Inspiracją dla tej historii była książka „Poeta w zamkniętym garnizonie” (wyd. czasopismo „Zwiezda”, 2008, red. Oleg Scheblykin). Opisano tam śledztwo dziennikarskie przeprowadzone przez reporterów wojennych gazety „Straż Bałtyki” (A.Koretskyego, V.Egorova, O.Scheblykina). Zbadali oni pewien niecodzienny fakt z życia poety. Jesienią 1963 roku Josif Brodski, laureat Nagrody Nobla, przyjechał do Bałtijska (hist. Piława) na krótką wizytę roboczą jako fotoreporter czasopisma harcerskiego „Kostior” [ognisko], aby udokumentować sowiecki skandal biurokratyczny. „(…) pływacy ze szkoły nr. 6 w Bałtyjsku pojechali do Woroneża na finały zawodów harcerskich. Wygrali, ale z powodu opóźnień natury administracyjnej nigdy nie otrzymali medali. Trener i dyrektor szkoły sportowej powiadomi o tym fakcie gazetę „Sowiecki Sport” i kilku dziennikarzy przybyło do zamkniętego miasta. Dla Brodskiego był to pretekst, by odwiedzić byłe tereny Niemiec, zamknięty i praktycznie najbardziej wysunięty na zachód obszar ZSRR. Przy okazji, bardzo dobrze spełnił swoją funkcję reportera „Kostioru” – jego artykuł „Zwycięzcy bez medali” ukazał się drukiem.”

W Bałtijsku Brodski zatrzymał się w hotelu „Złota Kotwica”, który później został przemianowany na “Hotel dla personelu oficerskiego garnizonowej Jednostki Zarządzania Kwaterami w Okręgu Bałtijskim”. Artykuł nie był jedynym owocem tego pobytu. Poeta, wtedy już na zesłaniu we wsi Norenskaja, napisał kilka wierszy. To właśnie jeden z nich, „Отрывок” (1964), był magiczną wskazówką, która naprowadziła nas na temat jego „tajnej” podróży.

„Отрывок” (Fragment) В ганзейской гостинице "Якорь",
где мухи садятся на сахар,
где боком в канале глубоком
эсминцы плывут мимо окон,


я сиживал в обществе кружки,
глазея на мачты и пушки
и совесть свою от укора
спасая бутылкой Кагора.


Музыка гремела на танцах,
солдаты всходили на транспорт,
сгибая суконные бедра.
Маяк им подмигивал бодро.


И часто до боли в затылке
о сходстве его и бутылки
я думал, лишенный режимом
знакомства с его содержимым.


В восточную Пруссию въехав,
твой образ, в приспущенных веках,
из наших балтических топей
я ввез контрабандой, как опий.


И вечером, с миной печальной,
спускался я к стенке причальной
в компании мыслей проворных,
и ты выступала на волнах...

HYDROOPTYK

Osoba przeprowadzająca wywiad: Katerina Cherevko

Teraz to wygląda na całkiem opuszczone.
Ale to jest kuweta pomiarowa, zrobiona ludzką ręką.
Robiliśmy szczególnego rodzaju kuwety. Wlewałem do nich wodę gdy pracowałem nad optyką.

Alexey Kuleshov „Hydrooptyka”

X: Braliśmy ciśnieniomierze. Pompowaliśmy wodę z głębin – najpierw do długiej kuwety, potem do krótkiej, później pompowaliśmy na zmianę. Było światło – lampy kwarcowe, ale rozmontowałem, jak pani chce, to znajdę jakieś zdjęcia. Mam długą ławę optyczną – tym się zajmowałem – badałem tłumienie spektralne światła w wodzie morskiej. To znaczy, że badałem każdą część widma, od zakresu niebieskiego do czerwonego, to było trudne zadanie. To miało też zastosowania praktyczne, na przykład w łodziach podwodnych.

AK: Na jakiej głębokości pracowaliście?

X: Pobieraliśmy próbki z różnych głębokości, z pomocą ciśnieniomierzy. Później pani pokażę. Jest taki specjalny przyrząd. Pobieraliśmy próbki wody i zabierałem je do laboratorium. Czekaliśmy, aż nabiorą temperatury powietrza. Braliśmy próbki z głębin, tam woda jest zimniejsza. No więc musiała w laboratorium nabrać temperatury pokojowej, wtedy wlewaliśmy ją do długiej i krótkiej kuwety. Przechodząc przez nią, promień światła ulega refrakcji. Naszym zadaniem było więc skupić i przesłać wiązkę szerokości pięciu setnych milimetra – tu jest szczelina monochromatora…

AK: Co to jest monochromator?

X: „Mono” oznacza, że następuje przestrzenne rozszczepienie światła białego w pryzmacie, mogę pani później pokazać…
Więc przesuwam soczewkę i wychodzą różne części widma. Pryzmat jest skonstruowany w taki sposób, żeby promień światła, który przez niego przechodzi, dzieli się na kilka składowych. Przesuwając go, można skierować każdą część widma przez szczelinę wyjściową, i dalej do fotopowielacza w odbiorniku światła. Rejestrujemy sygnał i wyliczamy na loggerze. O, tutaj. Bardzo ciężko jest przeprowadzić wiązkę światła przez tak wąską szczelinę – więc tutaj jest gumka, śruby, tam szkło kwarcowe przepuszczające promieniowanie UV. Przesuwamy za pomocą śrub, tak, żeby wiązka w całości przeszła przez szczelinę. Bardzo ważny jest rozmiar – szczelina musi być mała, żebyśmy wyraźnie widzieli widmo, ale z drugiej strony musi się w niej zmieścić cała wiązka. Mamy tu sprzeczność – im mniejsza szczelina, tym dokładniejsze dane jeśli chodzi o widomo, ale tym trudniej przeprowadzić wiązkę światła. Trzeba by było przyciąć po bokach, a wtedy dane nie byłyby precyzyjne. Musimy mierzyć całość – przez długą kuwetę i przez krótką.. I to właśnie robiłem z każdą próbką…

AK: I w grę wchodzą to określone warunki, zasolenie wody…

X: No cóż, staraliśmy się nie patrzeć za bardzo na zasolenie, raczej na zawiesiny, dam pani może coś do poczytania na ten temat, albo inaczej powiem… Tłumienie światła to właściwość, która jest sumą absorpcji i dyspersji. Absorpcja z kolei zależy od materii organicznej rozpuszczonej w wodzie, jak substancje oleiste. W ten sposób pochłaniane jest światło o określonym zakresie. Rośliny występują zwykle w postaci zawiesin. O wysokim lub niskim stopniu dyspersji. No i liczy się woda. Wszystko trzeba wziąć pod uwagę.
Absorbcja przedstawia się różnie w każdej części widma. Substancje organiczne absorbują więcej światła ultrafioletowego, rośliny też więcej… To trudne zadanie – jak stwierdzić, których substancji jest najwięcej, na podstawie analizy widmowej. To dość złożona właściwość, to znaczy trudniej jest tu badać absorpcję…

AK: Czyli okazuje się, że morze ma różny kolor na różnych głębokościach?

X: O, tu przechodzimy do barwy morza. Trudno mówić o kolorze na dużych głębokościach, bo nie możemy zaobserwować go wzrokowo. Bierze się próbkę. Na pierwszy rzut oka, wszystko jest przezroczyste, ale jeśli, na przykład, weźmiemy próbkę wody bałtyckiej, to ona jest taka trochę żółtawa. W Morzu Śródziemnym woda jest niebieskawa. Jest skala barw, nietrudno się tego nauczyć, studenci uczą się ją odczytywać. To proste, bo ocena jest wzrokowa. W tym przypadku mówimy o poważniejszych badaniach. Na podstawie tłumienia światła możemy określić kolor wody w morzu. Mierzy się to tak: w najczystszej wodzie następuje najmniejsze tłumienie, to znaczy zdolność przepuszczania światła jest największa. W niebieskiej części widma to jest 480 nanometrów – tak jest w głębinach, w Morzu Śródziemnym. Weźmy Morze Jońskie, pokażę tu na mapie. Im bardziej przezroczysta jest woda, tym bardziej niebieskie jej widmo (minimalne tłumienie w niebieskim zakresie), więc barwa, oznaczająca tu czystość wody, jest błękitna. Mamy tam minimalną redukcję.

AK: Więc nie ma w niej substancji organicznych?

X: Tak, to znaczy jest mniej zawiesin i substancji organicznych, które redukują światło. Tam woda jest najpiękniejsza. Na przykład Morze Czarne też ma niebieską wodę, ale inaczej. Jeśli to wziąć mniej naukowo. Tłumienie jest w niej większe, to znaczy, że pochłania i rozprasza więcej światła. Wody Bałtyku są zielone i żółtawe, co oznacza, że najmniejsze tłumienie występuje nie w niebieskim zakresie, tylko na poziomie 530 nanometrów – to jest zakres zielony i żółty. W stronę czerwieni.

AK: To z powodu zanieczyszczeń chemicznych, tak?

X: Odpady chemiczne rzeczywiście bardzo zanieczyszczają rzekę Pregołę. Pracowaliśmy ostatnio na tym obszarze, znaleźliśmy odpady z papierni. Woda w kuwecie brązowa od zanieczyszczeń chemicznych. Do tego dochodzi rozpuszczona materia organiczna, różne odpady przyniesione z całej zlewni rzeki, plus inne… Pracowałem nad wartościami pomiarów tłumienia. Maja na nie wpływ różne czynniki. Na przykład, jeśli tłumienie jest duże, to powoduje je coś związanego z promieniowaniem UV, na przykład rozpuszczona materia organiczna. Jeśli jest w zakresie widzialnym albo w czerwonym, musimy szukać substancji, które absorbują te części widma, na przykład związki jonowe, produkty rozkładu organicznego, itd.

AK: Fale wewnętrzne, inne prądy konwekcyjne na różnych głębokościach też mają wpływ na wyniki?

X: Tak jest, fale wewnętrzne rzeczywiście zmieniają wyniki pomiarów, zwłaszcza w rejonach przybrzeżnych.

Kapitan jednostek badawczych i rybackich.
Obecnie kapitan statku badawczego „Viktor Patsayev” w Kaliningradzie.

VGC: Co pan osobiście myśli o Bałtyku?

X: Co ja mogę myśleć, pływałem dużo dalej… Wydawało mi się, że będę miał dosyć czasu, żeby się wyspać. Przed wypłynięciem w morze zawsze jest sporo zamieszania – kontrola ożaglowania, wyposażenie, zapasy jedzenia, załoga, papiery… Czasem człowiek nawet się nie kładzie…
Więc myślałem – jak już będziemy na morzu, to dopiero się wyśpię! Ale nie, nic z tych rzeczy! Chciałoby się. Otwierasz oczy, zamykasz – i tyle było Bałtyku. Jak mawiają marynarze – byleby Atlantyk nie wysechł, a wtedy i Bałtyk się utrzyma…



VGC: Czy mógłby pan opisać plan takiego bałtyckiego rejsu, zaczynając od portu wyjścia, dalej przez kanał?

X: Nie wiem nawet, jak miałbym to opisać…

VGC: Jakie punkty orientacyjne mija pan na morzu, jakie kolory w systemie oznakowania nawigacyjnego prowadzą pana jako kapitana przez Bałtyk?

X: Chodzi raczej o światło niż o kolory… Na przykład po szkole morskiej pracowałem na średniej wielkości trawlerze rybackim. Nawiasem mówiąc, to bardzo przyjemna jednostka – prawie niezatapialna, przetrzyma każdą – no chyba że jest nacisk od góry. Gdy później pierwszy raz przeniosłem się na parowiec, płynąc przez Bałtyk straciłem orientację. Byłem wtedy trzecim oficerem. Minęliśmy latarnię – one wysyłają sygnał świetlny, każda ma swój, na przykład dwa długie i jeden krótki błysk (to się nazywa światło blaskowe grupowe) – i już, nie ma. Przenieść się ze średniego trawlera na parowiec to jak wskoczyć z roweru do mercedesa – zupełnie inna prędkość. Tylko raz mi się to zdarzyło – to poczucie zagubienia. Zapytałem kapitana, dlaczego dopiero co minęliśmy latarnię, a teraz nie ma żadnego sygnału. Zaśmiał się tylko i kazał sprawdzać namiary. Sprawdziłem, zobaczyłem na mapie – ile kilometrów przepłynęliśmy i z jaką prędkością, ile sekund upłynęło odkąd „zanotowałem” latarnię – okazało się, że wszystko było w porządku. To się wtedy wydawało takie dziwne.

VGC: A jak wyglądał pana „chrzest” na Bałtyku?

X: Powiem panu o praktykach, które miałem w szkole morskiej po pierwszym roku. Cały rok studiowania, ale na morzu jeszcze nigdy nie byłem, nie? Przyjechaliśmy do Rygi i wysłali mnie na żaglowiec, który płynął do Kaliningradu. Najpierw mieliśmy zająć się wantami. Dopiero dziś marynarzy zabezpiecza siatka ochronna. Za moich czasów przesuwaliśmy się wzdłuż cienkiej liny, ciągnąc żagle. Potem musieliśmy wyczyścić pokład – miał błyszczeć. Dali nam po cegle i trochę piasku, woda morska sama wszystko spłukiwała.

VGC: Rozumiem. Czy może pan podać jakieś liczby dotyczące Bałtyku – trochę danych pomiarowych. Jeśli dobrze się orientuję, głębokość to 51 metrów. Duża żeglowność. Jakie jest zasolenie w tych wodach?

X: No, zasolenie jest niewielkie. Bałtyk jest bardzo odsolony. Nigdy nie mierzyliśmy jego zasolenia – z tego, co pamiętam, tutaj wynosi 1,7 promila. To akurat tu nikogo nie obchodzi. Nie wiem, co szczególnego miałbym powiedzieć o Bałtyku. Głębokość morza stale mierzy kilka echosond – z jednej i drugiej burty, z ploterami do rejestracji danych (pokazuje, gdzie przechowywane są rolki z zapisanymi wykresami). Jeśli występują jakieś odchylenia od normalnie odczytywanych danych, oznacza to, że sonda trafiła na ławicę ryb albo jakiś obiekt, albo jednostkę – na przykład łódź podwodną.

VGC: Czy zdarzało się panu wykryć „wrogą” łódź podwodną?

X: Owszem, zdarzało się. I bomby. Zawsze staram się je omijać. Były przypadki, że na innych jednostkach takie ładunki wybuchały podczas podnoszenia, wśród załóg byli zabici. (Sprawdza przyrządy na mostku) Stąd komunikujemy się z innymi działami. Tu jest namiernik, oblicza odległość od danego obiektu.

VGC: Odpowiadał pan za wszystkie działy na statku, całą załogę? Miał pan kiedykolwiek poczucie pełnej jedności ze statkiem jako organizmem?

X: Rzeczywiście, było takie uczucie. Zawsze chodzi się po statku i uważnie nasłuchuje. Wie się, co wydaje jaki dźwięk, więc jeśli się usłyszy coś dziwnego, to nie trzeba nawet patrzeć na wskaźniki. Nadaje się komunikat przez radio, że coś jest nie tak, oni mówią – dobra, zajmiemy się tym… I tak to było. Nawet we śnie się wciąż nasłuchuje i odlicza: 32.50, 32.50…

VGC: Co to jest 32.50?

X: Jak pracowałem na trawlerze, była tam taśma z kostką rybną. I we śnie słyszałem jej rytmiczny huk. Starałem się wyczuć ten rytm. Spałem i liczyłem – 32.50, tyle wychodziło z tej kostki…

VGC: A bywało, że zwracał się pan do statku jak do człowieka, prosząc, żeby pana „nie zawiódł”?

X: Rzeczywiście, parę razy tak było.

VGC: W momencie jakichś awarii na statku?

X: Nie, to było podczas wichury, strasznie szarpało statkiem. Rozumowałem logicznie i wiedziałem, że nic się nie stanie. To są zasady stateczności, punkt metacentryczny zawsze jest wyżej niż środek ciężkości statku.

VGC: Projektanci statków muszą to dokładnie obliczyć, biorąc pod uwagę również tonaż?

X: No tak, to się oblicza, ale i tak… Intuicja też mi podpowiadała, że nic się nie stanie…

VGC: Czy czuł pan, ze jest na wodzie? Na przykład teraz, na “Patsayevie” czuje pan, że nie jest na lądzie? Jakiś wewnętrzny związek z wodą…

X: Nigdy nie czuję, że pode mną jest woda. Był jeden chłopak na studiach, jeszcze w szkole morskiej. Mówił, że jak sobie wyobrazi, że ma pod sobą 200 metrów wody, to go to przeraża. No i nigdy nie skończył szkoły.

VGC: Zabierał pan w rejsy naukowców? Czego szukali?

X: Pewno, że zabieraliśmy. Braliśmy różnych naukowców na statki łowcze na Bałtyk, hydrooptyków, ekspertów od kałamarnic. Najróżniejszych. A potem słuchaliśmy, jak przestawiali wyniki swoich badań – cała załoga miała radochę! Na przykład hydrooptycy pracowali przez kilka miesięcy. Przeprowadzili swoje skomplikowane eksperymenty i w końcu ustalili, że im większa głębokość, tym gorzej światło rozchodzi się w wodzie – co znaczy, że im głębiej, tym ciemniej. Załoga się zaśmiewała. Albo ci specjaliści od kałamarnic – odkryli, że im większy kalmar, tym więcej żre.

VGC: A jak pan wracał z oceanu na Bałtyk, jakie to było uczucie?

X: Jak powrót do domu.

Przez całą niedzielę Nikita poławiał bursztyn w wiosce Otradnoje w obwodzie leningradzkim.

Wpadł do mnie, żeby porozmawiać. Był zmęczony, więc położył się na kanapie.

Rozmawialiśmy bardzo cicho i spokojnie.

Dopiero teraz, gdy zacząłem odsłuchiwać nagranie naszej rozmowy, zauważyłem coś szczególnego – ciszę, jakby rodem z morskich głębin, przerywaną szumem wysokiej częstotliwości z mikrofonu mojego magnetofonu. Choć przewija się też niepokój – moje ciągłe dopytywanie się i dopowiadanie. Moja niecierpliwość mogła zepsuć wywiad albo, ujmując to bardziej dokładnie – zagłuszała milczenie nurka. Pod wodą milczy; ma zapas tlenu, płetwy, zadanie do wykonania i ścisły plan działań. Ale to są tylko moje refleksje – a oto, co on sam miał do powiedzenia na swój temat i jak odpowiadał na moje pytania.

Zbieranie bursztynu wyrzuconego na brzeg – to nie praca, to jak strząsanie jabłek w swoim ogrodzie albo wypad do lasu na miodówki.

Nie mogę powiedzieć nic o swojej pracy, paragraf 10, tajemnica wojskowa. Nie mogę opowiedzieć, jak strzelamy pod wodą, jak się szkolimy, itp.
(…)
Urodziłem się w 1986 w miasteczku Pereslawskoje rejonie zielenogradskim. Gdyby nie moja ciocia Walia, jeszcze byśmy tam mieszkali.

To ona powiedziała: „Czas, żebyś przeniósł się do miasta” – no i przeprowadziliśmy się do Swietłogorska. Miałem wtedy dwa lata.
(…)
Pierwszy dzień w szkole: rozwaliłem nos koledze.

W przedszkolu była taka dziewczynka – Daszka Żukowskaja. Moja miłość. Pocałowałem ją w policzek, w toalecie, a ona się rozpłakała. Dopiero później, w szkole, gdy znowu ją całowałem, zapytałem, dlaczego wtedy płakała, a ona na to, że nie wiedziała, co to było.

Po dziewiątej klasie chciałem iść uczyć się na architekta, ale była duża konkurencja. Wtedy pomyślałem – architekt czy budowniczy, też mi różnica (uśmiecha się). Chciałem się dostać, ale miałem słabe wyniki. Próbowałem nawet dać łapówkę, ale nie udało się. Zostałem więc w szkole i skończyłem dziesiątą i jedenastą klasę.
(…)
Rysowałem. Wziąłem udział w konkursie „Drzewo roku”. W konkursie „Drzewo roku” najpierw zająłem trzecie miejsce, potem wygrałem. Nawet w gazetach to wydrukowali. I wtedy ciocia Walia dowiedziała się, gdzie uczą sztuki i powiedziała, że tam właśnie mam iść.

No więc poszedłem do szkoły zawodowej nr 10. Mój cywilny zawód to „mistrz-artysta”.

Myślałem, że skończę zawodówkę i pójdę na studia, a potem będę malował ikony w cerkwiach, malował ściany – nie chciałem projektować wnętrz, chciałem tylko pracować w cerkwiach. Nie uczyłem się dobrze, ale na egzaminach zawsze miałem najwyższe oceny.

Ale czułem jakiś niepokój: piłem, czasem tygodniami. I wtedy przyszło WOJSKO. Wstąpiłem do wojska.
(…)
Taka jest moja historia. Byłem artystą, poszedłem do wojska i mój światopogląd się zmienił. W środku zostałem taki sam, ale moje podejście jakoś się zmieniło. W końcu zrozumiałem, co chcę w życiu robić.
(…)
Po służbie nic nie robiłem przez dwa lata, a teraz znów jestem w wojsku, na kontrakcie.
(…)

To dzisiaj to była praca. Bardzo dobra. Lubię ją. Wszystko w niej lubię. Biegać z karabinem nie lubię, ale po takiej pracy czujesz się, jakbyś właśnie wyszedł z kąpieli – totalne odprężenie, prawie jak na haju. Ciekawie było też mieszkać przez tydzień w lesie podczas mrozów. Najdłuższa wyprawa nurkowa to były dwie mile, trzy i pół godziny. Wszystko na zasadzie – dum spiro, spero (Póki oddycham, nie tracę nadziei). Rano szykuję się do pracy – to jak zabawa w wojnę. Tyle odróżnia dzieciaka od żołnierza – większy penis i prawdziwy karabin.

(…)

Jak zacząłem nurkować, pojawiły się nowe sny – podwodne sny. Są fajne. Naprawdę fajne. A pod wodą nic nie widać. Mamy słabą widoczność. W różnych miejscach nurkowałem, wszędzie jest słaba. Jak woda jest zimna, to jest bardziej przejrzysta. Prowadzi cię kompas.

I płetwy.

Mówiłem panu o Oceanie Indyjskim? Tam plankton jest fluorescencyjny, ma taką reakcję obronną: zaczyna świecić pod wpływem fizycznego kontaktu. Na przykład jak statek płynie w nocy, ten plankton przed nim jest jak światła samochodu. Milion drobinek światła w toni wodnej, snopy światła – to jest czyste piękno. A my mamy słabą widoczność.

Moja opowieść jest o najbardziej zagorzałych romantykach Morza Bałtyckiego – o bałtyckich surferach. To ludzie, którzy naprawdę wierzą w swoje marzenie. A marzenie mają piękne: pewnego słonecznego upalnego letniego dnia złapać idealną falę. Niestety, prawdopodobieństwo, że to marzenie się spełni, jest bliskie zera.

Każdy to wie. Wiedzą, że prawdziwe fale do surfowania mogłyby pojawić się na Bałtyku tylko w wyniku jakiejś strasznej katastrofy. Normalnie występują tylko gwałtowne fale przyboju, które porywają im sprzęt i rozrzucają go wzdłuż brzegu. Wiedzą, że nad Bałtykiem niewiele jest słonecznych dni, jeszcze mniej gorących. Wiedzą, że na najlepsze surfowanie można liczyć przy okropnej pogodzie, kiedy normalny człowiek nawet nie wyściubiłby nosa na dwór. Wiedzą, że przez większość roku trzeba surfować w czapce i rękawicach, a nie w samych szortach. A jednak, na przekór temu wszystkiemu, jednak są – bałtyccy surferzy.

Pośród śmiałków, którzy stawiają czoła zimnym wodom Bałtyku z deską, żaglem, lub kajtem są różni ludzie. Zawodowi marynarze, biznesmeni, studenci, wojskowi po służbie. Każdy z nich jest dumny, że uprawia ten sport, surfując w niełatwych bałtyckich warunkach. Mimo że są one dalekie od idealnych, rekompensuje je cała gama wrażeń i emocji. Poszukiwacze adrenaliny mogą się nią w pełni nacieszyć podczas sztormu, gdy nieprzyjazne fale rozbijają się o brzeg, a żeby je okiełznać trzeba naprawdę mistrzowskich umiejętności, zimnej krwi i dobrego przygotowania fizycznego. I szczęścia – bo bałtyckie fale sztormowe są nieprzewidywalne.

Ci natomiast, którzy wolą gładko poślizgać się na falach, potrzebują tylko dużego żagla albo kajta, żeby przy dobrej pogodzie poczuć harmonię z żywiołami – wodą i wiatrem. Miejscowi surferzy mają zwyczaj oznaczać swoje samochody naklejkami klubów surfingowych, do których należą. To miłe uczucie natknąć się na takie auto gdzieś w korku – wiem wtedy, że siedzi tam ktoś silny, zdrowy i pełen życia. Ktoś, kto marzy.

Dostrzegam wyraźne podobieństwo między lasem a morzem. Ułożyłem o tym takie słowa, opis, takie poetyckie wyrażenie: „Gdybym był morzem, kochałbym objęcia plaży”. To leży u podstawy moich osobistych doświadczeń. Boję się śmierci przez utonięcie, to jedna z najgorszych możliwości, dlatego wciąż wracam do domu, do lasu…

Od 2007 roku organizuję festiwal “Las”. W 2009 służyłem w wojsku, ale działalności festiwalowej wtedy nie przerwałem. W tym roku tematem przewodnim był “Dotyk”. Zaproponowałem ten temat przed pójściem do wojska i sam wylądowałem w zamkniętej przestrzeni i dotknąłem tam czegoś bardzo blisko…

Większą część służby spędziłem na zachodnim krańcu Federacji Rosyjskiej, ale przed pierwsze dwa miesiące, ciągle zmieniałem miejsce – z kompanii szkoleniowej do szpitala, ze szpitala do następnej kompanii.

Na początku wojsko było dla mnie jak żelazne rękawice – dookoła było dużo ludzi, trzeba było zespolić się z nimi, stać się jak główka od zapałki, niewidoczna drobinka w tłumie podobnie ubranych chłopców i mężczyzn. W Bałtijsku byłem bardzo wycofany w głąb siebie, jak skurczony mięsień. Chciałem odsunąć się od otoczenia i istnieć tylko w sobie, żeby nic z zewnątrz nie mogło mnie dotknąć ani pokierować w złą stronę – to był rodzaj obrony totalnej.

Byłem już zakwaterowany na okręcie, wyznaczono mnie na artylerzystę do obsługi działa na dziobie – tego zawodu miałem się wyuczyć na służbie. No i wysłano mnie „gdzieś” – wiedziałem tylko, że była to wioska Donskoje.

Z moją podróżą do nieznanej jednostki w Donskoje wiąże się piękna historia. Przed wstąpieniem do wojska, odkąd pamiętam nigdy nie wyobrażałem sobie siebie w armii. Zrozumiałem istotę służby i pogodziłem się z nią dopiero po skończeniu studiów, gdy nie miałem planu na życie. Postanowiłem więc, że nie będę się opierał, że ustąpię…

Dopiero wtedy zacząłem myśleć o wojsku. A jednak często, spacerując wzdłuż plaży w Swietłogorsku, patrzyłem na lewo, w kierunku migającego „oka” – i przypomniało mi się, że tam, na przylądku Taran, najdalej wysuniętym na zachód punkcie Federacji Rosyjskiej, jest baza wojskowa, i czasem wyobrażałem sobie jak odbywam służbę właśnie tam, na latarni.

No więc jadę do Donskoje klekoczącym łazikiem, z aluminiowymi garnkami, bo dowództwo postanowiło wypchać go sprzętem. To wszystko łoskotało jak jakiś dziki jazz. Oglądałem sobie monotonne widoki na oknem, aż nagle, za lasami i polami zauważyłem latarnię morską wystającą się na horyzoncie! I w tym momencie wszystkie moje obawy zniknęły i zrozumiałem, że to właśnie tam chciałem trafić! Chciałem i udało się. Nie będzie więcej barier w kontaktach społecznych ani bicia się, bo znalazłem się w „swoim” miejscu. Później nie wątpiłem o tym ani przez jedną minutę swojego pobytu tam. Okazało się, że to miejsce jest dla mnie jak rodzinna ziemia. Zacząłem więc realizować swoje pomysły, mieć oczy otwarte i wykorzystywać ten czas, który dostałem od losu, na własne zainteresowania, na przyglądanie się sobie i społeczeństwu, tej niewielkiej liczbie osób, które żyły wokół mnie w tym odosobnionym miejscu. To interesujące otoczenie.

Postrzegałem tę sytuację jako rodzaj eksperymentu. Analizowałem to, co ludzie mi mówili i dlaczego.

To, co robię i w jakim celu. Podchodziłem do tego swobodnie i z ironią. To był dokładnie ten rodzaj pewności siebie, który daje życie w rodzinnej ziemi – miałem tam wybrzeże, wzniesienie terenu, zawsze otaczało mnie morze – jak w Swietłogorsku, gdzie się urodziłem i wychowałem. Morze słychać było każdego ranka podczas odprawy, która wyglądała tam: 20 osób w małej wiosce, a dookoła tylko pola i puste magazyny – i to wszystko… 20 osób załogi, marynarze i 10-12 oficerów, plus kilku pracowników cywilnych hydrografii, która funkcjonowała jako oddzielna służba.

Obserwowaliśmy, co dzieje się na morzu, także nad i pod wodą. Naszym zadaniem była obserwacja, a jak zauważyliśmy w pobliżu samolot albo statek, musieliśmy nawiązać z nim kontakt i go pokierować… Jeśli obrona powietrzna jest ciałem wykonawczym, to my jesteśmy oczami i uszami, nasłuchujemy, wypatrujemy i zgłaszamy…

Mój szczególny stosunek do tego terenu wynika również z jego historii. To wszystko wiąże się z moją ciekawością miejsca, w którym żyję, przyrody, z moją filozofią. Byłem ciekaw niemieckiej nazwy tego miejsca, bo latarnia morska jest pozostałością z czasów niemieckich. To było „Bruster Ort” – „miejsce kobiecej piersi”. Ten kobiecy pierwiastek jest dla mnie bardzo interesujący, bo ziemia i przyroda są kobiece, a niebo jest duchem. Jeżeli rozpatrywać to w tych kategoriach, znalazłem się w kobiecym żywiole – to pierś, patrząc z góry, przylądek ma taki kształt, chociaż rosyjska nazwa – Taran („baran”) podkreśla raczej to, że przylądek wbija się w morze, co jest bardziej męskie, to dziwne…

Na przylądku zachodzi ciekawe zjawisko, które sprawia, że ten punt wydaje się naprawdę bardzo odległy. Przyczyną są wiatry, które wieją z obu stron, oraz fale, które nie są linearne, tylko tworzą rodzaj kratki, tzn. spotykają się i układają w kwadraty.

To, że to miejsce było poza mapą, było dla mnie czymś pozytywnym. To odosobnione gospodarstwo – okazja, żeby poczuć się jednością z jabłoniami i wiśniami w sadzie – w istocie można się tu zbliżyć do życia w pełnej harmonii z przyrodą. Na terenie przynależącym do latarni jest kilka niewielkich niemieckich domków, wyposażenie stanowi niemiecki sprzęt – dobrej jakości, dlatego wciąż się go używa…

Jednym z przyjemniejszych odkryć, jakich dokonałem odbywając służbę na latarni, był nautofon, buczek mgłowy. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem tę konstrukcję, nie miałem pojęcia, do czego mogła służyć, aż kiedyś usłyszałem dźwięk, jaki wydobywa się z niej podczas mgły. Ponieważ interesuję się instrumentami muzycznymi, ich brzmieniem i sposobami wydobywania z nich dźwięku, było to dla mnie ważne odkrycie. Wielkością nautofon przypomina może jakieś organy, ale jeśli chodzi o dźwięk, to muszę powiedzieć, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem. Budowa buczka jest dosyć prosta i jednocześnie prymitywna, a jego dźwięk przeszywa aż do kości. Przez pierwszych sześć miesięcy byłem palaczem, pracowałem 50 metrów od nautofonu. Wydawał dźwięki konkretnej częstotliwości – cztery dźwięki, mierzyłem długość jednego sygnału i długość przerw między nimi.

Cztery dźwięki o różnym tonie, z różnymi interwałami – to był prawdopodobnie kod dźwiękowy przypisany do tego miejsca. Gdy miałem 24-godzinny dyżur przy piecu, a akurat była mgła, to zwierzę wyło przez cały dzień. Jego wibracje, które czułem nawet w piwnicy, zawsze miały na mnie pozytywny wpływ. Ładuję węgiel i czuję wibracje, i moje ciało reaguje. Ten dźwięk wywoływał też u mnie wizualizacje, jakby mityczne – bestia wyjąca w tej gładkiej mgle, mglistej pustce. W moim umyśle pojawiały się średniowieczne obrazy, północne krainy, niekończący się dźwięk.

Nie chciałem go nagrywać, ale chciałem umieć go zrekonstruować. Dlatego zapisałem parametry tego dźwięku, pewnie uznałem, że to właśnie ta sekwencja tworzy ten szczególny charakter i nastrój, który tak mi się podobał.

To bardzo przypomina brzmienie zespołu Coil* – nie ma początku ani końca, tylko dany czas, który jednak trwa wiecznie, harmonijne połączenie przestrzeni i czasu.

Lubiłem podchodzić do tego urządzenia i zaglądać mu w twarz – troje ust, trzy duże otwory jeden nad drugim, a za nimi instalacja z napędem hydraulicznym, która przez te lejki wysyła dźwięk w przestrzeń.

Dla mnie przylądek Taran to miejsce, gdzie rodzą się mgły. Jeśli budziłem się podczas mgły, to wycie zawsze mnie witało. Gdy służyłem w Swietłogorsku, raz, podczas zamieci śnieżnej, znów usłyszałem ten dźwięk…

* Coil – kultowy brytyjski zespół tworzący muzykę industrial/post-industrial
* Nautofon (gr. “náutes” – żeglarz, “fon” – dźwięk) elektroakustyczny instrument z membraną, instalowany na latarniach morskich i obiektach nabrzeżnych. W warunkach mgły lub słabej widoczności ostrzega statki, wydając wysoki dźwięk. Słyszalność nautofonu wynosi do 15 mil(ok. 30 km)

Wielka Encyklopedia Sowiecka

Opowiem panu ciekawą historię. Wydarzyła się przed rokiem. Tu, w tym miejscu, są dwa wielkie falochrony, które każdego lata przyciągają mnóstwo ludzi. Nasz ratownik, Andrej Romanow, uratował dziewczyną. Była w szoku, porwał ją silny prąd. Ale Andrej do niej dopłynął. Złapała go za szyję, a on wziął ją na ręce. Na plaży było pełno ludzi. Dziewczyna była taka szczęśliwa i wdzięczna za ratunek. Pocałowała go. Po kilku dniach wróciła do nas z ojcem i dała Andrejowi zegarek, szlochając z radości. Jesteśmy dumni z Andreja.

Bałtyk jest bardzo niebezpieczny. Mieszkałem tu jako dziecko. Wiemy wszystko o przyrodzie, która nas otacza. Wiemy, że wybrzeże w Zielenogradsku jest szczególnie niebezpieczne. Dlaczego? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że morze jest spokojne, ale są tam prądy podwodne, które stanowią zagrożenie dla ludzi. Te silne prądy są najbardziej zdradliwe na początku sierpnia. My, ratownicy, mówimy na ten okres „diable dni”. Woda jest taka ciepła – 22 stopnie – fale do 2,5 metra, tyle ludzi… Tłumy wariują.

Jest jedna osoba na każdy metr kwadratowy. Dajemy ostrzeżenia, ale każdy chce popływać i się pokąpać. Patrzymy, że dwóch młodych chłopaków zachowuje się nie tak, jak trzeba. Jeden popycha drugiego. Reagujemy i natychmiast udaje nam się uratować jednego chłopaka. Ale drugi znalazł się już pod wodą, obracało nim. Nie mogliśmy znaleźć miejsca, gdzie go wciągnęło. Kwadrans później może wyrzuciło go na brzeg niedaleko trzeciego falochronu.

Morze jest nieprzewidywalne. Nie wiemy, kiedy zdarzy się nieszczęście. Ale ludzie kochają morze. Każdy chce wypoczywać właśnie tam.

Tylko że to nie znaczy, że morze odwzajemnia tę sympatię, szczególnie wobec tych, którzy nie mają przed nim respektu.

Człowiek człowiekowi przyjacielem, nie wilkiem. Doświadczamy tego, próbując ratować ludzi, którzy nie traktują morza z szacunkiem, na jaki zasługuje. Ludzi, którzy wypływają daleko od brzegu, czasami całe kilometry. Udaje nam się przyjść im z pomocą, a oni nas wyzywają, mówią, że są „sportowcami” i wymyślają inne usprawiedliwienia dla swojej bezmyślności. Wiemy aż za dobrze, że ludzie giną przez swój brak odpowiedzialności. Pamiętam jeden przypadek takiego „sportowca” – może policjant, 180 kilo wagi – który odkrył, że jednak nie jest w morzu taki sprawny, jak mu się wydawało. Podniosła się wala i zabrała go na falochron. Gdy do niego dotarliśmy, był naprawdę w niezłym stresie, powiedział: „Tak… Nie sądziłem, żeby to się mogło przytrafić akurat mnie”. Dlatego zawsze staramy się ostrzegać ludzi i próbujemy ratować wszystkich – nawet jeśli myślą, że są niezwyciężeni.

Opowieści towarzyszą zdjęcia Alexandra Lyubina (prezentowane na wystawie w Karlskronie).

W wigilię 23 lutego [Dzień Rosyjskiej Armii i Floty Wojennej] Vassily Kolesnik and Alexander Lyubin odwiedzili jednostkę marynarki wojennej w Baltijsku, żeby zobaczyć, jak żyją obrońcy ojczyzny i porozmawiać z zastępcą brygady Aleksandrem i jedną z niewielu kobiet – bibliotekarką Walentyną Aleksiejewną.

Przy zamkniętej bramie głównej – wielki blok betonu na wózku; jeśli wróg odważy się podejść, wartownik przesunie wózek tak, żeby blok stanął w jednym rzędzie z trzema podobnymi. Próbowałem przesunąć wózek, opierałem się na nim całym ciężarem ciała – nie chciał się ruszyć. Poczułem jakąś mieszankę bezradności i radości. Myślę, że ci mężczyźni, młodsi ode mnie, muszą być dumni, że potrafią przesunąć takie ciężary. Jak się później miało okazać, chodzi tu też o coś więcej.

Po drodze z Kaliningradu, zastępca dyrektora służb prasowych Floty Bałtyckiej Andrej tłumaczył nam, czym jest brygada, batalion, jednostka wojskowa – co zawiera się w czym i jakie są zasady hierarchii. Zaraz mi się wszystko pomyliło, ale zapamiętałem dobrze, że Bałtyjsk nazywany jest „miastem latających siatek”. Brygadę przeniesiono do Bałtyjska w 1963 roku. W tej chwili liczy do 500 ludzi z około dziesięciu rosyjskich miast. Na terenie jednostki mieszczą się koszary, kantyny, pomieszczenie pierwszej pomocy, klub, park amunicyjny, teren sportowy, kwatera główna, mieszkania oficerów. Nie zostajemy zaproszeni do kwatery głównej i nie możemy obejrzeć parku amunicyjnego – jest zakaz, bo amunicja przygotowywana jest do ćwiczeń na poligonie i nikt z zewnątrz nie ma prawa tego zobaczyć.

Najpierw odwiedzamy specjalny teren, gdzie poborowi i żołnierze kontraktowi przechodzą naziemny trening spadochronowy. Działania i słowa, których jesteśmy świadkami, nie dadzą się opisać ani odtworzyć. Jedno jest pewne – trening w pełnym ekwipunku przy minus 15 stopniach do łatwych nie należy. Inni przygotowują się do parady 9 maja [„Dzień Zwycięstwa”, rosyjskie święto państwowe] na Placu Czerwonym. „Ważne jest zachowanie równowagi, wyćwiczenie ciała, postawy, ustawienia borni, nauczenie się, jak podnosić stopy pod danym kątem”, mówi szef batalionu Jurij Bojczenko, który pojawił się przy nas znienacka i po chwili nas zostawił. Zresztą i tak ciężko nam zorientować się, co się dzieje – utrudnia to bardzo niska temperatura powietrza i jednakowy ubiór żołnierzy.

Gdy wchodzimy do koszar w towarzystwie dowódcy, ogłusza nas salut oficera dyżurnego. W pobliżu widzimy sylwetkę dyżurnego wartownika – nieruchomą i milczącą. Stanowisko, na którym spędza jedną trzecią dnia, to rodzaj cokołu wnoszącego się kilka centymetrów nad ziemią. Nie wolno mu robić niczego, na co nie ma pozwolenia od oficera dyżurnego. Dołącza do nas drugi dowódca Aleksander Kuwniszow.

W kantynie menu wyświetlane jest na ekranie plazmowym, który wisi nad zlewami. Ku swojemu zdziwieniu słyszę, że „Tak ma być”.

Znajdujący się w pobliżu teren sportowy to rodzaj placu zabaw, tylko o bardziej brutalnym wyglądzie – głównie z powodu celów strzeleckich na płotach. Sasza, fotograf, gdzieś się gubi. Rozmawiamy z oficerem – to czwarty rok Aleksandra w tej brygadzie. Mieszka w Bałtijsku, ale pochodzi z Archangielska, jest absolwentem Moskiewskiej Akademii Wojskowej. Mówi, że karmią tu lepiej niż w Akademii. Sasza się odnajduje. W należącym do brygady klubie jest muzeum poświęcone kampanii czeczeńskiej. W drugiej sali oglądamy prezenty, które dostała brygada – między innymi popiersie Wladimira Putina.

Bibliotekarka Walentyna Platonowa czytała właśnie nowy numer gazety „Straż Bałtyku”. Mówi, że wojskowi przestali interesować się historiami detektywistycznymi i teraz czytają głównie książki naukowe. Jako przeciwwaga, w bibliotece jest też Biblia i literatura religijna, którą przekazał ojciec Konstanty – asystent dowódcy brygady, który odpowiada za wierzących żołnierzy.

Po przejściu przez punkt kontrolny, moją uwagę przykuwa unoszona przez wiatr plastikowa siatka, która zatrzymuje się na drucie kolczastym. Spoglądam na Andreja i Aleksandra, potem na Saszę, z powrotem na Andreja i Aleksandra – i wiem, że jeśli zrobię zdjęcie, będzie to ujawnienie tajemnicy woskowej. Odwracam wzrok.

Dzięki udziałowi w projekcie „Telling the Baltic” i zdobytym doświadczeniu w interpretacji czyichś opowieści, zadałem sobie pytanie, dlaczego nie wykorzystałem własnej historii i historii mojego ojca, którego praca ma ścisły związek z morzem…

… W 1987 roku ojciec przeniósł się z rodziną do Swietłogorska i objął stanowisko inżyniera geodety w BaltBeregoZaschita (Ochronie Wybrzeża Bałtyckiego – ta nazwa ma po rosyjsku mocny wydźwięk), gdzie pracuje do dziś. Do jego obowiązków należy obserwacja linii przyboju, sprawdzanie danych z przyrządów na trójnogach, zapisywanie liczb w dzienniku i ciągłe chodzenie, chodzenie, chodzenie. Efekt – mapa i systematyczne uaktualnianie danych na temat ruchu piasków i linii brzegowej; przedmiot badań – zmiany na linii przyboju i niszczenie brzegu.

W domu było pełno szkiców zrobionych cienkim ołówkiem, ze starannie umieszczonymi u dołu napisami, najdrobniejszymi szczegółami i realistycznymi rysunkami krajobrazu.

W ten sposób żywe, niespokojne i kapryśne pasmo pojawiło się w moim życiu między morzem a brzegiem. Ojciec rysował mapy, przemierzał całe kaliningradzkie wybrzeże, a ja chodziłem po plaży i wydmach, zbierałem kamienie i patyki, czasem też boje, które zostały wyrzucone na brzeg – zabierałem to wszystko do domu i przechowywałem, razem z zawartą w tych materialnych okruchach historią.

Morze jest bardziej kobiece, brzeg – męski. Ich dzieckiem jest linia brzegowa. Linia, razem z plamą, barwą i fakturą, stanowi narzędzie artystyczne. Linia, która łączy morze i brzeg to inspirujący początek, dziecko Boga, miłość i doskonały wzór na stworzenie miłości…

„Gdybym był morzem, objąłbym brzeg”.

Opowieść 1:

W XII wieku, gdy Krzyżacy po raz pierwszy zauważyli skarby wyrzucane przez morze na brzeg, uznali je za własność państwową. Podbiwszy te ziemie, Zakon przypisał sobie prawo do zbierania bursztynu i handlu nim. Komtur Anselm von Losenberg wydał rozkaz, zgodnie z którym każdy, kogo przyłapano na zbieraniu bursztynu bez pozwolenia, zawisnąć miał na najbliższym drzewie. W późniejszych czasach pruski książę-elektor przyjął tzw. „regale bursztynowe”: bursztyn, nawet znaleziony przypadkiem na brzegu, trzeba było w całości oddać władcy. Istniał nawet specjalny rodzaj postępowania prawnego – „sądy bursztynowe”, które poddanych ukrywających bursztyn skazywały na śmierć.

Przestrzeganie prawa kontrolowali specjalnie wyznaczeni „bursztynowi” urzędnicy. Nadzorowali oni proces pozyskiwania bursztynu i płacili kopaczom solą lub pieniędzmi. W XV w. wprowadzono absolutny zakaz zbierania bursztynu. Każdy, kto go złamał, zostawał stracony. W 1828 w Królewcu rezydował kat odpowiedzialny za egzekucje na tych, którzy zbierali bursztyn bez zgody władz. Stare ryciny przedstawiające poławiaczy bursztynu mają zwykle w tle rysunek szubienicy – ostrzeżenie dla tych, którym przyszłoby do głowy przywłaszczyć sobie kila grudek.

Opowieść 2:

Kiedyś fale wyrzuciły na bałtycką plażę około trzy tony bursztynu. Miejscowi zebrali go do wiader i zanieśli do domu zamiast drewna na opał. Gdy w 1945 roku Rosjanie przybyli do Prus Wschodnich, nie mieli pojęcia, jak cenny jest bursztyn. Podczas surowej zimny 1946 roku palili w piecach wielkimi grudami bursztynu, które znajdowali praktycznie w każdym niemieckim domu w Jantarnym. Bursztyn dobrze się palił i dawał dużo ciepła.

Z artykułu Jakuba Loginova w “Zwierciadle tygodnia”, Nr. 29, 8.08.2009:

…historyczny “bursztynowy szlak” z Gdańska na południe Europy. W czasach Imperium Romanum trasa ta łączyła Rzym z barbarzyńską Północą i wykorzystywana była do handlu. Zamożne Rzymianki ceniły bursztyn, podczas gdy nad Bałtykiem i na Polesiu palono nim w piecach…