę sobie na mapę spojrzeć, spojrzę na GPS, wiem, gdzie mam pozycję i mam pamięć. Kapitan wiedział, że mnie pociąga nawigacja i on mnie przeegzaminował. Mówił: „Jurek, a ty pamiętasz, jakimi kursami się płynie?” Ja mówię: „Tak.” „A gdzie?” „A tu, a tu, a tu.” – I mu cyfry podaję. Mam pamięć. Powiedziałem drugiemu oficerowi: „Trzydzieści siedem dni temu płynęliśmy.” Wzięliśmy pilota, bo musieliśmy przepłynąć między bojami.

Trzeba było dziewięćdziesiąt stopni skręcić w prawo, bo na wprost była mielizna. Zrobiliśmy to w pierwszym rejsie. Płyniemy w drugim kursie i po trzydziestu siedmiu dniach ta sama sytuacja, ta sama godzina, wiadomo, że jest wysoka woda. Wpływamy. Przychodzi drugi oficer, a ja mu mówię: „Andrzej, skręcamy.” A pilot nic nie mówi. Podchodzi do mapy i mówi: „Faktycznie.” I my za chwilę stoimy na mieliźnie. I on mówi: „A skąd ty wiedziałeś?” Mam pamięć. Tak jak kierowcy jeżdżą po ulicach na pamięć, tak ja wiedziałem na pamięć, gdzie my pływamy, jakim kursem i jakimi bojami. Jakoś to mi się kodowało w pamięci.

Lubię oglądać pasażerskie statki, które wpływają tutaj do portu. Ja nieraz jadę. „Aha, dzisiaj ma być jakiś doby «pasażer».” Na Nabrzeżu Francuskim koło Kapitanatu je ładnie widać. Dobrze jest wsiąść na statek białej floty i popłynąć, żeby zwiedzić port w Gdyni i zobaczyć go w całej okazałości, jak on wygląda z burty. Widać, jak go do kei przystawiają holowniki, albo jak go podciągają do wyjścia. Wtedy widać masę – wielkość tego statku. Lubiłem sterować zawsze. A sterowałem – te pilotowe to są lekkie statki, ale ja sterowałem kołem sterowym. Byłem na „Starym Gdańsku”, który odstawiliśmy na złom do Karachi w osiemdziesiątym roku. – To taki sam statek jak „Sołdek”. Jak „Stary Gdańsk” odprowadzaliśmy na złom i byliśmy koło Jemenu, to ten kapitan niemiecki opowiedział nam historię, że jak płynął w sześćdziesiątym którymś roku, to mieli jeszcze wtedy radar zamykany na kłódkę. Była ciemna noc, radar zamknięty i oni się dostali na brzeg. Walnęli w ląd. Statek zatonął, wszyscy ludzie się uratowali. Wyszli na ląd, a wtedy dwóch z nich zabili tubylcy. Potem żony tych marynarzy szukały kapitana, żeby go za to zabić, że ich mężowie zginęli… On był wtedy drugim oficerem. Po latach przyszedł tutaj jako kapitan. Opowiedział nam tę historię i uciekł z mostku. Nie chciał oglądać tego miejsca. A ono jest zaznaczone na mapie, ze tam jest wrak. Jest to na Morzu Arabskim, w kierunku Karachi i Zatoki Perskiej.

Wywiad z Witoldem Tilsą – rybakiem z Sopotu

Osoba przeprowadzająca wywiad: Agnieszka Wołodźko

WT: Nazywam się Witold Tilsa, mieszkam w Sopocie. Przystań rybacka i łódź, którą pływam, znajduje się też w Sopocie. Uprawiam rybołówstwo. Uprawiam, czyli to jest mój zawód. Mój zawód jest jakby pokoleniowy. Mój ojciec był rybakiem, mojego ojca wciągnął jego wuj, który też był rybakiem.

AW: Ile pan ma teraz lat?

WT: 51. Pływam od ’84 roku.

AW: Czyli ile miał pan lat, jak pan zaczął?

WT: 24.

AW: A miał pan jakieś wątpliwości czy wybrać ten zawód?

WT: Tak, nigdy nie myślałem prędzej, że zostanę rybakiem. Nie interesowałem się tak bardzo jak ojciec pływał. Oczywiście, przychodziłem od czasu do czasu jako młody chłopak pomagać, ale tylko to było trochę na zasadzie zabawy trochę inności w codziennym jakby, nauka i zabawa. Tylko, że „o, coś innego! Pójdę do ojca, porobię”. Nie było to takiego zaangażowania jakby przymusowego, że trzeba przyjść pomóc, żeby było lżej rodzicom, żebym się czegoś nauczył. Nie było czegoś takiego. Po prostu przychodziłem dla samego siebie. W chwili, gdy się ożeniłem, rodziły się dzieci, trzeba było zarabiać na życie, to wtedy zwróciłem się do rodziców, czy mogę z nimi jako osoba współpracująca prowadzić działalność. I w ten sposób zostałem rybakiem.

AW: I jak to wygląda? Wypływa pan razem z ojcem czy jakoś na zmianę? Ile osób wypływa?

WT: Nie, na takich łodziach przybrzeżnych, jak tu w Sopocie, to pływają po dwie osoby. W tej chwili akurat jest tak, że to są 4 rodziny, ale kiedyś nie było tak. Jeździł właściciel i pomocnik ewentualnie. Dwie osoby, ewentualnie trzy na takiej łodzi jak u nas mogą być. Najmniej dwie osoby. W związku z tym ja i ojciec tworzyliśmy taką parę rybacką.

AW: Bo pana córka mi powiedziała, że tu są tylko rodziny, że tutaj nie zatrudnia się obcych.

WT: W tej chwili tak, wszystko jest tak rodzinnie. Ale kiedyś było więcej łodzi, bo był 12 łodzi rybackich i nie tylko rodziny, bo jak nie miał, to zatrudniał też, jak by to powiedzieć, takich sezonowych pracowników. Oni przychodzili, wybierali ryby tylko, pomagali w sprzedaży sieci, klarowali tutaj na lądzie.

AW: A kiedy jest sezon? To nie jest tak, że cały rok się pływa?

WT: Pływa się cały rok, póki morze nie zamarznie. Oczywiście jak są sztormy, to też mamy wolne. Co to jest sezon? Można rozróżnić dwa jakby takie stwierdzenia „sezon”. Sezon, mówimy, generalnie jest wtedy, gdy są miesiące letnie, przyjeżdżają turyści, jest duże zapotrzebowanie na ryby i ile byśmy przywieźli, wszystko schodzi. Sezon jest, też można powiedzieć, takim sezonem dorszowym. Dorsz jest rybą droższą od tej, co łowimy w sezonie letnim. W sezonie letnim łowimy generalnie flądrę – jest to ryba tania, stosunkowo co do dorsza. I też mamy taki sezon jakby zarobkowo lepszy jesienią, przed świętami, bo wtedy u nas występuje dorsz i cena jest wyższa, czyli ta opłacalność pływania się bardziej opłaca. Czyli mamy dwa rozróżnienia sezonu: sezon letni, kiedy przychodzą turyści i przychodzą kupować ze smażalni, z restauracji, z barów. To się kończy we wrześniu, wtedy te dwa miesiące jakby takiego mniejszego zapotrzebowania na ryby, bo tylko miejscowi przychodzą. Ale muszę powiedzieć, że jakby się zmienia jadłospis, menu, nie wiem, jak to nazwać, ludzie powracają właśnie do takich ryb nie mrożonych nawet, tylko chcą od nas tę świeżą, tę rybę taką prosto z burty kupić, sami ją sobie oprawić i wtedy wiedzą, że mają naprawdę tę świeżą rybę taką. Wraca to, coraz więcej ludzi przychodzi – takich tutejszych, miejscowych, no zamiejscowych też: z Gdańska przyjeżdżają, z Oliwy, z Gdyni. Z tej najbliższej okolicy przyjeżdżają po prostu po tę świeżą rybę. I my już nie oddajemy ryby do tak zwanej sprzedaży hurtowej, do sklepów. To się już bardzo rzadko zdarza. Wszystko – tyle, co łowimy – wszystko sprzedajemy na miejscu.

AW: Czyli możecie zarobić na świeżych rybach?

WT: Zarabiamy na sprzedaży na miejscu. Cena oczywiście jest wyższa niż gdybyśmy oddawali tę rybę w hurcie. Jest jakby jeszcze raz taka duża, ale my tej ryby po prostu w takiej ilości dużej nie odławiamy, tylko tyle, że każdy jest w stanie sprzedać tę rybę na miejscu.

AW: A kiedy jest taki sezon, że ryb jest najwięcej w morzu?

WT: To znaczy, to nie można tak określić. Poszczególne gatunki ryb… Opieramy się na trzech gatunkach ryb, których jest najwięcej – łowi się wszystko, co jest w morzu – ale na trzech gatunkach ryb, które występują najliczniej, które my odławiamy: dorsz, śledź i flądra. Do tego dochodzą o różnych porach roku: łosoś, sandacz, okoń, sieje, certy, leszcze. Tu, na Zatoce, trafiają się ryby też i słodkowodne, bo jest wpływ Wisły i ta woda w Zatoce już nie jest tak bardzo słona, jest lekko taka mieszana i właśnie trafiamy też te gatunki słodkowodne.

AW: Łososie są w Zatoce?

WT: Łososie są też w Zatoce. Trocie też. Węgorze. Turboty.

AW: Węgorze też pływają?

WT: Węgorze po prostu są tu, śpią też w Zatoce zimową porą. One się w kłęby zbierają i śpią. Węgorz to jest taka ryba, co przebywa na danym terytorium około dziesięciu lat. One się u nas nie rozmnażają, przypływają do nas jako malutkie ryby.

AW: Rzeką?

WT: Nie, rozmnażają się w jednym morzu i front morski niesie je tutaj i one po prostu przebywają 10 lat. Później wracają na to Morze Sargassowe, tam się rozmnażają i giną.

AW: A gdzie to jest to Morze Sargassowe?

WT: Między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi.

AW: Tak daleko one przepływają?

WT: Ten front północnoatlantycki je niesie, nawet węgorze jeziorowe też się nie rozmnażają nigdzie, tylko w tym jednym miejscu, tam w tym Morzu Sargassowym.

AW: Wszystkie węgorze?

WT: Wszystkie węgorze. On potrafi przejść ileś kilometrów lądem, żeby dojść do wody. Jest taką specyficzną rybą. Nie je padliny, jak dużo ludzi uważa. Węgorz nie je żadnej padliny, on tylko świeżutką rybkę. Jak go łowimy, to łowimy go na haki i nabijamy taką mniejszą rybę – tubis się nazywa – ona musi być żywa, jak ona już nie jest żywa, to on już nie weźmie.

AW: I on jest mięsożerny i je tylko mięso?

WT: Tak.

AW: A łodzie pływają tutaj tylko po Zatoce czy na pełne morze też wypływają?

WT: Staramy się trzymać taką linię między Helem a Wisłą, bo tam jest przełamanie, jest próg w tym miejscu. Nazwijmy to Zatoka Gdańska, Hel jest głębokość do 50 metrów, troszeczkę jak to przekroczymy, tam jest takie załamanie, 80, 100 metrów. Czyli staramy się – łowimy sieciami zastawnymi – czyli staramy się nie wychylać za tę linię.

AW: A jaki jest powód?

WT: Głębokość. Tam już kutry trałują i szkoda sprzętu po prostu.

AW: Czyli te kutry duże, motorowe?

WT: Duże mogą właśnie poza tym Helem na tych dużych głębokościach, ciągnąć siatki za sobą. My stawiamy sprzęt zastawny, czyli jednego dnia zastawiamy, drugiego dnia wyciągamy i albo w tym samym miejscu albo w innym miejscu wystawiamy.

AW: Wypływacie wieczorem, żeby zastawić sieci?

WT: Wypływamy w nocy, o pierwszej, drugiej, czyli nad ranem można to stwierdzić, żeby wrócić już tutaj ok. siódmej, ósmej i ludzie już czekają już na nas, żeby im tę świeżą rybę sprzedać.

AW: Czyli o pierwszej w nocy, jak się wypływa, to się zastawia sieci.

WT: Zabieramy sprzęt. Pierwszy raz to wypływamy prędzej. Później mamy taką zasadę, że zabieramy ze sobą – jedne wybieramy i drugie od razu wystawiamy. Czyli jakby taka kolejność rzeczy: wybieramy sieci, patrzymy ile tej ryby jest, czy się opłaca w tym samym miejscu. Jak nie, to się zmienia miejsce. Nikt z nas nie ma takiego stałego miejsca, bo ryba się przemieszcza. Patrzymy na siebie ile, kto, co złowił, mniej więcej wiemy w jakim miejscu, to jak ja nie mam ryby, a kolega ma, to zbliżam się bardziej niego, jak ona ma mniej, to on do mnie albo zupełnie w inne miejsce jedziemy.

AW: Ile za jednym razem się przywozi ryb z takiego połowu?

WT: Średnio około 100 kg. No to już jest bardzo dobry wynik jak na nasze łodzie. Bywa i mniej, bywa bardzo mniej. Czasami bywa tak, że miałem 5 dorszy.

AW: Od czego to może zależeć?

WT: Różnie: od prądów, od zasolenia, od wiatru.

AW: Zasolenie też się zmienia?

WT: Też się niestety zmienia – zasolenie jest coraz słabsze na Bałtyku, bo na zasolenie Bałtyku wpływają sztormy z Morza Północnego, przez cieśniny duńskie wchodzi. I jeśli jest tych sztormów parę w roku, no to wtedy jest wszystko… ta woda jest bardziej… wpływa to zasolenie. Jeśli jest coraz mniej albo słabsze są, to zasolenie jest mniejsze.

AW: Czyli korzystnie jest, żeby te sztormy były?

WT: Żeby te sztormy tam były i żeby to zasolenie było tutaj, wtedy utrzymuje się na takim poziomie. Bałtyk jest morzem stosunkowo płytkim i zamkniętym.

AW: Trochę jak wewnętrzne, jak Bajkał.

WT: Trochę tak. Tylko przez te cieśniny duńskie mogą tak naprawdę się przedostać.

AW: A jak jest zimą z tym łowieniem? Jest problem?

WT: Zimą jest problem temperaturowy i z zamarzaniem wód. Jeśli wiadomo, że woda słona nie zamarza tak szybko i morze faluje, to też nie. Jeśli brzegi nie są zamarznięte, możemy wyjść i wychodzimy w morze. Do minus pięciu stopni. Jak jest poniżej pięć stopni, to też ciężko nam w ręce wytrzymać. Bo jednak ryby się wyjmuje gołymi rękami, te sieci się wybiera. Są rękawice, ale nie czuje się oczek, ale to jednak trzeba wybrać, nie? Wypatroszyć już można w rękawicach, ale wybrać ryby z sieci, to trzeba rękami. To jest tak jakby granica: minus pięć się zapowiada, to już staramy się nie wychodzić i nie wystawiać wtedy sieci tylko zebrać, przeczekujemy to.

AW: To jak jest zima jak dwa lata temu…

WT: …ostra. To, niestety, zatoka była zamarznięta, łodzie były wyciągnięte, nie wychodziliśmy w morze, mieliśmy postój.

AW: Straty?

WT: No to, niestety, nikt nie płaci. Ubezpieczenie, wszystkie opłaty trzeba robić, to jest takie…

AW: …ryzyko?

WT: No, ryzyko… to trzeba przewidzieć, nie? Dajmy na to, umówmy się, że ten sezon główny, ten letni, to uzbieramy tych pieniążków trochę, wtedy musimy czekać, jaka ta zima będzie i dopiero później możemy na wiosnę wiedzieć, ile tych pieniędzy zostało, ewentualnie czy mogę kupić ten sprzęt nowy – sprzęt się też niszczy. No i to tak jest.

AW: A łódź, którą pan teraz pływa, to jest jeszcze po ojcu?

WT: Łódź, którą ja pływam, to jest po ojcu. Staram się o nową, jest bardzo ciężko, niestety.

AW: Ile taka nowa kosztuje?

WT: Nie chodzi o finanse, bo bym dostał dużą pomoc z Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa na remont, ale ja mógłbym wyremontować tę, którą mam, nie? Ona jest mała, ona ma sześć metrów – nawet nie ma. Jak ja już planuję taki większy remont, to staram się, chciałbym na przykład powiększyć tak, jak koledzy maja obok co stoją, mają siedem, siedem i pół metra. Polska, niestety, ma ograniczone możliwości, ministerstwo przydziela deputat, to się nazywa GT, czyli mój tonaż. O zwiększenie tego tonażu staram się już od dwóch lat i, niestety, nie mam pozytywnej odpowiedzi. Ja się staram o metr, chociaż żebym mógł przedłużyć ją, żeby wybudować większą.

AW: Żeby tę samą przedłużyć czy nową kupić?

WT: Tę samą wyremontować. I na to też część pieniędzy, bym dostał zwrotu, te 40% na to. I to jest opłacalne. Do 2013 roku. Mam nadzieję, że dostanę. Do 2013 roku są te środki do wykorzystania unijne. I czekam cały czas, nie?

AW: A kto takie prace wykonuje, jak przerabianie tych łodzi?

WT: Są wyspecjalizowane warsztaty.

AW: Tutaj w Trójmieście?

WT: Tu w Trójmieście też są.

AW: Stocznie jakieś małe, nie?

WT: No, to są większe i mniejsze zakłady, no różne, nie? Te co robią i w laminacie, i szkutnicy. Niestety, jest coraz mniej tych szkutników.

AW: Bo to jest drewniana łódź?

WT: Drewniana, pokryta laminatem. Rok budowy ’70, czyli już ma swoje lata. O ile byłaby taka możliwość, to właśnie wolałbym, jak bym dostał zgodę, to już może bym postawił zupełnie nową.

AW: I wtedy z laminatu cała by była?

WT: Wtedy z laminatu już pasek, to już na wieki wieków. I ja bym przetrzymał i może mój syn, jak zacznie pływać. Myślę, że nie, ale może.

AW: Ile ma lat?

WT: No, 23.

AW: Nie chce zostać rybakiem?

WT: Nie… niech się uczy. Studiuje. Córka pomaga, sprzedaje ryby.

AW: Myśli pan, że to nieopłacalny zawód teraz być rybakiem? Jak pan porównuje?

WT: Trudno mówić o opłacalności – no jest to opłacalne, jakoś się utrzymujemy, jakoś można z tego wyżyć, ale ciągle trzeba być na miejscu, nie? Trudno sobie zagospodarować urlop.

AW: Kiedy pan jedzie na urlop?

WT: Zimą. A ja wiem jaka zima będzie? A jak będzie dobra, łagodna – trzeba pływać, nie? Jest jakby uwiązanie w miejscu, trzeba być na miejscu, trzeba dopilnować. My mamy te łodzie na wierzchu, sprzęt na wierzchu, ludzie chodzą. Jeden tylko popatrzy – no, niestety, trzeba być przy tym – drugi może zniszczyć. Nie musi, może. Różnie to bywało tutaj.

AW: A pana żona w jakiś sposób jest wciągnięta?

WT: Moja żona odeszła. Ale tak pomagała – przychodziła i pomagała. W sprzedaży.

AW: Zazwyczaj to jest tak, że wszyscy członkowie rodziny…

WT: …zazwyczaj członkowie rodziny są jak gdyby automatycznie w to wciągnięci. Moja mama też pomagała mojemu ojcu, nie? Tak to jest. Wujkowi jego żona, czyli ciocia też pomagała.

AW: Czyli jest taki etos tego zawodu?

WT: Można tak powiedzieć. Tutaj też, można powiedzieć, że – tutaj obok – z ojca na syna zeszło, nawet na zięcia. Zięć kupił nową łódkę. I też ich żony pomagają. No tak jest. Dzieci już teraz też w sprzedaży.

AW: A co spowodowało, że tych łodzi ubyło?

WT: No ci starsi rybacy odeszli, czyli umarli, nie mieli następców – nie chciały tamte dzieci, no i zlikwidowano, bo to jest jednak ciężka taka, że… trzeba rano przyjść – codziennie, o tej drugiej wstać, pierwszej/drugiej w nocy wstać, do tej siódmej/ósmej na wodzie, wtedy trzeba do tej dwunastej jeszcze tę rybę oporządzić, sieci wyklarować, czyli jest ta praca taka wydłużona w czasie.

AW: Do 12 w południe?

WT: Tak. Ale to się nie zawsze kończy o tej 12, umówmy się, nie? Czasami dłużej. Jak są dni sztormowe, te sieci trzeba wyczyścić. Jest ciągle coś. Nie ma tak, że przychodzę do pracy, 8 godzin, od tej do tej, koniec, reszta mnie nie interesuje. Nawet będąc w domu, no to tam prognozy trzeba wysłuchać, zastanowić się. No to jest takie uwiązanie co do miejsca, nie?

AW: A weekendy też się wypływa?

WT: Nie ma weekendów. Niedziela jest weekendem, niedziela – Dzień Pański, nie pływamy.

AW: Jak się wypływa, to tam jest radio na kutrze?

WT: Mamy teraz radia. Tak generalnie, to nie korzystamy. Między sobą się komunikujemy za pomocą telefonu komórkowego.

AW: Jakiś GPS jest potrzebny?

WT: Mamy GPSy, żeby trafić na miejsce, nie? Jest tak… jakby nowoczesność się wkrada, sieci są już inne jak kiedyś. Kiedyś były stylonowe, ciężarki były ołowiane, jak pamiętam, kiedyś nie używali kotwic, to te kostki brukowe duże zamiast kotwic, żeby się obciążyć – też się wkrada ta, nazwijmy to nowoczesność, ułatwienie. Kiedyś mieliśmy takie słupy na przystani do rozplątywania tych sieci. Teraz one są żyłkowe. Ołów jest w lince, korek jest w lince, przez co one się tak nie zaplątują. Wystarczy je tylko przepuszczać przez taki drąg jak gdyby i rozplątują to też oczywiście panie albo my też sami.

AW: Ostatnio nagrywałam rozmowę z latarnikiem na Mierzei w Krynicy Morskiej. Te latarnie jeszcze są potrzebne do czegoś czy teraz jak już GPS są, to już nie za bardzo?

WT: My tam GPS nie włączamy.

AW: A na bojki jest też tam jakaś orientacja?

WT: Jest orientacja. To znaczy, jak wypływamy włączamy GPS-a, pokazuje kierunek i ile czasu mniej więcej trwa, zanim dopłynę do sieci. Wtedy go wyłączę, jadę na kompas. Jak już się zbliżam na te 5/10 min, to wtedy jeszcze raz włączę ten GPS. Ale generalnie kompas zabieramy ze sobą, GPS wiadomo – maszyna – w każdej chwili może się zepsuć, to nigdy nie wiadomo. Czyli generalnie kompas, zegarek to podstawa.

AW: Zegarek?

WT: No zegarek, żeby wiedzieć, ile czasu, nie?

AW: Czyli czas się oblicza?

WT: Czas – ile od miejsca do miejsca. Wiadomo, że głównie to masz GPS, każdy ma, ale się zabiera kompas, zegarek.

AW: Ten GPS to genialny wynalazek, czyż nie?

WT: No, genialny wynalazek, ma moc od 5 do 10 metrów, to co za błąd, nie?

AW: Ja pamiętam, że jak wkroczyliśmy do Unii, to słyszałam w radiu, że Unia stara się o to, żeby ograniczyć ilość rybaków w Polsce? Czy że płacili, jak się łodzie składało?

WT: To nie do końca tak. Było tak, że na tę polską strefę ekonomiczną, nazwijmy to polską granicę, w stosunku do innych krajów przypadało bardzo dużo rybaków i łodzi rybackich.

AW: U nas było wtedy, w tym czasie, tak?

WT: To znaczy teraz też jeszcze mamy najwięcej na dany obszar. I ten limit połowowy, dajmy na to na Bałtyku, który mają Szwedzi, a który my mamy, to zupełnie inna bajka. Szwedzi, dajmy na to – to taki przykład – mają 35 kutrów na dany obszar, a u nas 600. To jak ten limit podzielić. I to takie były przepychanki. I była taka propozycja, kto chce…

AW: …zdać łódź, zlikwidować swoją działalność?

WT: Zdać łódź. I łódź była kasowana, nie można była wtedy pływać. Mógł oddać i dostawał wtedy ekwiwalent pieniężny. I część rybaków się zdecydowała i porezygnowała. U nas też dwóch chyba czy trzech.

AW: Zdało?

WT: Zdało. Koniec.

AW: Nie żałowali?

WT: Nie. Nie chcieli, może uznali, że te pieniądze, które dostaną…

AW: To tak jak z górnikami, nie?

WT: Tutaj bardzo duże pieniądze płacili.

AW: To tak jak na emeryturę, tak?

WT: To znaczy na emeryturę, nie…

Niektórzy młodzi też, przekształcili się, poszli do innych zawodów, po prostu chcieli zrezygnować, była okazja taka. Nic na siłę, kto chciał, to było dobrowolne.

AW: Ale mówi pan, że nadal jest taka dysproporcja, że jeszcze teraz mamy tak dużo rybaków w stosunku do innych krajów?

WT: To znaczy tak już dużo nie, ale jest duża flota.

AW: Jest pan zadowolony, że jest pan rybakiem? Lubi pan ten zawód?

WT: Tak, można tak powiedzieć. Mi się wydaje, że mało ludzi wykonuje pracę, którą by lubiło. Dużo jest takich, którzy przychodzą do pracy, musi zrobić, on to robi dobrze, ja nie mówię, że źle, ale nie z jakąś pasją, rzadko kto tam się rzeczywiście tak przykłada, bo lubi. A muszę powiedzieć, że nawet lubię marznąć zimą, jakiś to ma swój taki… Każde wypłynięcie w morze przynosi coś nowego i niby się wypływa po ten sam gatunek ryby, ale nawet jak jest ten sezon na flądrę, te same sieci się wystawia, ale każdy dzień przynosi zawsze coś nowego, coś innego. Wschód słońca jest piękny. Są różne takie chwile radosne.

AW: Czyli gdyby pan miał jeszcze raz 24 lata, to wybrałaby pan to czy zastanawiałby pan się?

WT: Nie wiem czy bym wybrał jeszcze raz, ale cieszę się, że tak się stało, jak się stało i jest, jak jest.

AW: Nie narzeka pan w każdym razie, tak?

WT: Oczywiście, że nie. Mnie się wydaje, że u nas tutaj w Polsce dużo ludzi właśnie narzeka czy jest dobrze czy źle. Już wśród tych młodych, tak patrzę na córkę, na rówieśników, już nie, ale wśród tych starych nawet jak idzie, to źle. To jest takie błędne koło czy idzie dobrze, idzie zawsze źle. Taką mamy jakąś dziwną mentalność. Albo jak ktoś przyjeżdża z zagranicy, o, to on jest tam kimś już lepszym, nie? Wcale nieprawda. Takim samym jak my i tak samo musi pracować jak my.

AW: A czy zdarzyły się jakieś przygody, jakieś niebezpieczeństwa w czasie, kiedy pan łowił, jakieś takie skrajne sytuacje na wodzie? Zastał pana sztorm czy burza?

WT: Sztorm to tam normalne, burza – też normalne. Ale był taki przypadek, że – już nie pamiętam, w którym roku to było – bardzo gorące lato było wtedy i to już był schyłek lata, początek jesieni i właśnie w związku z tym, że było takie ciepłe i te zimne fronty się pojawiały już, trąba powietrzna, co u nas w naszej strefie klimatycznej bardzo rzadko, w ogóle ewenement na morzu. I widzieliśmy – wszyscy byliśmy w morzu obok siebie – taki słup wody, ciągnący w górę do nieba. To niesamowite wrażenie i to się do nas zbliżało.

AW: Mogło was zassać, tak?

WT: No właśnie nie wiemy, czy mogło nas zassać czy nie, do tego stopnia, że mnie to tylko ta woda opadająca złapała, ale koledzy to tak, że musieli siatki ciąć i odpłynąć na pełnym gazie. To było takie niesamowite wrażenie, nie strach, ale no takie coś dziwnego, coś się dzieje: idzie to w naszą stronę! słup wody do góry, no! I to było, a tam takie sztorm, no to tam każdy przeżywa.

AW: Ale jak takie potężne są sztormy jak ostatnio, były dwunastki nawet?

WT: To z reguły nie wypływamy. Prognozy pogody są teraz, że już przez Internet słuchamy i się dosyć sprawdzają.

AW: Z wyprzedzeniem…

WT: Z wyprzedzeniem już takim, do tego stopnia, że co 3 godziny podają, także wiemy mniej więcej nawet, o której godzinie, w jakich godzinach się zbliży ten wiatr, nie wypływać nie zastawiać siatki. Kiedyś to było bardziej utrudnione, bo rybacka prognoza pogody była podawana tylko dwa razy.

To podawał Morski Instytut Rybacki Marynarki Wojennej w radiu, o pierwszej w nocy i o wpół do siódmej rano. I to było dosyć tak na zasadzie: uda się, nie uda się, chociaż rybacy słuchali. Mój ojciec bardzo często słuchał niemiecką prognozę pogody i na tej się opierał. Ale i tak bywało, że zassało rybaków w sztorm. Mnie raz, gdy jeszcze z ojcem pływałem, zassał taki sztorm. Właściwie to było już po sztormie, to była trochę nasza wina też. Chcieliśmy sieci ratować i wypłynęliśmy. Tak zwana martwa fala była na brzegu i zakryła nas zupełnie, przeleciała przez naszą łódkę.

AW: Ale nie wywróciła?

WT: Właśnie na szczęście nie wywróciła i silnik nie zgasł. Żeśmy się przebili przez to jakby, nie? Wrażenie niesamowite, taka ściana przelatuje. Pierwsza myśl taka: czy to już koniec? Ale to szybko mija takie coś. (śmiech)

AW: Ale może sieci zerwać? I sieci są stracone wtedy?

WT: Sieci może zerwać, ale rzadko. Ale głównie jak jest taka duża fala, to ona też tą siatką rzuca po dnie i wszystko, co jest na dnie, to ta siatka wtedy zbiera: muszle, badyle, wszystko, co na dnie leży.

AW: I to niszczy, tak?

WT: I to wtedy rwie sieci. Sama ryba jaką łowimy, to nie, tylko właśnie duże sztormy.

AW: A ta sieć, jak jest porwana, to się ją naprawia potem jeszcze?

WT: Kiedyś się naprawiało. Teraz niektóre sieci się naprawia, a niektóre to już nie. Po prostu jak już jest bardzo zniszczona, wtedy kupujemy nowe. Już sieci są teraz żyłkowe, to już się po prostu nie opłaca.

AW: A jak jest sztorm, to jaka jest granica? Do ilu stopni Beauforta się wypływa, a kiedy się zostaje?

WT: Jak jest sztorm, to już nie wypływamy. My wypływamy do 5° w skali Beauforta. Jeśli są kierunki zachodnie, to i tak do 7°, jak daleko nie wypływamy. A wszystkie kierunki z morza, czyli północno-zachodnie, północne, północno-wschodnie do wschodniego, to nawet jak wieje 5° w skali Beauforta., to nie wypływamy, bo fala wtedy w nasza stronę jest i nie damy rady odbić się od brzegu.

AW: A te budynki są niedawno wybudowane, prawda? To wcześniej było inaczej?

WT: Przystań rybacka, jakby to powiedzieć… retrospektywa czasu była taka, że na początku była przy molo i z momentem kiedy Sopot się rozrastał jako kurort, turyści, to ówczesnym władzom przeszkadzało to, ten zapach tej ryby i odsuwali coraz dalej. W ’70 roku, nawet prędzej, tu już na tym miejscu, gdzie teraz jesteśmy – w ’65, jakoś tak. I były baraki drewniane. W ’72 to się spaliło, pobudowali na kanwie budowy wielkopłytowej przystań z tych płyt betonowych. I każdy miał jedno pomieszczenie – bez wody, bez energii, bez niczego wtedy. I doprowadzili energię, no ale nie było jeszcze wody. Jak ja zacząłem pływać, to wtedy przyszła woda bieżąca, doprowadzili i kanalizę wtedy. A obecnie jesteśmy w zupełnie nowej przystani, ona ma 3 lata. Została pobudowana na tym samym miejscu, co była poprzednia. Została pobudowana w 100% ze środków unijnych. Poparło nas miasto z prezydentem – mieliśmy takie spotkanie trójstronne: prezydent, czyli władze miejskie, my i Agencja Restrukturyzacji. Z Agencji powiedzieli, że są pieniądze, że miasto dostanie 100% zwrotu, tylko musi się zgodzić na budowę i musi wyłożyć. Miasto z nasza aprobatą i braliśmy udział jakby na każdym etapie budowy tego – co my chcemy, co potrzeba ze względów higienicznych, sanitarnych. Było konsultowane z nami, co my jeszcze potrzebujemy w wyposażeniu.

Tak, że muszę powiedzieć, że miasto bardzo o nas zadbało w tym momencie, wykładając te pieniądze, budując tę przystań. To była taka jakby przystań priorytetowa, wtedy jeszcze, niby to nie tak dawno, ale jeszcze inne przystanie były daleko za i żeśmy otworzyli tę furtkę, że można współpracować z miastem, i przez miasto stworzyć coś takiego stworzyć, jak ta przystań.

AW: I to jest dzierżawa, tak?

WT: Płacimy dzierżawę, mamy podpisaną umowę z miastem od razu na 30 lat. I nasi kontynuatorzy – jakby ktoś chciał z rodziny – to automatycznie jest zapisane, że tylko na działalność rybołówstwa jest przeznaczone.

AW: Nie można tam sklepiku z pamiątkami otworzyć czy czegoś takiego.

WT: Nie, nie, nie. Czegoś takiego nie.

AW: I tutaj rybacy – każdy indywidualnie czy to jest jakaś spółdzielnia?

WT: Każdy ma swój boks, indywidualnie dzierżawi i każdy ma swoje indywidualnie. Zawsze było tak.

AW: Zawsze; za komuny też?

WT: Nawet za czasów głębokiej komuny. Ja to pamiętam tylko z opowieści, rodzice mi opowiadali. Do tego stopnia, że nie można było sprzedawać ryby ludziom indywidualnie. Stali, robili zdjęcia –dyrektywy takie były, trzeba było wszystko oddawać do państwa; wszystko, co złowili. Trudno sobie wyobrazić. Jak ja zacząłem pływać, to jeszcze było tak, że straż graniczna – wtedy chyba WOP to było, Wojskowa Ochrona Pogranicza – kontrolowało plażę i brzeg. Dwóch żołnierzy całą noc chodziło – jeden szedł przy brzegu, drugi szedł po plaży. Wróg czuwa (śmiech).

AW: A was też kontrolowali, kto wypływa w morze?

WT: Nas też kontrolowali, trzeba było mieć dokumenty oczywiście.

AW: Żeby kogoś nie zabrać na łódź, tak?

WT: Żeby kogoś zabrać na łódź, trzeba było zgłosić. To znaczy oni tutaj byli, nas po prostu odprawiali. I to wszyscy rybacy, w całej Polsce, w portach też. I o której, trzeba było powiedzieć, wrócimy. Amerykanie – co tu dużo mówić. (śmiech)

AW: Zagrożenie z każdej strony, od każdej ryby. (śmiech)

WT: Jak ja to mówię moim dzieciom, to mówią: matrix, inny świat. Ale takie były realia. Jeden był aspekt dobry, że pilnowali w sezonie. Nie było jakby takiej dewastacji. Oni byli na miejscu jako stróże. Pilnowali, nikt nie wchodził, nie demolował.

AW: Żeby nie mogła jakaś tam wataha przyjść.

WT: Właśnie. To był taki plus.

AW: A teraz jak to jest? Nie ma zagrożenia dla tych łodzi? Bo przecież tu mnóstwo ludzi się pęta.

WT: Jest, no też, ale co poradzimy. Na szczęście jak wracają z tych różnych restauracji, to wracają latem bardziej pogodni. Najgorzej jak są koncerty rockowe. Ale my wtedy już wypływamy. I wracamy nad ranem, to już nic nie ma i jest spokojnie. Nie ma jakiś takich, że wchodzą i dewastują. Na szczęście.

AW: A do łodzi nie wchodzą? WT: No wchodzą, zdjęcia sobie robią. Niech sobie robią, byle by nie dewastowali. Muszę powiedzieć, że jest mało takich przypadków. Tutaj raz nam szybę wybili, to musi być wyjątkowy taki przypadek, a tak to rzeczywiście, odstukać, nawet wśród tych takich radosnych, zamroczonych, jest, nie wiem, czy poważanie, taki szacunek: „o, rybacy kiedy przypłyniecie?” w nocy jak się spychamy, przychodzą, pomagają nam zepchnąć, w ubraniach do wody wchodzą. Jest jakieś takie ogólne zadowolenie, nie ma agresji.

Rozmowa Agnieszki Wołodźko z Witildem Tilsą, impresja filmowa

Drugie życie kutra Antika

Osoba przeprowadzająca wywiad: Małgorzata Żerwe

- Ja pływałem z nimi, ale to nie jest dokładnie rejs z niewidomymi, ile z szefowa niewidomych. ma ona tam taki swój program, który się nazywa „pokazać morze niewidomym”. Ja uważam ze powinienem jej w tym dopomóc. Akurat w tym roku przypada pięćdziesięciolecie mojego żeglowania.

- Dzień dobry wszystkim!

- Cześć! [niewyraźnie]

- Można usiąść?
(…)
- A Jerzy?

- Proszę sobie tu usiąść

- Jerzy na kei coś lata, gdzieś, coś tam kombinuje.

(odgłosy w tle)

- A Sylwia?

- Sylwia Skuza.

- I Tomek Łangowski

- Aktualnie płyniemy do Sopotu z kapitanem Wąsowiczem.

W zasadzie jak pływałem z niewidomymi to tak sprawnej załogi to ja no nie miałem. Bardzo chętni do pracy bardzo szybko się uczą (kobiecy głos w tle – „bardzo zdyscyplinowani”) bardzo zdyscyplinowani tak jak Sylwia mówi.

- I tutaj wystarczy parę razy pokazać, żeby dotknęli. My na to mówimy żeby o brajlowali sobie łódkę. Bierze się niewidomego za łapkę po prostu za rączkę, oprowadza, pozwala mu dotknąć wszystkiego, żeby zapamiętał tu jest to tu jest tamto.

Tu jest taka lina tu jest taka, tu jest koło sterowe, tu jest takie urządzenie tu inne. I on to po prostu zapamiętuje, że tu dwa kroki w ta stronę na wysokości kolana ma tamto. Mogą robić wszystko. Oczywiście w innym tępię niż robi to osoba widząca. szybkość nie jest potrzebna w takim żeglarstwie turystycznym.

- I zacząłem marzyć o swoim yassie, tylko sądziłem że nigdy nie będzie mnie na to stać. ja jestem inżynierem budowlanym, a oprócz tego skończyłem AWF. I ta praca w tym budownictwie, ponieważ byłem inspektorem nadzoru, pozwalała mi na urywanie się z pracy i przyjeżdżanie właśnie na przystań. Ale w tedy akurat trenowałem grupę młodych ludzi na kadetach. I czekając na dolnej boi na motorówce, kątem oka widziałem stary kuter, jeszcze w przystani, który już nie istnieje w górkach wschodnich. I tak z nudów podpłynąłem, wszedłem na pokład, zacząłem chodzić i to jest właśnie ten które na którym właśnie jesteśmy. Mówię jakiś stary ale tak dobrze zachowany, tak tchnie trochę romantyzmem. No nic trening się skończył za kilka dni miałem następny trening, znowuż popłynąłem na ten kuter. Coś mnie tam ciągnęło. I raptem droga w stronę przystani, szedł któryś z rybaków i krzyczy z daleka „może chce pan kupić ten kuter?”. Mówi „jest do sprzedania”. Się wystraszyłem tego wszystkiego. Mówię „nie, nie nie, ja na pewno tego nie kupię”. No ale zaczęło mnie to już drążyć, no i w niecały miesiąc później stałem się właścicielem. kupiłem od pana Lewandowskiego, który rozchorował się na tyle mocno że nie mógł już uprawiać rybołówstwo. I ten kuter stał już dwa lata na sznurkach. kupiłem ten kuter przy pomocy żony, przyprowadziłem i oczywiście nie miałem pieniędzy, ale powoli mozolnie zacząłem zbierać materiały, przygotowywać się do remontu tego kutra, Niestety po drodze zdarzyło się jeszcze jedno nieszczęście.

Mianowicie te wszystkie zgromadzone materiały, z bardzo ładnym bączkiem do obsługiwania tej łódki, łącznie z silnikiem, wszystko się spaliło razem z hangarem który spłoną w górkach. Tak że po dwóch latach znalazłem się dokładnie w punkcie wyjścia. patowa sytuacja bo również straciłem prace i nie. Wiedziałem co z tym fantem zrobić. Zastanawiałem się czy nie wyciągnąć tam na środek placu i nie podpalić i dać sobie spokój z tym wszystkim. I którejś niedzieli przyjechałem na przystań do górek zachodnich, do przystani AZSu. siedziałem w środku, chciałem się czymś zając i zacząłem czyścic jakieś narzędzia. I słyszę że przyszło dwóch młodych ludzi bo młode głosy były nawet. I taki komentarz pod moim adresem „zobacz jeszcze jeden popieprzony facet. wydaje mu się że on coś z tego zrobi. zobaczysz za dziesięć lat to tu jeszcze będzie stało- mówi – albo sprzeda innemu nawiedzonemu”. I poszli sobie. tak mnie to ruszyło że pomyślałem czekajcie gnojki ja wam pokarze. I po 10 latach popłynęliśmy w pierwszy rejs do o koła Europy.

(odgłosy w tle…)

- O jest łagodniej niż myślałem.

- Czuje z drugiej strony wiatr mi po policzku muska, w która stronę płynąć. mamy nawigatory, tzn informują nas głosowo, w którym kierunku mamy płynąć, ale ja to biorę na wyczucie…

- Przy tych wszystkich ułatwieniach elektronicznych, niewidomy w żeglarstwie tak naprawdę nie może robić tylko jednej rzeczy. Stać na oku, bo będzie ciągle meldował nie widzę przeszkód (śmiech)

- Ile razy wychodziłeś tędy?

- Kilkaset.

(odgłosy z tyłu – to są zwyczajne zwoje liny owinięte …)

- Wiedziałem że już nie mogę wrócić do poprzedniego układu w pracy, że już nie będę dyrektorem firmy, że nie da się wejść w to samo, nie da się wejść do tego samego pociągu. I coś należało z tym życiem zrobić. w związku z tym, wymyśliliśmy następną wyprawę, wyprawę dookoła Ameryki Południowej, na Alaskę. takie było założenie niestety życie nas zweryfikowało, wyszedł z tego rejs jedynie do Ameryki Południowej, wokół Hornu i całą zimę spędziliśmy w Patagonii w dosyć ciężkich warunkach. Potem były dwie inne jeszcze wyprawy, ponad roczne wokół Atlantyku i po morzy Śródziemnym. A po za tym od dwudziesty lat, bo w tym roku przypada dwudziestolecie wypraw i żeglowania Antiki. Każdego roku odbywamy, bez żadnej przerwy, 90-100 dniowe rejsy po Europie, na morze Śródziemne również – w jakieś jego bliższe okolice.

(odgłosy na ludzi na statku, mówiące o pogodzie)

- Mówi się że Bałtyk jest groźnym morzem – jest groźne – ale także morze północne jest groźne, Kanał La Manche jest groźny, i morza w okół Irlandii również są groźne. Ponieważ Bałtyk jest płytkim morzem, dlatego podnosi się dosyć stroma fala, nie ma takiej długiej fali oceanicznej jaka występuje na Atlantyku czy na dużych obszarach wodnych, wtedy kiedy fala ma nawet po 300 metrów długości, po mimo silnego wiatru, na tą fale się wjeżdża i zjeżdża, a tu się po prostu o nią rozbija, albo trzeba ja jakoś przełamać, albo z nią razem iść. To wiele bardziej dokuczliwe.

- Jerzy, to jest myślę niesamowity człowiek, dla mnie wciąż wielka zagadka. Spotkaliśmy się właśnie kiedy przypłyną Antiką,

- Jerzy miał w tedy na pokładzie 3 osoby niewidome, przy należy zaznaczyć bardzo trudnych warunkach pogodowych, bo wiatr wiał nawet do 8.

No wrażenia niesamowite, pozostawiło to w ludziach do dziś i tak właściwie zaczęła się nasza znajomość z Jerzym.

- Kiedy wydał swoja pierwszą książkę, opisująca jego spełnione marzenie, w rejs dookoła Świata, przekazał fundacji Keja prawa autorskie do wersji dźwiękowej tej książki ma się przełożyć się na działania organizacji rejsów dla niewidomych. Wiem że Jerzy nie tak dawno ukończył pisanie drugiej książki i tez ją wydał, no i mam ciche nadzieje że i ta druga książka, będzie mogła być nagrana w wersji cyfrowej

(odgłosy w tle…)

- Bałtyk jest morzem ciekawym, my specjalnie nie doceniamy tego, nam się marzą długie żeglowania, po Karaibach, po ciepłych wodach, po morzu Śródziemnym. Nie dostrzegamy piękna które mamy tutaj, naprawdę w zasięgu ręki. Szkiery szwedzkie,

- Wysepki duńskie, są prześliczne, są czasami tak maleńkie porciki że trzeba do nich wchodzić tyłem, z reguły jest wszędzie płytko, ale są bardzo urocze bardzo malownicze, nie zniszczone przez ostatnia wojnę, nie zniszczone przez wieki. Z pietyzmem konserwowane. Prześliczne są porty i wyspy,

- Północno-wschodniej części Bałtyku, w wejściu do Zatoki Błotnickiej, Archipelag Wysp Alanckich, samo wejście do Zatoki [niewyraźnie], Helsinki i Tallin są starymi miastami. Bałtyk ma ogromnie ciekawą historie. Począwszy właśnie od powstania Hanzy po całe 400 lat jej działania tutaj

- Na Bałtyku. To jest Gdańsk to jest Wysby, to jest Ryga, Tallin. Akurat jestem w trakcie czytania Krucjat Północnych, cała ekspansja Krzyżactwa, czy rycerstwa zachodnio-europejskiego.

To wszystko miało wpływ na tworzenie kultury tutaj w rejonie Bałtyku i stanowi naprawdę ciekawą lekturę do poznania jeszcze dla mnie tu.

- Tutaj gdzie jesteśmy w tej chwili, Była ładownia na ryby, było to zamknięte dwoma grodziami, rufowa i dziobowa, Na dziobie mieszkała załoga, był, odrębnym kubryk dla załogi natomiast rufa to była sterówka i silnik duży.

- Czyli właściwie wszystko tu jest zmienione?

- Wszystko co widzisz jest nowe.

- Nowe… wygląda jakby miało sto lat.

- Ta bo ona już 20 lat cały czas jest w ruchu, cały czas jest w biegu. To co widzisz ten piler mały, czarny jest z dębu, z wraka wydobytego z Zatoki Gdańskiej i ma co najmniej 100 lat, spędził pod wodą. Są tu różne pamiątki, akcesoria pozbierane z całego świata. zawsze mnie ciekawi jak wracam co się zmieniło. I np jak wypływałem w pierwszy rejs, pierwszy 6letni to był rok 1991, ludzie byli smutni, byli niepewni, nie wiadomo było w którą stronę ten kraj się potoczy. I ubrani bardzo szaro i szare twarze i smutne twarze.

- Natomiast po 6 latach ja wróciłem, to strasznie podobało mi się nasza młodzież. Uśmiechnięci na ulicach, żartujący, rozrabiający trochę. odebrałem ten kraj bardzo pozytywnie.

- Mówisz o szarych ludziach, za tamtej Polski, a czy Bałtyk jest szarym morze?

- Taką ma opinie, Bałtyk nie jest szarym morzem. Są dwa rodzaje sztormów. Jest sztorm wyżowy i jest niżowy. Niżowy niesie ze sobą właśnie ogromne zachmurzenie, i ono powoduje że to morze ma taki kolor chmur. Z reszta na całym świecie morze ma albo kolor nieba albo chmur albo odbitych gdzieś dużych gór na wybrzeżu. Jeśli jest sztorm wyżowy, jest słonce to morze jest granatowe, prześlicznie granatowe wybielone falami i wygląda naprawdę ślicznie.

Jeśli jest niż o niewielkiej sile wiatru, z niskimi chmurami, czy częstymi opadami, bez żadnych prześwietleń między chmurami, to rzeczywiście morze wygląda bardzo szaro.

- Ta przystań rybacka cały czas funkcjonuje w Sopocie nie?

- Tak ale jest to trochę zafałszowane ponieważ oni kupują ryby w centralach rybnych wędzona i sprzedają jako taka swojską. Dla turystów czy dla ludzi którzy przyjeżdżają z lądu, z głębi lądu to jest atrakcja natomiast najśmieszniejszą rzeczą tego roku to są śledzie wiejskie..nie wiem co maja śledzie (śmiech) sprzedają w marketach śledzie wiejskie.

- Ale oni łowią Ci rybacy z Sopotu. Oni wyjeżdżają łowić jakąś świeżą rybę.

- Tak ale oni głównie łowią flądrę, Jak są okresy na śledzia i jak śledź wejdzie w zatokę to go trochę odłowią, i kilka innych ryb. ale przecież nie łowią tutaj makreli nie łowią łososia, To jest głównie wszystko ten łosoś norweski, czasami się zdarzy łosoś bałtycki, on jest o wiele bardziej blady. ten norweski jest czerwony, jest gdzieś tam dokarmiany w tej chwili w farmach, ale to nie jest to wszystko,

- W latach 80 brałem jachty z akademickiego klubu morskiego, zwoływałem przynajmniej z 10 rożnych postrzeleńców, wsiadaliśmy w jacht i wychodziliśmy w morze albo wchodziliśmy w sztorm albo sztorm zaraz dostaliśmy i wracaliśmy ze sztormem. raz się tak zdarzyło że byliśmy 10 dni w morzu bez przerwy, ponieważ wtedy nie można było odwiedzać żadnych krajów, w związku z tym krążyliśmy po tym Bałtyku jak szaleni. Po Trelleborgiem obudził nas z rana zapach świeżo pieczonego chleba i ciast. Gdzieś z piekarni zwiewało an morze a szliśmy wzdłuż brzegu. Popłynęliśmy pod Kopenhagę oglądnęliśmy miasto z wody i wróciliśmy z powrotem sundami do Gdańska.

- Podchodziliśmy pod Bornholm, widzieliśmy jeżdżące autobusy, słyszeliśmy klaksony samochodów, ktoś gdzieś coś tam grał, ktoś kogoś nawoływał, a myśmy stali na jachcie i patrzyli na ten świat który był dla nas absolutnie nie dostępny. wykręciliśmy i z powrotem. Jak już zaczęło się tam troszeczkę luźniej to chłopcy lądowali na chrystianzy to jest taka grupa małych wysepek, na wschód od Bornholmu. Tam jest jeden mężczyzna który jest policjantem poczmistrzem i kapitanem portu, ponieważ jest to mała społeczność jest tu tylko stu ludzi. Jeden mały sklepik w którym była kawa rożne czekolady, rożne słodycze, I chłopcy wpływali i meldowali że nie mają wody i muszą wodę do tankować. Rzeczywiście wzięli tam troszeczkę wody, ale głównie każdy wyciągał tam swoje dewizy, i biegli do sklepu żeby coś tam kupić. dla siebie dla dzieci różnie, Już później ten policjant tak się przyzwyczaił że wstawał i mówił „co wody nie macie? to proszę tutaj” (śmiech)

- Nikt się specjalnie nie czepiał ani Duńczycy ani nasi faceci od bezpieki, którzy w końcu dowiedzieli się bo musieli się dowiedzieć, też nie przywiązywali już wagi do tego. Nie niosło to żadnego zagrożenia dla systemu.

(odgłosy)

- Np. żegluje po całym świecie ale mam ogromny sentyment do mojego miasta. na Bałtyku jest mi tutaj dobrze, jest mi tutaj najlepiej, bo to jest moje miejsce, tutaj żyje bez mała całe życie,

- Od którego momentu zaczynasz myśleć „ah zaraz jestem w domu"?

- O praktycznie od przypłynięcia do Europy, od wejścia do kanału la Manche. mam 1000 mil do domu, a przy długich podróżach to żadna odległość specjalnie.

- Tak wypełniliśmy ostatnie 20 lat żeglowania na tym przebudowanym kutrze rybackim, i tak się również dokonało 50 lecie mojego żeglowania

KONIEC

Antika - posłuchaj oryginalnego materiału audio.

Foka

Osoba przeprowadzająca wywiad: Małgorzata Żerwe

PRZEWODNIK: Foki rocznie dwie trzy tony śledzi jedzą. Foki żyją do 40 lat proszę państwa. Woda morska powołana z Bałtyku proszę państwa. Co miesiąc ta woda jest wypuszczana (odgłosy: „może za rzadko bo śmierdzi) i pracownicy stacji morskiej myją właśnie szczotkami te fokarium stacji morskiej Uniwersytetu Gdańskiego.

OPIEKUN FOK: Balbuś co to jest. Ej wszyscy muszą dostać idź do wody. Balbuś! Zobacz tu jest pusto. Tu bierzesz raz i uciekasz. Już Balbuś, choć. Chodź tutaj.

PRZEWODNIK: Proszę państwa idziemy. To jest trzeci basen, 8 fok jest proszę państwa. Najstarsza fokę znaleziono 31 marzec 1992 rok. Ponieważ znaleziono ją w dniu imienin Balbiny nazwano ją Balbina, ale później obejrzano i okazało się że nie była to dziewczyna tylko chłopiec (śmiechy).

KRZYSZTOF SKÓRA, STACJA MORSKA W HELU: Ktoś znalazł fokę na plaży w Juracie. Tego nawet do dziś nie wiem kto i szukam tych osób. Była ranna, wycieńczona, jak my to naukowo mówimy dystroficzna, czyli długo nie jadała i była chuda. Biały puszek kłębuszek. Dziesiątki ludzi którzy wiedzą już o foce i doradzają mi co zrobić. Od dobić, przekazać do muzeum, wysłać do zoo. No co tu zrobić. Wiedziałem że wpierw muszę wyprowadzić zwierze ze stresu. No i zacząłem do niej przemawiać. Starałem się ją dotknąć. Foka była jeszcze na tyle żywa że się odgrażała, warczała, dawała do zrozumienia że będzie kąsać. W międzyczasie …(niezrozumiałe) dostaje polecenie przygotowania basenu dla foki. Jedynym basenem jaki tu był w okolicy naszej było stare szambo, które było na szczęście nieczynne. I zaczęła tam pływać, zaczęła naukę jedzenia. Z ręki nie chciała brać, bała się.

Zacząłem przywiązywać ryby nitką za ogon no i na takim kijku, na wędce zaczęliśmy te ryby po tym basenie ciągać jakoby by były żywe. Foka na to zareagowała, złapała jedna rybę, to my tą nitkę szybko oderwali i foka rybę połknęła. Czwartą to już tylko ręką machali. No i zrozumiała o co chodzi zaczęła, zaraz zaczęła jeść. A potem to już było tylko karmienie, karmienie, karmienie. Balbin rósł i informacja o foce poszła w świat.

PRZEWODNIK: Roczna… to pięć set tysięcy ludzi, pięć set tysięcy złotych rzucane są do fokarium stacji morskiej. W lecie trudno zobaczyć te foki, trudno.

GŁOS KOBIECY: Niestety widziałam że nic nie widziałam.

PRZEWODNIK: Komandor, porucznik Edmund Jarczyk, przewodnik turystyczny Marynarki Wojennej. Oprowadzam wycieczkę Ośrodka Wypoczynkowego po fokarium stacji morskiej Uniwersytety Gdańskiego. Za chwile przyjdą pracownicy ze śledziami i będą karmić te foki. Jest 8 fok. Najstarsza foka Balbin, jego żona Undamarina, tam jest Joel, trzy młode foki Anna, Agata, Ewa, Krystyna zjadła półtora kilograma monet i zdechła. Dopiero jak zobaczymy karmienie fok… idziemy do autokaru…

KRZYSZTOF SKÓRA: Zalecenie komisji helsińskiej o ratowaniu fok, że należy tworzyć centra rozrodcze, co u nas się w Polsce nie dzieje no. W związku z tym może trzeba by coś takiego zacząć. No i zaczęło się. Szukanie sojuszników do tego projektu, ale tam gdzie docierałem, do tych biurek szczególnie, tam gdzieś w Warszawie i tak dalej. Musiałem sam wyglądać jak duży egzot, bo patrzono na mnie z dużymi oczami bo nikt w szkole nie słyszał o fokach w Bałtyku, okazuje się. Przykładów do ratowania w morzu jest znacznie więcej, no ale foka leżała – w cudzysłowie – nam na biurku, akurat. Sukurs przyszli nam z pomocą koledzy ze Szwecji.

No ale budując fokarium było wiadomo że jedna foka Balbina nie czyni koloni jeszcze. Trzeba było szukać partnerki. Akurat była posucha. W około całego Bałtyku nie było ani jednej wolnej samicy.

MAGDALENA BRANCHWELT, DZIENNIKARKA PUBLICZNEGO RADIA SZWEDZKIEGO, REDAKCJI POLSKIEJ: Większość pań które migrują do Szwecji są to jednak Polki, które wychodzą za mąż za Szwedów. Nie wszystkie kobiety trafiają do dobrze. Brak orientacji w zasadzie w tym co się tam za granica, za morzem dzieje. Jest duża frekwencja rozwodów. Nie potrafią się te stadła utrzymać. Ale są też takie którym, się udaje, wychowują dzieci dwujęzyczne. Takich małżeństw jest dużo. Takich małżeństw to jest dużo, a tych foczych to jest pierwsza. I to jest oczywiście taki szalony pomysł, który zaszczepił Krzysztof Skóra. Któregoś dnia jak byliśmy u niego w Stacji Morskiej na Helu, to powiedział, słuchajcie potrzebna jest mi foka. Damska foka, bo te co do tej pory przysyłali Szwedzi, okazywały się płci męskiej. To oczywiście przynosiło pewne problemy.

KRZYSZTOF SKÓRA: Joel po szwedzku od imienia rybaka który go uratował. A tu wszyscy wołają na niego Julek. Miał być partnerką Balbiny. Balbin kiedy spotkał po raz pierwszy to się przekonał że jest foka bo tak to przecież tylko nas widział, nie. Zaatakował go, trzeba było go odseparować, i siedziały potem przedzielone kratą, gdzie miały szanse się tylko obwąchiwać. Potem się polubiły nadmiernie. Potem był czasami wstyd. Nie mogą ze sobą kopulować w sensie dosłownym ale adoracja była ponad miarę.

MAGDALENA BRANCHWELT: Ale sprzyjała nam sytuacja bo zbliżał się rok szwedzki w Polsce. Jak również dowiedziałam się zupełnie cudem, że jest jedna foka na zbyciu w skansenie w centrum samego Stokholmu. Potem się to potoczyło.

Potem przyjechała i były konsul Królestwa Szwecji w Gdańsku, który bardzo się zapalił do tego pomysłu aby foka przyjechała na otwarcie konsulatu i domu szwedzkiego w Gdańsku.

KRZYSZTOF SKÓRA: Piękną blond szwedkę zaoferowali Balbinowi. Trzeba było ją przetransportować. Unda jechała w dużej skrzyni leżąc na taflach lodu, w które były wmrożone śledzie. Wydawało się że to idealny komfort dla foki.

MAGDALENA BRANCHWELT: Bardzo się denerwowali o to co z tą foka będzie. No i cały czas były takie raporty że foka ma się gorzej że foka ma się lepiej a cała sprawa polegała na tym, żeby można było zrobić z notablami zdjęcie.

KRZYSZTOF SKÓRA: Przyjechała czyściutka, umyta. Bo to się wszystko w międzyczasie roztopiło i to łóżko wyglądało ohydnie. Ale fok była w bardzo dobrej kondycji, zauroczyła nas od razu swoimi wyglądem. Jest piękna foką. Przyjeżdża pod ten konsulat Wszyscy ludzie, wszyscy reporterzy zamiast trzymać się scenariusza uroczystości i adorować wzrokiem, tych którzy są tam najważniejsi, wszyscy biegną do tej foki.

MAGDALENA BRANCHWELT: Pod wrotami tego konsulatu w Gdańsku czekali bodajże Marszałek, prezydent i jeszcze kilku innych zacnych panów. I to było bardzo komiczne, bo była orkiestra, grały dziewczyny świetnie przygotowane, były fanfary i w pewnym momencie zajeżdżają dwa czarne samochody, wyskakuje rzeczywiście delegacja szwedzka, i pomijając całą delegacje polską która stała z kwiatami w ręku i wszyscy się zwrócili się nagle w lewo bo ta delegacja przed nosem im przeleciała i poleciała do foki. Fokę pokazano na dokładnie kilkanaście sekund, Undemarine, po czym zamknięto ją bo była rzeczywiście już bardzo zdenerwowana i szybko biegiem na Hel.

KRZYSZTOF SKÓRA: Tu już czekali Helanie, tu już był okres kończącej się rui, nie udało się Balbinowi jej zapłodnić, że po roku nie mieliśmy potomstwa z tego wieczoru poślubnego, no ale małżeństwo się udało, lokalny nasz dziennik zamieścił wielki portret nowożeńców.

MAGDALENA BRANCHWELT: Undemarina, zdominowała że tak powiem wszystkie wiadomości. Telewizja polska tak się zainteresowała sytuacją, że w momencie gdy przyjechał premier Buzek, na otwarcie właśnie tego roku szwedzkiego w Polsce to wiele czasu wiadomości właśnie poświeciły tej Undamarinie, która miała emigrować w celach małżeńskich do Polski.

KRZYSZTOF SKÓRA: Oczywiście natychmiast Unda znalazła się we wszystkich gazetach, jako ta najważniejsza informacja o otwarciu konsulatu. Konsulat szwedzki była bardzo z tego zadowolony, to jedna tworzy dobry image kraju takiego zwracającego uwagę na przyrodę, a jednocześnie pomagającego nam.

MAGDALENA BRANCHWELT: A w tym wszystkim że Szwedzi przekonali się do tego że jednak Polska może opiekować się fokami, że możemy mieć taką inicjatywę jak odtworzenia szarej foki na polskim wybrzeżu.

KRZYSZTOF SKÓRA: Naszym zadaniem jest posiadanie fokarium, w zasadzie od pierwszego dnia jego istnienia staramy się je zlikwidować, gdyż foki mają być na brzegu morza, na plażach. Człowiek niszczy przyrodę, ale tylko człowiek umie ją naprawić. Nic nie stoi na przeszkodzie aby foki leżały na plaży obok nas, mówię to w pewnym uproszczeniu. Nasi neolityczni przodkowie, tu nad zatoką, lokowali swoje siedliska dlatego że były tu foki. Fokę im było łatwiej zabić niż łowić rybę, bo oni nie mieli sieci wtedy jeszcze. Przed wojną nawet państwo płaciło za zabicie każdej foki, bo uważano fokę za konkurenta w rybołówstw, gdyż niszczyła sieć. Wszystkie kraje nadbałtyckie płaciły za zabijanie fok, dzisiaj wszystkie kraje płacą za ochronę fok, to jest ciekawy precedens.

PRZEWODNIK: Rzeź po… (niewyraźnie) …Od kilku lat lekarze amerykański odkryli że niezwykle cenna częścią fok jest penis proszę państwa. Wycinają samcom penis, samiec jest dostarczany do laboratorium, mielony na mączkę, i sypany w torebki. Taka torebka ze zmielonym penisem foki samca kosztuje około 400 dolarów i służy jako afrodyzjak lepszy od viagry proszę państwa i dla kobiet i dla mężczyzn.

KRZYSZTOF SKÓRA: Balbin jest ciągle samcem alfa, inaczej mówiąc przywódcą haremu, gdyż w międzyczasie doszły jeszcze 4 młode samiczki z Estoni. Też dojrzewają, no a Unda powiła Adama.

MAGDALENA BRANCHWELT: Bardzo szybko się oswoiła i chyba było im razem dobrze. No a teraz mamy rezultat. Mamy polsko-szwedzkie dziecko.

KRZYSZTOF SKÓRA: Imie zostało uzgodnione na drodze dyplomatycznej między kolegami ze Szwecji i nami no i pierworodny Adam. A w tym roku pojawiło się drugie dziecko, leży sobie tam w swoim kojcu i nazywa się Bojka. Jest uroczą małą córeczką tych że państwa. Balbina i Undy.

(Magdalena Branchwelt) Undamarina jest zacną panną, lubi rządzić, więc wydaje mi się że ona sobie z tym towarzystwem znakomicie daje radę.

(śpiew Balbina)

OPIEKUN FOK: Zaprasza, zwraca na siebie uwagę. Jest niezwykle akustyczny, jak na fokę.

Za chwile inne też się odezwą, za chwile wiadra wyjdą. Undzia no co robisz czekasz na rybę? Dostaną śledzie bałtyckie to co lubią najbardziej.

KRZYSZTOF SKÓRA: Dzisiaj złotym interesem dla ludzi mieszkających na wybrzeżu są turyści. Tych turystów trzeba też łowić na odpowiednią przynętę. Plaża czysta? a czy woda czysta? a czy w wodzie coś jeszcze żyje? A jak żyje to czy można to jeszcze zjeść? I o tuż foka, jeden celibrys naszej zatoki, naszej części Bałtyku, zaświadcza nam że te ryby są zdrowe. Bo jeżeli one nie oddziałują swoimi toksykantami na jej zdrowie i ona rodzi potomstwo to znaczy że ryby są zdrowe. Bo to co przeżywały foki w latach 70, 60. Te braki porodów, poronienia, ta niezwykła śmiertelność wynika z tego że było w wodzie za dużo PCB, za dużo DDT, teraz to się poprawia. Turysta oglądając fokę, znając te reguły które w wodzie obowiązują, wie że śmiało może do tej restauracji iść i tą rybę zjeść bo tym indykatorem jakości w przyrodzie jest między innymi foka. Nie mówiąc o jej samej atrakcyjności turystycznej, takie wizualnej estetyce.

PRZEWODNIK: Ta foka nazywa się Undamarina to po Polsku znaczy para wodna. Te chłopaki bydlaki, wchodzą tu przez płot i rzucają monety i ta foka Krystyna w zeszłym roku zdechła, wypłynęła, w żołądku miała półtora kilograma monet HGW. Około 975 monet, proszę państwa i zdechła.

KRZYSZTOF SKÓRA: Plaża jest takim terytorium które nie koniecznie trzeba nazwać że jest siedliskiem człowieka. Jest przede wszystkim siedliskiem foki i to my jesteśmy tam gośćmi a foka to wielki sojusznik w ekosystemie ona pilnuje harmonii w tym ekosystemie. Człowiek eksplorując morze łowi bardzo selektywnie. Łowi te ryby na których mu zależ, które mają wartość ekonomiczną, pozostawiając resztę.

Foka nie zna ceny na łososia, ceny na śledzia, ceny na dorsza, ceny na inna rybę. Ona łowi tą rybę którą ma przed nosem. Morze Bałtyckie nie jest tylko zbiornikiem samej, wody, ono nie kończy się na plaży czy nie zaczyna się na plaży. Ono zaczyna się u źródeł rzek. Na dobra sprawę zaczyna się w każdym zlewie, w każdej wodzie w (…) każdego z nas. Każdy góral sika do Bałtyku. 48% populacji ogólnobałtyckiej to są Polacy. My mamy decydujący wpływ na jakość tego morza. A proszę porównać to ze świadomością o morzu

OPIEKUN FOK: Zatem trzeba uważać, sprawdzić palcem. Balbin jest akurat delikatny jak bierze rybę, ale potrafi za chwile ugryźć, więc… łapkę dajesz tak, już ci dam wszystko co mam ale więcej nie mam już. Nie mam, zobacz, pusto.

KRZYSZTOF SKÓRA: Foki do pewnego stopnia zrobiły się takimi ambasadorami fauny bałtyckiej. Śmiejemy się trochę z Balbina że on jest taki dostojny, leży sobie tam nic nie robi, prawda, wszystko się dzieje, wszystko jest mu dostarczane łącznie z żoną. Jego stan zdrowia, jego haremu, a także tych fok na wolności świadczy o tym jakie to środowisko jest. A zaświadcza też o nas.

Jak wypuścimy nasze foki to już ten fakt gdzie pływa Adam każdy będzie mógł obejrzeć sobie w internecie. W każdej sekundzie satelita będzie tą jego pozycje podawał, mapa będzie wykreślona i będzie można razem z nami śledzić los jego. Dwie foki szwedzkie wypuszczone w zeszłym tygodniu już z tymi transmiterami pływają. Wystarczy wejść na stronę internetową www.grasal.nu i tam to wszystko widać. Dzisiaj technika pozwala, aby kibicować nam siedząc w innej części świata.

MŻ: Adam syn polsko-szwedzkiego małżeństwa należy podkreślić

KRZYSZTOF SKÓRA: tak jest i Bojka. Oni we dwójkę pójdą i ten sponsor tego transmitera dla Adama to też firma szwedzka. Bałtyk staje się morzem europejskim i wszyscy żyjący w obrębie będą sobie takie prezenty czynić, bo foki paszportów narodowych nie mają. Bo wszystkie foki są nasze i każdy wie że działając na rzecz szwedzkich fok czy oni na rzecz naszych, a my z kolei na rzecz fok litewskich, czy na rzecz projektu niemieckiego, wszyscy razem współpracujemy, działamy w imię wspólnego interesu.

(odgłosy opiekunów)

Foka - posłuchaj oryginalnego mateiału audio

Piaski po sezonie

Osoba przeprowadzająca wywiad: Małgorzata Żerwe

Piaski to rybacka wieś między wodami Bałtyku i zalewu Wiślanego, ostatnia miejscowość na Mierzei Wiślanej przed granicą z Obwodem Kaliningradzkim.

DAREK: Bardzo ładna miejscowość.

Darek Domański jest radnym, dom wynajmuje turystom, trochę łowi.

DAREK: 150 osób czyli ze 30 rodzin. 30 lat temu tu było 8 rodzin. Teraz się pojawili tacy jak Marysia

Marysia Milewicz, artystka stale mieszkająca w |Dusseldorfie zakochała się w Piaskach i kupiła tu dom na skraju lasu i wsi

MARYSIA: Prawie zawsze puste plaże, oprócz sezonu, ale w sezonie można gdzieś wyjechać. (śmiech) Poza sezonem tu znajduję ukojenie.. i wyrzucone przez fale patyczki, ptasie czaszki, kosteczki.. z tego właśnie tworzę, to mnie inspiruje… Los mnie tu rzucił przypadkiem. Wszędzie piasek jak to w Piaskach przy ulicy Piaskowej, otoczone lasem, blisko do morza.- moje miejsce na ziemi. Czuję się tu bardzo dobrze wszyscy się znają, od 10 lat tu mieszkam i odpukać, nic się złego nie stało

DAREK: Bo ja tego domu pilnuję, zauważy się każdego obcego, a swój u siebie nie będzie kradł. Tylko jedna droga dojazdowa, więc nie mają dużo szans, żeby rozrabiać.

MARYSIA: Darek to ktoś bardzo potrzebny i bliski, i bardzo uczciwy.

DAREK: Rodzice pochodzą z Lubelszczyzny, sprowadzili się na Piaski w 1962 roku. Miałem 5 lat. Nie było światła, szosy nie było, sklepu nie było, szkoła była czteroklasowa. Pierwszym turystą w Piaskach był Marek Nowakowski, pisarz niewygodny dla komunistów. Mieszkali u moich rodziców, oni wynajmują dom wczasowiczom.

PANI DOMAŃSKA: Jetem w internecie i jak dzwonią, i mówię że to nie Krynica Morska tylko Piaski to mówią, że wolą do Krynicy, żeby było pełno ludzi. Ja jakbym miała gdzieś jechać to tylko na Piaski… śmiech…

DAREK: Nazwa Piaski pochodzi ze względu na te piachy, tutaj nie można było niczym dojechać, tylko piaszczyste drogi były i się zawsze samochody zakopywały.

PANI DOMAŃSKA: Do nas tylko listonosz przyjeżdżał na motorku, każdego dnia. Poczta o nas dbała, połączenie ze światem było przez gazety, czasem nam coś kupił, coś załatwił – taki łącznik. Po dwóch latach od zamieszkania i droga, i prąd był – poszły w ruch pralki i lodówki. Pożegnaliśmy się z lampami naftowymi, mam jeszcze dwie, trzymam jak relikwie. Jakoś sobie radziliśmy – mieliśmy swoje krowy, swoje mleko, świnki, kury. Nie zamykaliśmy ani domów, ani obór, ani komórek, bo tutaj nikt nikomu nic złego nie robił..

DAREK: Tu ludzie z różnych stron pochodzą. Byli i tacy, co się ukrywali- poglądów bardziej prawicowych, z AK. Tu był po wojnie przez kilkanaście lat syn dyrektora opery warszawskiej, uciekł z Warszawy, tu się schował, był rybakiem. To były tereny zasiedlane, chodziło o to, żeby jak najwięcej ludzi ściągnąć i państwo duże pieniądze na rybołówstwo łożyło, dawało sprzęt, domy poniemieckie remontowało, nawet pożyczki bezzwrotne dawali. Jest jeszcze kilka rodzin rybackich, które w latach 70. z Ustki, ze Słupska przyjeżdżali – Górnicy, Kramkowie.

W porcie nad zalewem Kramkowie, sprzedają świeże ryby wprost ze skrzynek..

KASIA KRAMKOWA: Ja mężowi pomagam. Jestem z Elbląga, na wczasy przyjechałam, jak większość dziewczyn tutaj przyjeżdża i się zapoznają. Zdałam maturę i od razu – proszę bardzo! Miłość? Śmiech Chemia!

TURYSTKA: Dzień dobry! Te ryby są do sprzedania?

LESZEK KRAMEK: No! Po to łapiemy, żeby tę rybę sprzedać

DAREK: Rybaków przybywało, bo w latach 70. były dobre zarobki na śledziu i węgorzu. Za czasów Gierka około 400 ton się łowiło na Zalewie. Nie wiemy, jakie wyniki mieli Rosjanie. Granica z Rosją to takie boje zielono- czerwone – ogromne, ze 3 m wystają z wody, nie da się nie zauważyć. W nocy boje świetlne, zresztą nikt nie wypływa w nocy, jest zakaz. Ja mam żaki i na sandacza i na węgorza, ale tej ryby jest tak mało, ze nie stawiam, bo trzeba by dopłacać do tego rybaczenia.

Jest wieczór, Darek patrzy z tarasu swojego domu na Zalew

Ten akurat stawiał żaki, 3 godziny temu płynął w tamta stronę, teraz wraca bez tyczek. Stoi przy sterze to go widać, a ten drugi pewnie sobie siedzi, schronił się przed wiatrem. Ja nawet wiem kto płynie- Bolek Górnik, a w środku w łódce siedzi Mirek Jakimowicz, a do łódki stad jest jakieś 2 km.

Następnego ranka – wypływam z Leszkiem Kramkiem stawiać sieci

LESZEK KRAMEK: Podjedziemy do żaków to wszystko pani opowiem… Rybak rzuca kotwicę podnosi ta jedną tyczkę i wysypuje rybę, czasami jest trochę węgorza, śledzia, a ostatnio nie ma nic…

Podwórko Kiehlów – sąsiadów Darka. Robert stawia dziadkowi krzesełko.

ROBERT: (refleksyjnie) Tutaj słońce dla mnie wschodzi, tutaj słońce dla mnie zajdzie. Kobieta mojego życia po 10 latach mnie rzuciła, przez telefon. Nie chciała tutaj mieszkać. A ja stąd nie wyjadę. To jest moje miejsce, mam naturę wolnego człowieka. Nie potrafię wstać o 5 rano, żeby na 6 zasuwać do pracy…

AUTORKA: Ale jak pan rybaczy też pan wstaje o 5 rano

ROBERT: No tak, ale to zupełnie co innego.

DAREK: Pierwsi osiedleńcy byli uczeni zawodu przez rybaków niemieckich, którzy tutaj zostali po wojnie.

STARY KIEHL: Zostałem przydzielony do dwóch rodzin polskich. Przyjęli mnie jak swego ci ludzie z Wileńszczyzny. Miałem swój domek w Pasłęce, ale częściej u nich byłem. Wróciłem do Piasków i zbudowałem nowy dom.

AUTORKA: A tutaj kto mieszkał? Co się z tymi ludźmi stało?

STARY KIEHL: Pouciekali razem z frontem, z Niemcami, oni się bali Rusków jak cholera!

Hans Edwin Wilhelm, tak mam w starych dokumentach. Byłem w Niemczech przez 3 lata z moją żoną, ale wróciliśmy. Ciągnęło nas tutaj jak cholera, do domu, do tego rybołówstwa. Tam też rybakiem byłem, ale na kutrach, na statkach pływałem, to nie dla mnie. W nocy śnił mi się ten las, zalew, żaki… śmiech…Tu kiedyś nie było rybaków. Ja ich uczyłem, a teraz? Jajko mądrzejsze od kury

ROBERT: Jeszcze w 1994 mój dziadek był nazywany przez rybaków cappo di tutti capi – szef wszystkich szefów. Ale on jest gość! Wstaje i mówi: „Władek, stawiamy na łososia, bo będzie”. I był, zawsze! On miał 50 sieci i to nie były takie siatki jak teraz. Każda osobno szyta. Siatki stały góra dwie noce, były już tak podbite rybą, że na 3 noc już nic się nie łapało. Teraz po dwóch nocach siatki puściutkie, tragedia po prostu, łowiska przełowione.

Tu młodzi ludzie zasuwali jak woły, dopóki nie postawili domów.

DAREK: I łączą dwa sposoby na życie – wynajmowanie kwater dla wczasowiczów i łowienie tych resztek ryb. Bo z samych ryb człowiek rodziny nie utrzyma.

ROBERT: Rybak każdego dnia jak wypływa na morze nie ma żadnej gwarancji, ze wróci. Zawsze może coś pójść nie tak. Po mojego ojca i wujka wychodził śmigłowiec z Gdyni. Dobrze,że już byli na wysokości Helu. 50 m od brzegu brat utopił się na oczach brata, zostawił żonę i trójkę dzieci. Robił na czarno, był nieubezpieczony, dzieciak najmłodszy jeszcze w pampersach był… 1,30 zł – za tyle ludzie giną na morzu. Opłaca się? Niech każdy sam sobie odpowie… Mnie się nie opłaca, dlatego chcę hodować psy, a nie robić przy flądrze

STARY KIEHL: W lecie wstaję o 3 rano. Mamy dwie łodzie na morzu i jak trzeba to jeszcze wypływam. Mój młodszy syn, Janek zniszczył płuca przez pijaństwo, trochę go podleczyli, ale on już do pracy zdatny nie jest.

Jan Kiehl jr większość czasu spędza pod sklepem.

JANEK KIEHL: Jak październik przyjdzie to już tutaj nikogo nie ma – cisza nocna! A jak zima przyjdzie to już zupełnie! Ciemno, każdy jak z domu wyjdzie to patrzy po śniegu, gdzie jest jakiś ślad, jeden zna ślady drugiego. Spotykamy się koło sklepu, piwko się wypije, pogada i z powrotem do domciu. Jak jest ładna pogoda to płyniemy na morze na łososia. Trochę ryzyka jest, bo sztormy, ale wychodzimy. Zawsze na ten chlebek się zarobi. I na coś jeszcze…

I znów czekamy do wiosny, i tak w kółko. Jak marzec nadchodzi to zaczynamy odżywać, już rybacy myślą o śledziu na Zalewie, zaczyna się ruch. Jak śledź ruszy– w porcie chmara ludzi, bezrobotni przyjeżdżają.

Pierwsi turyści pojawiają się 15 czerwca, po sezonie emeryci, a potem znowu zima…

Stąd nigdy bym się nie wyprowadził. Ojciec był tam w Niemczech, mówił chyba? Na kutrach pływał po Bałtyku. Opowiadał, że jak słońce wstało od wschodu i był na wysokości Piasków to aż mu łzy w oczach stawały. A w tych Niemczech to, kurwa! przepraszam, że przekląłem, nie było człowieka z którym mógłby porozmawiać jak z przyjacielem. Niemiec to jest Niemiec! Flaszeczka (stuka butelką o blat stolika) piweczko będzie pił sam przez pół godziny. Może tego ojciec pani nie powiedział, ale jak chciał się napić to brał ćwiartkę i na cmentarzu pił.

AUTORKA: Panie Janku, ale pana tata urodził się jako Niemiec.

JANEK: Nieprawda, on jest Autochtonem! ani Polakiem, ani Niemcem. Czuje się Polakiem. On teraz nie pije, ale kiedyś jak się napił i popatrzył dookoła to aż płakał za naszą polską ziemią, naprawdę! I jeszcze wypływa. Mówię do niego: „Masz te 600 czy 700 złotych emeryturki, na chleb ci starczy, po co ganiasz?”

STARY KIEHL: W zimie zalew zamarza, na morze chodzimy na łososia, na dorsza. Nawet dobrze płacą -7 zł za dorsza, złapie się 100 kilo i już 500zł można zarobić. Dwa dni trzeba żeby złapać 100 kg. Zobaczymy co dalej będzie. Zalewu nie zarybiają, zalew umiera. Ruski łowią do oporu, tam chyba ochrony nie ma wcale, a ryba nie wie gdzie granica (śmiech) O! ryba też jest cwana, nie w każdą siatkę wejdzie/ śmiech/

Źle w życiu nie miałem, nie ma co narzekać. Teraz raka na nosie mam, od słońca.

AUTORKA: Leczy się pan?

STARY KIEHL: Nie, mnie to nie boli, w dupie mam, (śmiech) co ma być to będzie… Zobaczymy kochana, ale jak to się mówi już bliżej niż dalej. Nie ma się co przejmować, przyjdzie czas- do widzenia i koniec.

Na drugi dzień rano wyszło słońce i sztorm ustał, rybacy wychodzą w morze

STARY KIEHL: Tak, nareszcie – pokrzykuje na kolegów. Jesienne rybołówstwo to takie sztormowe, dzisiaj tylko flądrę ciągną. Jak jest ruch wody to ta ryba na chama pcha się do sieci. O! flądra jest cwana. Całe życie się walczy z rybą, a ona z nami. Do góry, do góry! Wyciągamy!

Tropem fałszywego śledzia

Osoba przeprowadzająca wywiad: Małgorzata Żerwe

Tekst łaciński…

ARCHIWISTA: …w dniu Świętego Marcina Ewagelisty przed Radą stawił się obywatel Miasta Mławy kupiec Stenzil ze skargą na gdańskiego kupca Bernarda Kromera, który sprzedał mu przez pośrednika Petera Bulox sfałszowane śledzie. Muzyka

Archiwum Państwowe w Gdańsku

ARCHIWISTA: (kaszle) Kurz, alergia przez te lata.

A nasze śledzie powinny sie znajdować w tych pudełkach, które zastępują dawne szuflady w archiwum ratuszowym… – „Wewnątrz beczki zamiast zakupionych śledzi znajdują sie dorsze, ze gmerk na beczce wskazuje, że znajdują tam sie śledzie.”

Targowisko w Gdańsku Wrzeszczu

SPRZEDAWCA RYB: No sól o ile pamiętamy, na szlaku bursztynowym była środkiem płatniczym. (obsługuje klienta)

KLIENT 1: Nie mam drobnych, cholera!

SPRZEDAWCA RYB (na stronie): Jaka cholera?! Adam jestem! (do autorki): Człowiek pracuje w tych rybach, to sie interesuje niektórymi aspektami, nie wszystkimi, bo nie jestem panem profesorem i nie kończę studiów na ten temat… Wiem, że kiedyś, za starych czasów – w 14., 15., 16 wieku, to były czasy Hanzy, jeśli dobrze kojarzę, oszukiwano, jak wszędzie na świecie- chęć zysku pieniądza jest tak wielka, że niestety podrabia sie niektóre rzeczy i tak to wygląda, no…

Archiwum Państwowe w Gdańsku

ARCHIWISTA: Matjasy zasolone trafiały statkami hanzeatyckimi do Lubeki, do Hamburga, do Gdańska do Rygi, do Tallina. I stamtąd były sprzedawane dalej. No to wymyślono sposoby fałszowania śledzi, żeby za tą sama cenę sprzedać coś gorszego. A ponieważ sól była droga solono mniej i to był pierwszy sposób fałszowania: ryba była mniej trwała i szybciej sie psuła.

Targowisko w Gdańsku Wrzeszczu

MZ: Chciałabym o śledziach z panem porozmawiać.

SPRZEDAWCA RYB: Tak jak pani widzi, tutaj koleżanka wykłada- to jest śledź solony płytko solony. Wystarczy go dwie godziny wymoczyć i juz sie nadaje do jedzenia. Prawdziwy śledź solony to jest jak szczapa, tak twardy, tyle ma soli w sobie. wymaga 4, 5-godzinnego moczenia, ale zupełnie inny smak…To jest najpopularniejsza ryba u nas, najlepiej sprzedawalna.

KLIENTKA: Po ile śledź?

SPRZEDAWCA RYB: Po 4.50.

Tekst Staroniemiecki

KONSUL NIEMIEC W GDAŃSKU: Że ten Bartolomeus Gaudens ma wszystkie prawa wystąpić w imieniu tej…

MŻ: Dorotei

KONSUL: Dorotei. chyba jest ona spadkobiercą. Może ktoś jej umarł w Gdańsku, może ojciec czy ktoś…

MŻ: I niczego o śledziu?

KONSUL: Nic, nic (śmiech) Ale może on kupił te śledzie albo sprzedał w jego imieniu? Nie wiem.

Targowisko

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: Nie chce pani Matjasa? Pyszne są nasze śledzie!

SPRZEDAWCA RYB: Zdarzają się co prawda śledzie i z Francji, i z Niemiec, ale 90% to jest przeważnie śledź bałtycki, duży lub średni no i szprota oczywiście.

MZ: I po ile ona jest?

SPRZEDAWCZYNI RYB 2: Po 2.50.

MZ: I co mamy dalej ze śledzi?

SPRZEDAWCZYNI RYB 2: Śledź bałtycki – jeden jest po 4.50, drugi po 5, patroszony po 8 złotych.

SPRZEDAWCA RYB: No bywają w granicach miedzy 20 a 40 deko, to są juz mutanty, to są już bardzo duże śledzie. Przeciętny śledź ma ok. 7-9 deko. Oczywiście bywają czasy kiedy nie ma śledzia, jest sztorm i wtedy cena automatycznie wzrasta nawet do 7, 8 złotych za kilogram. Dorsz jest pod dostatkiem w Bałtyku, od 9 złotych do 14 złotych. Wszystko zależy od warunków połowowych, to jest podstawowy warunek, który obligatoryjnie powoduje cenę.

KLIENTKA: Przepraszam bardzo, co to jest?

SPRZEDAWCA RYB: Makrela wędzona na zimno proszę pani, filet.

MZ: A jak jest z matjasami, tymi prawdziwymi?

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: Są oryginalne, ale u nas nie- my tłumaczymy, że jest à la matjas, ale klient i tak przyjdzie mądrzejszy i powie że tu jest matjas i że go chce, bo go nie stać na 40- 50 złotych za kilogram. I bardzo dobrze!

SPRZEDAWCA RYB: Ciężko go przechować, bo to śledź w odpowiednim okresie łowiony i jest tak tłusty, że nie przyjmuje soli, sól po prostu nie wchodzi w mięso. To jest ten prawdziwy matjas, którego nasze matki, babki pamiętają ze starych czasów.

Po prostu jesteśmy za biednym społeczeństwem, żeby kupić go.

MZ: A ile kosztuje kilogram matjasa?

SPRZEDAWCA RYB: W zależności od gatunku, jest 6 gatunków lub 7 prawie. Od 30 do 120 złotych za kilogram.

Muzyka

ARCHIWISTA: Także z 15 wieku niedatowany dokument.. prosi Rade Miasta Gdańska o pomoc obywatelowi miasta Koźmina Stencelowi Caldator w staraniach o odszkodowanie od kupca gdańskiego, który sprzedał temuż Stenclowi cztery beczki śledzi, które przy bliższym obejrzeniu okazały się sfałszowane… Dokument z końca 15 wieku rady Miasta Gniezna- proszą o zakazanie przywozu sfałszowanych śledzi na targ oraz o pomoc w staraniach o odszkodowanie za sfałszowane śledzie dla okaziciela tego listu Andreasa Naymana.

Są to pisma w języku łacińskim, jeżeli chodzi o korespondencje z Krakowem używano języka międzynarodowego, hanzeatyckiego czyli dolnoniemieckiego, który trochę jest podobny do fryzyjskiego czy holenderskiego. Często tłumaczenie tego wymaga korzystania ze specjalnych 19 wiecznych słowników, bo nie zawsze wiadomo, co które słowo znaczyło.

Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Pelplińskiej

Tekst łaciński

KSIĄDZ DZIEKAN: Może tu są jakieś tematy poruszone, które by sie nadawały do tego? Ja oczywiście byłem zasugerowany tym co pani mówiła o oszukiwaniu śledzia karpiem, tak?

MZ: Dorszem.

KSIĄDZ DZIEKAN: Dorszem. Wiec jeżeli chodzi tutaj o śledzie czy o jakiś produkt to oni piszą, że sprawa była szeroko rozważana i o tym wie również nuncjusz króla węgierskiego, o tym poinformowany jest sekretarz króla, ale… innych produktów nie mamy.. wiec taka jest tutaj koncepcja tego tekstu. Jeśli chodzi o śledzie to jest w ogóle jakaś afera, tu są wszyscy zaangażowani: i nuncjusz króla węgierskiego, i królewski sekretarz… No rzeczywiście – dla zrozumienia tego tekstu jest odkrycie co znaczy „nona”… Nona.

Tekst łaciński

Targowisko

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: Ein moment tylko przetrę szyby, bo nie widzę klientów, dobrze?… Uwaga! poznaję was.

KLIENT: Pani da tych świeższych.

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: To te same!

KLIENT: Nie, nie, ten już czerwony się robi.

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: Duży zawsze się tak robi.

SPRZEDAWCA RYB: Jak coś jest droższe to on myśli, że jest świeższe.

KLIENT: Jakie droższe? Ja nawet nie patrzyłem na cenę!

SPRZEDAWCA RYB: Są takie same, a przy dużych śledziach tak jest.

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: Właśnie! Są takie same, tłumaczę, że duży śledź zawsze tak będzie miał… Proszę bardzo! Czy jeszcze coś pan sobie życzy?

KLIENT: Jeszcze raz tylko mniejsze.

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: OK.

MŻ: Woli pan mniejsze śledzie?

KLIENT: Ja wolę większe, ale moja pani woli mniejsze, to będzie miała mniejsze…

Każda ryba musi się błyszczeć, wtedy jest świeża, a jak jest matowa, taka flakowata… I lepiej kupować całą, a nie filety, bo jak się robią nieświeże, to oni filetują…

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: O widzi pan jaki duży śledź z tej skrzynki? I już ma czerwony łeb!… Komunista! Przypomniały mu się komunistyczne czasy…

KLIENT: Nie przypomniały, tylko ja rybakiem byłem!

SPRZEDAWCA RYB: Nie, my o śledziu mówimy, a nie o panu!

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: (wydaje resztę) Proszę bardzo - dycha…

Tekst łaciński…

Archiwum Państwowe w Gdańsku

ARCHIWISTA: Tutaj… to musiała być bardzo szybka interwencja ławy czyli Sądu Ławniczego miasta Klecka proszący radę miasta gdańska o pomoc okazicielowi niniejszego listu, i tu nie podano nazwiska, któremu kupcy gdańscy sprzedali popsute śledzie, o uzyskanie odszkodowania.. Jako ,że jest to korespondencja przychodząca do miasta gdańska, a ta korespondencja, która była zachowana powinna sie zachować w archiwach miasta Mławy, Kożmina, Gniezna i Krakowa… to badacze powinni zajrzeć, jakiej odpowiedzi udzieliła rada miasta gdańska w Archiwum Państwowym w Krakowie, w Archiwum Państwowym w Poznaniu i w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie…

Telefony

AUTOMATYCZNA SEKRETARKA: Witamy w Archiwum Głównym Akt Dawnych. Proszę wybrać tonowo żądany numer wewnętrzny lub poczekać na zgłoszenie operatora.

MARIA SIEROCKA-POŚPIECH: Jestem kierownikiem Działu Informacji Udostępniania. Sprawa, że tak powiem śledzi wydaje się, że na poziomie tych dokumentów odnalezionych w archiwum w Gdańsku się zakończy, ponieważ nasze archiwum takich dokumentów nie posiada.

MŻ: Czyli małe mam szanse, żeby znaleźć jakiekolwiek potwierdzenie?

MARIA SIEROCKA-POŚPIECH: Są bliskie zeru!

AUTOMAT: Dzień dobry, tu Archiwum Państwowe w Poznaniu. Proszę tonowo wybrać numer lub poczekać na zgłoszenie operatora. Dziękuję.

ZOFIA WOJCIECHOWSKA: Jestem starszym kustoszem w Archiwum Państwowym w Poznaniu. W 1537 roku spłonął doszczętnie Kalisz z wszystkimi domami, kościołami, wieżami, zamkiem, ratuszem, gdzie było archiwum miejskie… W podobnym czasie płonęło też Gniezno. Koźmin także został w pożarze zniszczony.

AUTOMATYCZNA SEKRETARKA: Dzień dobry, Archiwum Państwowe w Krakowie. Sekretariat 10, dziękuję.

MŻ: Halo, Małgorzata Żerwe ponownie. Czy możemy z panią dyrektor?

SEKRETARKA: Już, momencik, łączę..

Melodyjka

MAGDALENA MAROSZ, DYREKTOR PAŃSTWOWEGO ARCHIWUM W KRAKOWIE: Blisko 1300 dokumentów pergaminowych sie zachowało. O dziwo tylko jeden dokument z Gadańska, w którym burmistrz i rajcy miasta Gdańska stwierdzają, że Cosmus Szwabesdorf został ustanowiony opiekunem majątku i dzieci Mertena Kowala.

Telefon

DR LESZEK ZYGNER Z ZAKŁADU HISTORII KOŚCIOŁA UNIWERSYTETU W TORUNIU. OBECNIE TEZ DZIEKAN WYDZIAŁU HUMANISTYCZNEGO W MAŁAWIE: Długo szukałem, powiem szczerze, łącznie z archiwum po krzyżackim, które sie obecnie znajduje w Berlin Dahlem. Trzeba szukać. Ostatnio jeden z kolegów w jednym z rękopisów z Biblioteki Jagiellońskiej w okładce, która była zrobiona ze starych pergaminów odnalazł jedna kurendę z początku 15 wieku. Także miejmy nadzieję, że może i tutaj coś takiego się stanie i…

MZ: I dowiemy się, czy kupiec Johann Ropyl, który kupił śledzie od gdańskiego kupca Claussa Heyssit dostał rekompensatę, czy też nie.

DR LESZEK ZYGNER: No właśnie! To jest pytanie, które na razie musimy pozostawić otwarte…

Targowisko

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: Co tu miało być?

KLIENT: Dwa kilo.

SPRZEDAWCZYNI RYB 1: Piękne, przepiękne śledzie.

KLIENT: Piękne to one były jak były żywe!

Muzyka wkracza na targowisko

Rekin

Osoba przeprowadzająca wywiad: Małgorzata Żerwe

X: Skończyłem Politechnikę Gdańską Wydział Budownictwa Lądowego i na Politechnice spotkałem grupę takich młodych, którzy założyli klub płetwonurków zwany później „Rekinem”. A zabawa jeśli tak mogę się w swoim nurkowaniu wyrazić, trwa do dzisiaj. I tak np. wczoraj mieliśmy taką piękną wyprawę po Zatoce Gdańskiej, gdzie statek instrumentalny urzędu Hydrograf 10, przed naszą akcją sprawdzał duży obszar dna Zatoki Gdańskiej i wykrywał tam wszelakie pozostałości, które pospadały z okrętów. Piękna kotwica admiralicji, prawdopodobnie z połowy 19 wieku, dobrze zachowana. Bardzo duża, bardzo ciężka, warząca ok 8 ton, tak że właściwie można powiedzieć że te urządzenia podnoszące tego statku piszczały.

MŻ: Czyli ile miała metrów?

X: No wysokości około 3 i pół metra. Naprawdę bardzo wielka. Korozja międzykrystaliczna ukazywała można powiedzieć całą strukturę metalu, no to było naprawdę coś fascynującego. Jak dla kogo oczywiście. Ona leżała na wysokości stosunkowo niewielkiej bo na około 18 metrów. Tu jest taka akcja zorganizowana przez Urząd Morski w Gdyni. Oczyszczania Zatoki z wszelakich zanieczyszczeń. Po prostu na redzie portu tam gdzie statki oczekują na wejście do portu, rzucają kotwice, nie ma prawa być jakiegoś bałaganu pod wodą. Czy to leży na dnie kawałek rury czy to jest niemiecka bojowa torpeda która jeszcze z tym ładunkiem 300 kg dynamitu no czeka na kogoś, czy to okrągłe co tam leży na dnie to jest mina morska czy to jest coś innego.

MŻ: Dużo tego jeszcze jest w Bałtyku?

X: No niestety można powiedzieć, że oczywiście dosyć duża ilość tego wszystkiego została wydobyta, ale a to w miejscowości Piaski odkryto taką barkę na niewielkiej głębokości, wypełnioną całą amunicją. W okolicach Babich Dołów jednostkę pływającą zatopiono. Właściwie jest taką całkowicie skorodowaną, wypełnioną pociskami artyleryjskimi. Myśmy z morza parę lat temu wyciągnęli pojazd gąsienicowy. Po sztormie morze odsłoniło szczątki samolotu. Przyjaźni rybacy od razu nas zawiadomili, pojechaliśmy tam i okazało się że jest to rozbity niemiecki samolot Messerschmitt 109, taki można powiedzieć najpopularniejszy niemiecki samolot z czasów II wojny światowej.

MŻ: Pamiętasz swój pierwszy raz? Swoje pierwsze zejście w Bałtyk?

X: Nie tego z ręką na sercu nie jestem sobie w stanie przypomnieć. W każdym bądź razie te nasze pierwsze nurkowania były naprawdę takie, z dzisiejszego punktu widzenia, porażająco nieporadne. Bo jak myśmy to przeżyli to ja sam się sobie dziwie, że rzeczywiście Bozia nad nami czuwała, i ta cienką linia dzieląca życie od śmierci przez nas nigdy nie została przekroczona chociaż do niej można powiedzieć dopychaliśmy się sami. Patrząc na dzisiejszego nurka który jest wyposażony naprawdę we wszystko co nie pozwala mu zginąć, na np. nasze wyposażenie podczas tej takiej można powiedzieć największej polskiej wyprawy morskiej, jaką była wyprawa na wrak Wilhelma Gustlofa, dzisiaj było by zdyskwalifikowane na samym starcie. Po prostu to co my mieliśmy na sobie wtedy dziś określone zostało by jako zagrażające życiu. W tym do wody nie wolno wchodzić. To było naprawdę, prawdziwe, swobodne nurkowanie. Płetwy, maska, ten skafander piankowy wchodziły w użycie, gdzie jeszcze takim podstawowym wyposażeniem nurka był ten ciężki metalowy hełm, ołowiane buty, ten cały sprzęt który warzył około 100 kg. Ten nurek związany był z powierzchnią wężami które były połączone z bazą. To tu rzeczywiście ten nurek nie był połączony żadną nicią Ariadny z brzegiem, z jednostką, po prostu brał to butle z zapasem powietrza do wdychania, wskakiwał do wody zupełnie swobodnie. Jak taki ptak pływał. Dziś na taki piękny wrak, jakim jest Wilhelm Gustlof, nie wolno nurkować, Czy ktoś komuś zabrania o północy, o dowolnej porze dnia chodzić po cmentarzu? A archeolodzy, którzy z pasją rozkopują wszystkie kurhany, wyciągają kości tych ludzi. A badacze piramid, którzy wydobywają sarkofagi i to nas nie razi. To nas nie boli a to nurkowanie do wraku Gustlofa nagle się zakazuje bo nurek narusza spokój zmarłych. Goya, Sztojben i Gustlof, to są trzy okręty bo to nie były statki bo płynęły w momencie tonięcia pod flagami Krigsmarine. Sztojben leży na północnych krawędziach ławicy słupskiej, na której też leży Gustlof, bo to ten sam komandor Marinesko w czasie tego samego rejsu zatopił i Gustlofa i Sztlojbena.

MŻ: a Goya?

X: Goya wypłynęła z Helu Konowało(niewyraźnie nazwisko) dopadł ją właśnie na wysokości Rozewia i tam ona została zatopiona. Podczas wielkiej akcji Kriegsmarine, akcja wywożenia ludności niemieckiej spychanej przez front, przewieźli w ciągu tych kilku miesięcy 2,5 mln osób, przy stratach rzędu 1,5%. właśnie w tej puli 1,5% mieszczą się między innymi te trzy okręty, Sztojben, Goya i Gustlof. Lato 1973 rok pełna komuna i myśmy znaleźli wspaniały klucz do tego mianowicie, że my nurkowie Rekina, chcemy na wraku Wilhelma Gustlofa, znaleźć bursztynową komnatę, wydobyć ją i przekazać naszemu wielkiemu przyjacielowi Związkowi Radzieckiemu. Ówczesne kacyki do których docieraliśmy po jakieś zezwolenia, prośby no rzeczywiście osłupiali. No bo tak odmówić jest ryzyko, no w końcu taki szczytny cel mają ci studenci z tego Rekina, no więc jak im nie pozwolić.

MŻ: Ale gdzie jest Bursztynowa Komnata?

X: Bursztynowa Komnata jestem o tym przekonany, ona została spalona przez armie radziecką przy zdobywaniu Królewca 16 kwietnia 45 roku. Są opisy czerwonych krasarmijców? którzy zdobywają to wszystko że jak tam wpadali do tych piwnic poszukując czy Niemców nie ma to widzieli tlące się, palące skrzynie drewniane i wyciekającą z nich brunatną maź która się wypaliła. Wszyscy wiemy że bursztyn się topi, że bursztyn się pali. I taki był właśnie koniec tej bursztynowej komnaty. Ja pokaże pompę olejową od Meszershmita. Czy to wygląda że to leżało 60 lat w jeziorze? Wygląda jakby to było nowe zdjęte z półki w sklepie. Pierwszy raz będąc na Gustlofie, znowuż może do tego wracam, z wielkim zdumieniem zauważyliśmy że tam przeźroczystość wody sięga 15 metrów. To było dla nas szok, bo rzeczywiście literatura podaje kilka metrów a tu raptem widzimy aż 15m. Okazuje się rzeczywiście że ta woda tego naszego Bałtyku nie jest wcale taka najgorsza. No owszem przejrzystość Morza Czerwonego, Morza Śródziemnego sięga czasami 30-40 metrów o zupełnie jest co innego, nie mniej to tu było rewelacyjnie. Ja mam oczywiście i suchy skafander i piankowy, ale bardzo często wybieram właśnie to nurkowanie w skafandrze piankowym. Po prostu tu nie chodzi no o znęcanie się nad sobą. No bo rzeczywiście ta zimna woda nie jest najprzyjemniejsza na świecie ale jak sama nazwa mówi zimna woda zdrowia doda.

MŻ: No Bałtyk jest zimny.

X: No jest. No oczywiście nie przyjemny jest ten taki pierwszy moment gdzie ta woda dostająca się pomiędzy skafander a ciało, szczególnie po krzyżu, prostuje człowieka, ale to jest chwila, potem ta woda ogrzewa się od ciała człowieka i można powiedzieć że skafander spełnia swoją rolę, bo takim skafandrze piankowymi, mokrym możesz godzinę baraszkować w przeręblu, gdy na dworze jest –10 stopni, a woda ma tylko +4. Czyli aż +4. Ta cała obsługa która nas pilnuje żebyśmy nie pobłądzili pod wodą jako że każdy jest trzymany w takim przeręblu na sznureczku na lince, marzną a my nic. Godzinę zupełnie swobodnie możesz wytrzymać. Tutaj u nas w Bałtyku te wraki mniej są niszczone przez tą agresywną można powiedzieć wodę no bo rzeczywiście np. świdrak okrętowy który doskonale zżera drewno, tak więc jakiekolwiek drewniane wraki, małe mają szanse przeżycia w tym morzu ciepłym. Natomiast u nas świdraków okrętowych nie ma tak że można powiedzieć że drewno jest nieźle utrzymywane prze setki lat. Czyli na przykład znajdywanie tego najnowszego trafienia szwedów, tego pięknego okrętu żaglowego sprzed paru set lat. Na głębokości 700 set pary metrów szwedzcy nurkowie odkryli wspaniały wrak, można powiedzieć porównywalny do tego słynnego okrętu Waza, przy pomocy tej najnowocześniejszej elektroniki, coraz więcej odkrywamy. Przecież parę lat temu został odkryty ten piękny wrak lotniskowca niemieckiego Grafzepellin. Olbrzym który ma ćwierć kilometra długości, leżał sobie zupełnie nie wykryty przez nikogo. Przypadkiem 80 kilometrów na północ od Helu ekipa Petrobałtyku która sprawdzając kolejne miejsce na postawienie platformy wiertniczej, żeby łapa tej platformy na niczym nie stanęła musieli dokładnie sprawdzić to znaleźli. Mnie zawsze ciągnęło może i generalnie starałem się o zatrudnianie się w firmach związanych z morzem.

MŻ: Teraz jesteś na emeryturze?

X: Tak teraz jestem już emerytem. (śmiech)

MŻ: Ale od nurkowania emerytury nie będzie?

X: Jak widać. Działamy ostro jak sama zresztą widziałaś. Wczoraj żeśmy pracowali dla dobra nasze Zatoki Gdańskiej oczyszczaliśmy od pięknych kotwic. No właśnie mam nadzieje że te kotwice znajdą się w jakiś eksponowanych miejscach w Gdańsku bo rzeczywiście szkoda by było, aby poszło to wszystko na złom na śmierć. No bo to rzeczywiście są wspaniałe obiekty. No jak mówiłem ja takich dużych kotwic nie widziałem.

Rekin - posłuchaj oryginalnego materiału audio

Stocznia

Osoba przeprowadzająca wywiad: Małgorzata Żerwe

STANISŁAW KAMIŃSKI NUREK KLASYCZNY, STOCZNIOWY NUMER EWIDENCYJNY 693: To jest tło stoczni a to jest skafander w którym ja pracuje. W tym skafandrze ja pracuje. To już jest historyczny sprzęt dosłownie taki muzealny. Ten piesek to był taki jakby załogant. Kolega znalazł go idąc do pracy i tak się u nas wychował. Prawdziwy marynarz to był. Ile razy się już w kanale kąpał, bo wpadł do wody. Ale taki był wierny. No gdzieś zaginą. Morusek, bo tak jak wyglądał tak był nazwany bo był cały czarny, no to jak najlepiej, nie będzie inny jak tylko Morus, no więc Morus.

MŻ: Ilu nurków w stoczni pracuje?

SK: Nurków jeden.

LUDWIK PRĄDZYŃSKI, ŚLUSARZ, STOCZNIOWY NUMER EWIDENCYJNY 1093: A ja wywodzę się ze środowiska wiejskiego. W 70 latach była taka tendencja urbanistyczna to mobilizowało wszystkich w zawodówkach. Nielegalna literatura mnie zwabiła która się pojawiła na Stoczni Gdańskiej i chciałem to środowisko poznać.

JAN KACZOR, MANEWROWY TABORU KOLEJOWEGO, STOCZNIOWY NUMER EWIDENCYJNY 779: Jestem stoczniowcem drugiego pokolenia, no bo ojciec zginą jako [niewyraźnie] tam był wielki pożar 69 roku 13 grudnia, zapalił się statek już na końcowym wyposażeniu [niewyraźnie] No i dzięki działaniom naszych decydentów którzy dzwonili do Warszawy szukali jakiś możliwości zgody, zginęło 21 ludzi. Chociaż o wielu więcej można było ludzi uratować, no ale polityka wzięła górę

MŻ: Ile miał pan wtedy lat?

JK: Jedenaście.

MŻ: To pana nie odstraszyło od stoczni?

JK: Nie.

JOLANTA MEKKA SUWNICOWY, STOCZNIOWY NUMER EWIDENCYJNY 5798: Tych kobiet nie jest za dużo, pracujących na dźwigach. W brygadzie jestem jako jedyna kobieta.

MŻ: Dzięki temu ma pani jakieś przywileje?

JM: Nie pracuje tak jak inni. Jest okropna odpowiedzialność bo 40 ton nawet tu na hali przewożę.

ZBIGNIEW STEFAŃSKI MALARZ, PIASKARZ, STOCZNIOWY NUMER EWIDENCYJNY 1038: To się słyszy, malarz, każdy sobie wyobraża pędzelek, szpacheleczka. U nas to wygląda w ten sposób że wielokrotnie wchodzę pod maskę piaskarza, piaskuję. Szlifierka pneumatyczna do ręki szlifuję, i później pistolet do ręki i maluje. To nie są litry a tony farby do wymalowania.

ALEKSANDRA OLSZEWSKA, PANI OLA, SPOŁECZNY KUSTOSZ POMNIKA POMORDOWANYCH STOCZNIOWCÓW. PROWADZI KIOSK Z SUWENIRAMI PRZY BRAMIE HISTORYCZNEJ STOCZNI GDAŃSKIEJ: Jestem tu od samego początku 70 roku, ale w kiosku 7 rok właściwie. Przychodziła po pracy zawsze nawet dyrektor ten tego zawsze mnie na dywanik brał „no już pani była pod pomnikiem”, no byłam pod pomnikiem. Po pracy to ja mogę na głowie stawać. T było takie po prostu naturalne bo mój mąż zmarł, można powiedzieć, nagle. Na tym łożu śmierci powiedział „Idź do tych chłopaków”, bo on mnie po prostu wysłał do tych chłopaków. Do tych stoczniowców tutaj. Ja do tych chłopaków przyszłam i już z tymi chłopakami zostałam. 118 tys. ludzi, na moście w ciągu dnia to tak jak na długiej, a teraz jak pani przyjdzie w sobotę do pracy to pani nawet człowieka nie spotka. Już nie ma tych ludzi, widać. Te tereny to są K2.

To są takie jakby już nie stoczniowe. Jak były wodowania tu na K2 to człowiek nurkował i na tym terenie i na tym terenie gdzie K3 jest i na tym gdzie te pochylnie i się nurkowało. Przy tych nabrzeżach wszystkich statki stały. Teraz do likwidacji te wszystkie pomosty. Te co zostały to są nieczynne, to są zakazy wstępu. To nie jest moje, że tak powiem prywatne, ale człowiek jest w tym zakładzie patrzy na to to i się serce kroi. Autentycznie się serce kroi bo ja bym chciał aby taki wizerunek nie był tylko zupełnie inny. Świat jest inny. Tak jest spostrzeżenie moje. No ale co trudno. Człowiek się w tamtym czasie znalazł i se musi radzić i se radzi.

Zmieniło się to że stocznia powstała jako nowy podmiot. Ale to moim zdaniem tylko teoretycznie bo wymaga wielkiej naprawy. 12 groszy dostał podwyżki. Kierownikowi było na pewno wstyd ten angaż dać. No wstydził się chłop, mi było wstyd to wziąć no ale co

MŻ: I na co się pan zdecydował? Na wyjazd?

AO: Przyszłości w tym jeszcze nie widziałem. Pojadę zobaczę.

MŻ: I gdzie pan jedzie?

AO: Do Szkocji, pracować jako poddźwigowy w remoncie rafinerii. Ale są stocznie i się tak trzymają i ciężko tak właściwie odejść. Jak człowiek jest taki trochę bardzie [niewyraźnie] albo boi się ryzyka to mu jest trudniej. Najpierw pracowałam od 79 do 96 roku, wychowywałam dzieciaka ponad dwa lata pracowałam w Careffure'ze. Wykładałam towar. I wtedy za takie pieniądze jak płacili. No to harówka. Tu się zwolniło miejsce. Trochę się bałam bo nie jeździłam około 15 lat. I okazało się, że pamiętam.

MŻ: A nigdy pan nie miał dość stoczni?

AO: A momenty były, były momenty tylko że, tak jak to niektórzy mówią, zasiedział się człowiek, nie.

No stocznia ma swój taki klimat i ja się zacznie pracować to tak ciężko odejść. Z czasem nie żałuje się (niewyraźnie), pracy, pieniędzy, ale kolegów. Nawet dziś jak wyjeżdżam, stocznia, była jest i czy będzie to już sprawa polityczna. Mało ludzi szkolą. Tych ludzi w stoczni to się bym w prost powiedział dewastuje tutaj.

Nie mam złości, jestem nawet dość biedny ale nie mam złości do nich. Dlatego że ona mnie wychowała, ona mnie nauczyła zawodu. Ja nie mogę od razu powiedzieć, uciekam stąd bo za granicą więcej zarobie a w Polsce źle. Ale pieniądze to nie jest najważniejsze. Najważniejsze to jest odzyskać ten zakład, który został stracony, przez nas niestety. Nas oszukiwano z góry, podstępnie, że inne były deklaracje inne później czyny. Niestety to nas nie usprawiedliwia od tego żeśmy tak wybrali nie?Władze. Niektórzy to nawet i postkomunistów wybierali. I to z świadomością że na złość prawicy, nie?

Nie ja już przestałem się bawić też. Przestałem robić za konia w wózku dla polityków. Mam ich serdecznie dosyć. Traktują stocznie, tak jak powiedziałem, jak papier toaletowy do wycierania swoich własnych interesów. Nawet ostatnio jak były wybory do dwóch kandydatów na stoczni sobie wywiady robiło. No i po co? I tak to pewnie podzielą na masę małych spółek, będą badzióry w procesie produkcji, ale na pewno nie będą stanowić żadnego takiego zaplecza dla nikogo. Bo zaplecze takie może być raz wygodne a raz groźne. Bo ci ludzie w pewnym momencie się zdenerwują i stanowią wówczas pewną siłę. A do tego dochodzi historia charyzmy którą stocznia i z tego wychodzi że staje się ona bodźcem, zachętą dla innych.

Hmm jak to leciało. Widziałem, widziałem, widziałem. Jak stoczniowiec spadał od kuli. Widziałem, widziałem, widziałem jak drugiego w kajdany zakuli. Widziałem, widziałem, widziałem, skrwawione, krwią robotników sztandary.

Służba bezpieczeństwa się zainteresowała szybko, bo wiadomo że tajnych współpracowników bardzo dużo. Osiedli się ale tego wtedy aż tak nie było tego widać. Ale to mnie nie zastraszyło bo cel był słuszny, i to było najważniejsze nie. I tak sobie zdawałem sprawę, że ta sprawiedliwość nastąpi, ale to rozczarowanie nastąpiło w 89 roku kiedy to odzyskaliśmy tą niepodległość, a sprawiedliwości jak nie ma tak nie ma.

Pamiętasz… oj nie pamiętam już.

Wtenczas nadstawiając karku, dla Polski, dla stoczniowców to było warto wtenczas, bo tam społeczeństwo było jakby solidarne. Dzisiaj mimo iż niby stało się lepsze to wcale tak nie jest. Wtenczas społeczeństwo było bardziej solidarne.

MŻ: A pani należała do solidarności?

AO: Tak należałam.

MŻ: A teraz?

AO: W tej chwili, nie. To była duma, to było że coś takiego w stoczni w ogóle powstało. No ma się tą świadomość że tu się pracowało, akurat w tym momencie, w tym czasie kiedy to wszystko się rozgrywało.

Powiedzmy z 15 lat temu, stoczniowiec jak się mówiło to po plecach by cię klepali. A teraz to już trzeba tak wywarzać to, bo zdania są tak podzielone. Zwłaszcza u młodszych ludzi, za stoczniowcem aby się tylko nie urodzić kurcze.

Jedni Wałęsie chwalą i ilu wciąż go goni? (niewyraźnie) jest wielki, bo gdyby na jego miejscu był jakiś inny, nawet i profesor, czy jakiś rozsądny polityk, to do dziś by ruscy w Polsce siedzieli. Ja tak uważam, ja go uważam za bardzo wielkiego człowieka. No niepotrzebnie moim zdaniem kandydował na druga kadencje, gdyby zrobił swoją pierwszą kadencje, zamkną drzwi i powiedział dziękuję ja już swoje zrobiłem, na więcej mnie nie stać, niech przyjdą mądrzejsi to miałby takie pomniki jak Jan Paweł II dzisiaj. A na tamte czasy to on był sam sobie jedyny. W strajkach w ’88 roku, bo wszyscy mówią o ’80 roku, w ’88 było ciężej. Bo nas mało ludzi było, mało ludzi nas popierało. Nas w stoczni tutaj garstka została. Ty wiesz, jak nam jest ciężko, momencik, oj do zwycięstwa jest bardzo daleko. Zwłaszcza że masa ludzi marnuje to co wywalczyliśmy już. „Co te krzyże znaczą”, to ja ten wierszyk dostałam w ostatniej chwili od takiej Hani. „Kolegom stoczniowcom, pomordowanym w grudniu 1970. Tatusiu co te krzyże znaczą? Czemu są takie duże i tam na samej górze jakby trzymały się za ręce spętane przez łańcuchy. A ta Pani trzyma ręce jak gdyby się modliła. Tatusiu czy to jest mogiła? czy tu mordowali Niemcy? Nie synku, Polacy. Jacy Polacy? Czemu milczysz tatusiu? Ty masz łzy? Tatusiu płaczesz i ty? „ To moje życie całe. Każdy kamień wiedziałam gdzie jest, gdzie zginą, że go nie ma żeby go tam wsadzić, pod tym pomnikiem.

Jak przyszedł stan wojenny, część z nas aresztowano, wcielono nas do wojska. Symbol tutaj jest taki: orzeł. Tutaj veni vidi vici, czyli przyszedłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. Uważam każdy jeden który żył wtedy i przeżył, to co ja przeżyłem powinien mieć ten napis. Tutaj na prawym ramieniu jaskółka oznacza wiosnę. Wiosna zawsze oznacza nowe życie. Nadzieje na to że będzie lepiej. Na przykład tutaj twarz, twarz i dłoń która trzyma tutaj, trzyma klepsydrę. Czas, który się przesypuje. Dlaczego ja piszę teksty piosenek dlaczego komponuję? Ja w niektórych kompozycjach zatrzymuję czas. Mam również wytatuowane samoloty. Z drugiej, o tutaj na przykład, speedfire, wygląda jak rekin. Tu też jest symbol, symbol czasu minionego, ale jednak ucząc się historii uczymy się o tych czasach.

I powinniśmy pamiętać, bo historia powinna być dla nas pewnego rodzaju przestrogą. I historia powinna nas uczyć. I dlatego te symbole mam na sobie.

Tak wizualnie widać jak jest pusto to i pustka zostaje. To i czasem w duszy taka pustka jest, nie. Bo człowiek tak jakby zagubiony jest. I co dalej będzie?

Stocznia - posłuchaj oryginalnego materiału audio

Szczęściarz Baltic

Osoba przeprowadzająca wywiad: Małgorzata Żerwe

Portowe nabrzeże w Gdyni, wiatr, fale, mewy, portowe nabrzeże, wnętrze statku badawczego Baltica Morskiego Instytutu Rybackiego, pan Adam szeleści mapami.

PAN ADAM: O! Tutaj mamy nawet zapisane: 25.01.2010 godz. 15:50 został wyłowiony. A płynął stąd: z Wisłoujścia

Autorka: Zatem tutaj go zobaczyliście?

PAN ADAM: Tak, o 15.50 to już się mrok w styczniu robił! Tam się foki „opalały” na lodzie, a na jednej krze on tuptał. Oficer wachtowy go zauważył.

MŻ: Bo to mały piesek, mniejszy od foki.

PAN ADAM: Tak.

…Cztery dni i cztery noce vPłynął piesek na krze uwieziony vPrzez dobrych ludzi ocalony…

„Piesek o imieniu Baltic” Wiersz dla Pana Kapitana Jerzego Wosachło.

(poszczekiwanie psa)

KAPITAN: O! właśnie się odzywa nasz piesek, na dole jest. Prawdopodobnie aż spod Grudziądza płynął, jak wieści niosły. Gdyby nikt go nie spotkał i dalej by płynął na północ, to przy tych mrozach, które sięgały -15°C na pewno by nie przetrwał.

PAN ADAM: Był problem z opuszczeniem pontonu, bo akurat byliśmy w polu lodowym.

KAPITAN: Było dużo kry i niebezpieczeństwo, że strącimy tego pieska z kry. Ale jakoś pomalutku, pomalutku, do przodu – w tył, odchyliło się te kry i pan Buczyński w ostatniej chwili go wyciągnął.

PAN ADAM: Przy manewrach statkiem kra się wypiętrzała i on parę razy zjechał do wody, ale walczył, tymi łapkami przebierał, wspinał się na krę. I jak już tor został udrożniony spuściliśmy ponton i starałem się podpłynąć jak najbliżej.

KAPITAN: Największe zagrożenie było dla pana Buczyńskiego, samemu statkowi nic nie zagrażało.

PAN ADAM: Przy pomocy wioseł i bosaka się do niego dochlapałem, no i niepewność taka – ugryzie mnie czy nie ugryzie? Ale podpłynąłem blisko, widzę, że on już na krawędzi kry, jeszcze raz zjechał do wody i jakbym wtedy go nie wyciągnął, to by było po nim. Ale się zawiesił łapkami na linie asekuracyjnej pontonu i tylko takie jego oczy „pomóżcie”, oczy błagające o pomoc… Chwyciłem go najpierw za grzbiet, ale grzbiet był już oblodzony, -12°C wtedy było, wychylić się musiałem, za ogon, za tylne łapy wciągnąłem do pontonu i wróciliśmy pod statek, a tutaj już załoga czekała, ręcznikami zaczęli go wycierać…

KAPITAN: Pan Adam jest ratownikiem medycznym i on pieska doprowadził, że tak powiem do stanu używalności. Piesek odzyskał sprawność już po kilku godzinach.

PAN ADAM: Daliśmy mu pić, jakieś jadełko – ale nic nie chciał. Przeleżał ze 3 godziny na tych ręcznikach. Potem na wachtę go zabrałem, usiedliśmy tu w mesie, zacząłem go głaskać. Wtedy zaczął dochodzić do siebie. I od tamtej pory wszędzie za mną chodzi, nawet do łazienki! Chce być ze mną, czuć bliskość.

KAPITAN: Jestem pełen podziwu dla tego pieska, ze przetrwał, bo jakby się położył na lodzie to by przymarzł, a on tymi łapkami przebierał…

PAN ADAM: Musiał być nie psem domowym tylko podwórkowym, zahartowanym.

Kanapowiec by nie przetrwał. Wierszyki o nim piszą, niedawno dzwoniła taka pani Grzesińska z Wejherowa… (Baltic poszczekuje) – Cicho!… Że wysłała na statek jakieś opowieści o psie Balticu.

„Do pieska przyznawało się wiele osób

Ale on się oszukać nie dał w żaden sposób

Bo Baltic już na statku rodzinę ma

To pan Adam Buczyński uchronił go od dna.”

KAPITAN: Jak ta wiadomość rozeszła się po mediach zgłosiło się wiele osób, które twierdziły, że to jest ich pies.

PAN ADAM: A on jak ich tylko zobaczył, zaczął uciekać, pod nogi się do mnie chował, nie chciał z nikim rozmawiać.

KAPITAN: Nawet z Czech przyjechało dwóch panów i mieli zdjęcia pieska, rzeczywiście bardzo podobny był, ale jednak nie ten.

PAN ADAM: Weszli do mesy, gdzie byłem z Baltikiem, zaczęli wołać: „Pepiczku! Pepiczku” A on się popatrzył… (śmiech)… odwrócił się i z powrotem do mnie. Czeskiego nie znał (śmiech)

KAPITAN: Nie było sensu dawać psa ludziom, którzy nie byli jego właścicielami.

PAN ADAM: Jakaś pani z Inowrocławia aż przyjechała, przywiozła obrożę, smycz, że niby to jego. Ale ta obroża?! On mógłby się nią w pasie przepasać, od wilczura była chyba, od dużego psa. I też go zaczęła molestować, on od niej uciekał, ona za nim na czworakach biegała! Aż wreszcie się ludzie zdenerwowali, bo akurat ekipa telewizyjna była i musiała przyznać, że to nie on, i musiała z niesmakiem odjechać. Oszukać chciała, nawet imienia nie znała. Może chciała być w telewizji. (śmiech)

MŻ: Pies był tak sławny, że można było nawet zarobić na nim.

PAN ADAM: Taka mogła być ewentualność. Zgadza się!

MŻ: My nigdy nie poznamy jego historii…

Pan Adam pyta załogę, czy pies wrócił, bo gdzieś przepadł, ale Baltika na statku nie ma.

PAN ADAM: On musiał raczej mieć ciężki żywot, to widać po jego zachowaniu. Teraz już się wyciszył, ale na początku jak coś stuknęło, puknęło to już się chciał zakopać pod pokładem, przestraszony był. W ogóle nie ufał ludziom. Jak ktoś wyciągnął do niego rękę to przysiadał ze strachem, jakby miał oberwać a nie być pogłaskanym.

On na tej krze mógł wylądować przez te strzelania sylwestrowe. bo w zeszłym roku Sylwestra to strasznie przeżywał! Miał dygotki, musiałem mu dawać tabletki uspokajające. W łazience się zaszył, żeby tylko tych wybuchów nie słyszeć. Musiał mieć bardzo przykre doświadczenia.

Znalazł swoje miejsce tu na statku, No, teraz wybył gdzieś na koty. Kiedyś też jak wyszedł o ósmej wieczorem to wrócił po północy. Ma tutaj swoje ścieżki, (śmiech) kotom zbiórki robi, liczy czy wszystkie są… (śmiech)

Wychodzimy szukać Baltika. Odgłosy portu, pan Adam gwiżdże, pokrzykuje imię psa, opowiada.

PAN ADAM: Ale jaka tutaj obława była! Jak go wyłowiliśmy i pakowałem go do samochodu, żeby do weterynarza go zawieźć, to czmychnął i była obława! Dwa samochody telewizji go goniły. Uciekł, ale dopadła go taka pani redaktor i jak się na niego rzuciła! A taka „puszysta” była i jak go przycisnęła (śmiech) to ledwo mu nos było widać. (śmiech)

Wracamy na statek, Baltic w międzyczasie wrócił i marynarze zamknęli go w kajucie.

PAN ADAM: Żeby nie uciekł znowu, już chyba ma dość spacerów… Ale żeś się uświnił w błocie! (szczekanie) A śpi tutaj, w mojej kajucie.

WSPÓŁLOKATOR PANA ADAMA: Baltic to dobry pies.

PAN ADAM: Tutaj na kanapce mu rozścielam kocyk i tutaj śpi.

KAPITAN: On jest taki kochany! Zawsze przychodzi, z każdym się wita.

PAN ADAM: Kucharz mu zawsze jadełko dobre szykuje.

KUCHARZ: Idziemy po drugi kotlecik. (Baltic mlaszcze)

PAN ADAM: (do psa) Daj kawałek!

Rada naukowa MIRu (Morski Instytut Rybacki) jako załoganta Baltiki go zatwierdziła. I teraz nawet jak wracamy z morza i kapitan melduje: „22 osoby”, to pada pytanie z kapitanatu portu: „A pies?” „Jest też!” (śmiech)

W lecie na pokładzie swoje miejsce ma, tam się opala”, tam się załatwia. Ale w te jesienne czy wczesnowiosenne rejsy jak są pogody sztormowe zostaje w MIRze, nie płynie z nami. Bo mogłoby go zmyć z pokładu, ciężko by miał, po co ma się pies męczyć. Ale jak wracamy do portu to od razu jest na statku, skacze do góry na pół metra jak sprężynka. A jak mnie zobaczy to go mogą wabić kiełbasami, przysmakami a on u mnie jest przy nodze. Mnie sobie upatrzył, pewnie poznał po zapachu, że to ja pierwszy go wybawiłem z opresji i do tej pory uważa za przewodnika stada. (śmiech)

„Pan Adam i Baltic to duet znany

Rozpoznawany przez dorosłych i dzieci

Piesek ze swym panem

Przez Gdynian jest kochany”

PAN ADAM: W mieście nas rozpoznają, pytają: „Czy to ten pies?” No tak, ten pies. Ostatnio nawet jak jechaliśmy taksówką taryfiarz miał wątpliwości, czy psa zabrać, bo on psów nie wozi. Ale jak mu powiedziałem, co to jest za pies, to od razu: „A proszę, proszę, niech wejdzie”. (śmiech)

Od prezydenta miasta dostał medal „Honorowy Pies Gdyni”…

Baltika go wyłowiła to niech będzie Baltic. Reksiów może być tysiąc, a Baltic jest jeden! Czasami po wachcie idziemy do takiej piwiarni i tam jest traktowany jak stały bywalec, ciasteczko zawsze dostaje od pań obsługujących, tam go wszyscy znają. Kiedyś to mi nawet czmychnął i zatelefonowali z baru: „Tutaj pies czeka”. (śmiech) Bo on nie wiedział gdzie się podziałem i myślał, że tam poszedłem, i pobiegł mnie szukać (śmiech)

MŻ: A piwo lubi?

PAN ADAM: Nie, odporny jest na marynarskie nałogi – piwa nie pije, fajki nie pali. (śmiech)

Jeździmy na spotkania z dziećmi do szkół, do przedszkoli. Dzieciaki są zadowolone, że takiego sławnego pieska mogą pogłaskać. On się teraz oswoił z tłumem, bo początkowo uciekał jak zobaczył dużo ludzi. A teraz zrobił się taki …taki medialny.

(śmiech)

MŻ: Bo to przecież najsłynniejszy polski pies od czasów Szarika (bohater serialu o pancernych i psie z lat 60)

PAN ADAM: Tak jest, i psa Cywila (bohater serialu kryminalnego z lat 70)

Wracamy do sterówki, pan Adam otwiera pokaźna teczkę z dokumentacją Baltica- wycinki z prasy, zdjęcia, listy.

PAN ADAM: Mamy tutaj list od Brigitte Bardot!

„Mój drogi Adamie, jak panu przekazać moja wdzięczność za uratowanie tego biednego psa?Jest Pan bohaterem, jest Pan moim bohaterem. Dziękuje z głębi serca za uratowanie go przed straszną śmiercią i za zatrzymanie go przy sobie. Istoty takie jak Pan są rzadkością, gdyż żyjemy dziś w świecie, w którym człowiek stracił poczucie wartości życia, już niestety przyzwyczajeni do okropności życia i nic już nas nie dziwi… Mnóstwo ucałowań, czułości i wdzięczności, Brigitte”

MŻ: No tak, panie Adamie, gdyby panu się nie udało to i jego by nie było.

PAN ADAM: No nie byłoby..a tutaj, proszę list od Pana śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z podziękowaniem mamy…A tutaj na zdjęciu jak byliśmy w Toruniu na Dni Fafika (bohater komiksu).

MŻ: Właściwie pana życie też się odmieniło od czasu kiedy Baltic jest z panem?

PAN ADAM: No tak! Nie chciałem dopuszczać tej myśli, żeby go oddać w nie wiadomo w jakie ręce. A jak źle trafi, może ktoś faktycznie weźmie, żeby się tylko pokazać, a potem, za przeproszeniem, kopa i wio! uciekaj sobie?

Pan Adam głaszcze psa i czule do niego przemawia do psa: Daj głos Baltic, no powiedz hauuu, powiesz mi gdzie byłeś? Skąd przypłynąłeś? Tak? Jak ci było? Opowiesz?…